Red. Zbigniew Nosowski – grudzień 2007

Red. Zbigniew Nosowski

Studiował socjologię na Uniwersytecie Warszawskim i teologię na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie oraz w Instytucie Ekumenicznym w Bossey pod Genewą.

Od 1988 r. jest redaktorem miesięcznika „Więź”, od 2001 r. – jego redaktorem naczelnym.

Dwukrotnie był świeckim audytorem Synodu Biskupów w Watykanie (2001 r. i 2005 r.). Od 2002 r. jest konsultorem Papieskiej Rady ds. Świeckich. W 2002 r. współtworzył Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich, którego został przewodniczącym. Od marca 2007 roku jest chrześcijańskim współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

Jest członkiem zarządu warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Należy do Forum Świętego Wojciecha, które organizuje międzynarodowe Zjazdy Gnieźnieńskie.
Jest też autorem i współautorem kilkuset programów telewizyjnych, m.in. cykli: „Boskie i cesarskie”, „Dzieci Soboru zadają pytania”.

[nggallery id=124]

Treść wykładu – “Moje spotkania z Janem Pawłem

 

(…) Nazwisko kardynała Wojtyły usłyszałem po raz pierwszy w momencie jego wyboru na papieża. Odczuwałem wówczas jedynie narodową dumę z powodu wyboru Polaka na tak wysokie stanowisko. (…)

Pierwsze spotkanie

Zaledwie pół roku później – w trakcie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski – na sobotniej mszy świętej w wigilię Zesłania Ducha Świętego padły pamiętne, tak często później powtarzane słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”. W niedzielny poranek na ulicy przed kościołem Św. Anny doszło do spotkania Papieża z młodzieżą, które określiłbym mianem najważniejszego. Pchany jakąś przedziwną mieszanką motywacji narodowo-religijnych zjawiłem się tutaj jeszcze przed północą. To wydarzenie w pewien sposób przewartościowało moje życie, bowiem dzięki niemu pojechałem na rekolekcje oazowe i stałem się świadomym chrześcijaninem – a trzeba wiedzieć, że oaza była wtedy przełomowym ruchem, który gromadził rozmaitych ludzi nie umiejących odnaleźć się w tamtej rzeczywistości, szukających czegoś głębszego. Tak więc spotkanie z trzeciego czerwca ’79 roku było dla mnie początkiem nowej drogi w życiu. Szczególną rolę odegrały przy tym słowa Papieża, skierowane do młodych ludzi stojących na warszawskich ulicach:

„Jaką miarą mierzyć człowieka? Czy mierzyć go miarą sił fizycznych, którymi dysponuje? Czy mierzyć go miarą zmysłów, które umożliwiają mu kontakt z zewnętrznym światem? Czy mierzyć go miarą inteligencji, która sprawdza się poprzez wielorakie testy czy egzaminy? Odpowiedź dnia dzisiejszego, odpowiedź Liturgii Zielonych Świąt, wskazuje dwie miary: Człowieka trzeba mierzyć miarą serca, sercem! Tę drugą miarę zostawmy.”
Byłem wtedy tuż przed maturą, czyli w okresie kiedy młody człowiek zaczyna sobie zadawać poważniejsze pytania. Ja właściwie też dopiero wtedy zaczynałem sobie zadawać jakiekolwiek poważniejsze pytania, bo wcześniej moje życie było zdecydowanie bezrefleksyjne. Mało czasu poświęcałem na myślenie. Okazało się, że papież wypowiedział z jednej strony moje pytanie, którego nie potrafiłem sobie zadać: „Jaką miarą mierzyć człowieka?” Co znaczy być człowiekiem po prostu? A z drugiej strony potrafił dać odpowiedź, która jakoś mnie pociągnęła – “człowieka trzeba mierzyć miarą serca”.

Prywatna audiencja

(..) każdy człowiek, który miał szansę osobistego spotkania z Janem Pawłem II doświadczył poczucia bycia w tym momencie najważniejszym. Chociaż rozmowa z Janem Pawłem II była zwykle krótka, ona zawsze pozostawiała niezatarty ślad.

Kolejne spotkanie, o którym chcę opowiedzieć, miało miejsce w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych i jest spotkaniem najbardziej dla mnie zaskakującym. Jako młody człowiek (troszkę po trzydziestce) zostałem wówczas publicystą w miesięczniku „Więź”. Trzeba powiedzieć, że Karol Wojtyła regularnie czytał „Więź” w Polsce, a przyzwyczajenie to zabrał ze sobą do Watykanu. Kiedy na jednej z audiencji zostałem przedstawiony Papieżowi, usłyszałem ze zdumieniem, że On zna mnie z lektury. Było to dla mnie kolejnym przejawem niesamowitego personalizmu Jana Pawła II, którego później doświadczałem wielokrotnie w różnych sytuacjach. Mimo setek spraw, którymi Ojciec Święty musiał zajmować swoje myśli i serce, potrafił zapamiętywać nieznanych Mu osobiście ludzi.

Związane z opisanym przed chwilą i zarazem najzabawniejsze spotkanie nastąpiło w czerwcu 2000 r., również w Rzymie. Wydaliśmy wówczas pięćsetny numer „Więzi” i w związku z tym dostałem z redakcji zadanie, aby wręczyć egzemplarz tego numeru Papieżowi i uwiecznić to na zdjęciu. Ponieważ rzecz działa się pod koniec miesiąca, Papież popatrzył i stwierdził: „Ale ja to już czytałem, przyniósł Pan nieświeże bułeczki, ja już to znam”. Wspominam o tym wydarzeniu nie po to, żeby chwalić się tak zacnym czytelnikiem – chcę raczej podkreślić, jak zobowiązująca do odpowiedzialności za słowo jest świadomość, że wśród czytelników, dla których tworzy się pismo, jest również ktoś tak niezwykły.

Trzy miesiące później nastąpiło spotkanie – również związane z „Więzią” – które nazwałbym najgłębszym. Cała redakcja odbyła w marcu 2000 r. pielgrzymkę do Rzymu. Mieliśmy wówczas okazję uczestniczyć w porannej mszy w kaplicy papieskiej i towarzyszyć Janowi Pawłowi II w jego bardzo osobistej modlitwie, co było niezapomnianym doświadczeniem. Znamienne było to, że po mszy cicho wymykaliśmy się z kaplicy do biblioteki, gdzie odbyło się dalsze spotkanie i gdzie Papież zjawił się dopiero znacznie później, bowiem czas ten wykorzystał na modlitwę, która była dla Niego źródłem energii. Rzecz miała też anegdotyczny wymiar, bowiem był to okres Wielkiego Postu. Przywieźliśmy Papieżowi specjalny, wielkopostny numer „Więzi”. Najzabawniejsze było to, że po uzgodnieniu z sekretarzem papieskim księdzem Dziwiszem (wówczas jeszcze nie biskupem ani kardynałem) postanowiliśmy poprowadzić śpiewy, ponieważ w naszym środowisku lubimy śpiewać. Zaskoczenie księdza Dziwisza było duże. Po mszy podszedł do nas w bibliotece papieskiej i powiedział: „A to ja nie wiedziałem, że inteligencja katolicka potrafi śpiewać” ? Rzeczywiście, w ówczesnej polskiej kulturze religijnej inteligenci traktowali śpiew chóralny raczej jako zadanie dla plebsu.

Pamiętam również najbardziej przejmujące spotkanie. W 2001 r. byłem audytorem, tj. świeckim słuchaczem synodu biskupów. Uczestnicy synodu byli zapraszani na obiady i kolacje do stołu papieskiego. Również mi zdarzyło się wtedy po raz pierwszy towarzyszyć Papieżowi przy obiedzie. Ci, którzy byli wcześniej w takiej sytuacji, opowiadali, że niegdyś Papież mówił przy stole bardzo dużo. Czas, o którym opowiadam, był jednak czasem stopniowego słabnięcia Jana Pawła II, toteż ja pamiętam Papieża milczącego, co – jak porównywali wielokrotni uczestnicy takich obiadów – było doświadczeniem jeszcze bardziej niesamowitym. Miało się jednocześnie poczucie, że gdy Papież mówił, to o niesłychanie ważnych sprawach, oraz że Jego milczenie nie jest nieobecne. Wręcz przeciwnie – potrafił po pewnym czasie nawiązać do wątku zgubionego gdzieś w trakcie rozmowy, istotnego dużo wcześniej.

Słowo …

I wreszcie spotkania najbardziej zobowiązujące, takie nie przemijające w szczególnym sensie, a najbardziej zobowiązujące jako wyzwanie, jako zadanie na przyszłość. (…)

Kilka szczególnych słów Papieża do dziś wyznacza kierunek moim myślom i dążeniom. Były dla mnie – jak niegdyś się mówiło – swoistym dyszlem w głowie. Należy m.in. niniejszy nakaz: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. Może zdarzyć się, że inni będą Ci zawieszać poprzeczkę bardzo nisko i zachęcać Cię do tego, żebyś nad tą nisko zawieszoną poprzeczką przeskakiwał, a mimo to powinieneś wymagać od siebie więcej. Podkreślenie odpowiedzialności za własne życie było czymś niesłychanie ważnym dla Polaków, zważywszy na atmosferę (zawieszonego wówczas) stanu wojennego. Słowa te niesamowicie zapadały w pamięć, kiedy słuchało się ich w czerwcu ’83 roku na Jasnej Górze, w otoczeniu falującego tłumu ludzi.

Cztery lata później podczas spotkania z młodzieżą na Westerplatte padło mocne stwierdzenie, że każdy ma swoje Westerplatte, którego trzeba bronić do upadłego. Wynikała z niego konieczność osobistej refleksji: czy rzeczywiście mam moje Westerplatte, którego jestem skłonny bronić do upadłego?

Bardzo mocno (zwłaszcza teraz, gdy polska wiara musi mierzyć się z procesem modernizacji kulturowej i ekonomicznej) towarzyszą mi również słowa Jana Pawła II o nowoczesnej wierności korzeniom, wypowiedziane na pożegnanie podczas pielgrzymki do Polski w ’97 roku. Papież mówił wtedy, że wierność korzeniom „nie może oznaczać mechanicznego kopiowania wzorców z przeszłości. Wierność korzeniom jest zawsze twórcza, zawsze gotowa do pójścia w głąb, otwarta na nowe wyzwania, wrażliwa na znaki czasu”. Nazwałem to nowoczesną wiernością korzeniom, bowiem taka przekształca wartości tradycyjne w sposób zrozumiały i atrakcyjny dla współczesnych. To zdanie wydaje mi się w tej chwili jednym z wielkich zobowiązań i kluczowych zadań stojących przed polskim Kościołem.

Pokolenie JP2

Poza wspomnieniami, najważniejsze pozostaje dla mnie owo poczucie zobowiązania, ten dyszel w głowie, a także pewnie poczucie, że pontyfikat Jana Pawła II jest w jakimś sensie niedokończony. Po śmierci Papieża opublikowaliśmy w „Więzi” cykl tekstów pt. „Pontyfikat niezamknięty” pisanych przez moich rówieśników – w przybliżeniu czterdziestolatków, którzy wchodzili w świadome życie za pontyfikatu Jana Pawła II (wraz z jego początkiem lub trochę później). Teksty dotyczyły przełomowych wydarzeń tego pontyfikatu i zarazem takich, które pozostawiają uczniom Jana Pawła II możliwość kontynuacji jego dzieła. Właśnie tym sensie jest to pontyfikat niezamknięty.

Wiąże się z tym również pojęcie Pokolenia JP2, hasło wywoławcze tych spotkań. Odzwierciedla ono dla mnie potencjał tkwiący w ludziach, którzy w swoim życiu wybrali Jana Pawła II na duchowego przewodnika i od których będzie zależał świat przyszłości. Dość dużo pisałem o Pokoleniu JP2 – w dowód przyniosłem zbiór publikacji, nie tylko moich, na ten temat. Niektórzy nawet podejrzewali, że ja wymyśliłem to pojęcie, co jest jednak nieprawdą. Rzeczywiście, przez pewien czas (już przed śmiercią Jana Pawła II) używałem tego pojęcia jako jeden z nielicznych, jednak nie w tym znaczeniu, w jakim używa się go obecnie w mediach – jako określenie młodzieży z 2005 r. Dla mnie wydarzenia towarzyszące papieskiej agonii i śmierci oraz niesamowita, specyficzna polska żałoba były ostatnim akordem procesu tworzenia Pokolenia JP2 – procesu, który zaczął się w czerwcu ’79 roku. Socjologowie twierdzą, że pokolenia przychodzą 25-26 lat po sobie, czas 28 lat pontyfikatu Jana Pawła II jest więc czasem jednego pokolenia.

Wielokrotnie doświadczyłem, że ludzie, którzy postanowili pójść wskazaną przez Niego drogą, a także traktowali go jako duchowego przewodnika czy nawet ojca, tworzą specyficzną wspólnotę wartości, mimo ze są z różnych światów. Jest to fenomen nie tylko polski – pojęcie Pokolenia JP2 padło po raz pierwszy już w ’97 roku po Światowych Dniach Młodzieży w Paryżu (pierwszych odbywających się w zachodniej Europie), w których wzięło w nich udział ok. miliona ludzi. Wcześniej odbywały się spotkania liczniejsze, np. w Manili na Filipinach, jednak ze względu na odległość Europejczycy nie poświęcali im uwagi. Podobnie milion ludzi zgromadziło spotkanie w ’91 roku w Częstochowie, jednak dla Zachodu Polska też była strasznie daleko. W ’97 roku okazało się, że właśnie w laickiej Francji – wbrew wszelkim oczekiwaniom organizatorów – zjawiły się tak liczne rzesze młodych ludzi, pomimo że Jan Paweł II nie był już młodym, dynamicznym człowiekiem. Wtedy według mnie jako pierwszy określenia Pokolenie JP2 użył pewien francuski ewangelizator.

Posługując się tym sformułowaniem, nie mam na myśli całej grupy wiekowej, bowiem w tym przypadku nie można używać go w sensie ściśle generacyjnym, w jakim funkcjonuje ono w refleksji o kulturze – a więc w odniesieniu do wszystkich, który urodzili się w określonych latach. Mam na myśli raczej istnienie bardzo silnej grupy ludzi wyznających pewien etos i jawiących się jako liderzy danej generacji. Podobnie gdy mówimy o pokoleniu Armii Krajowej, nie twierdzimy przecież, że wszyscy mający wówczas 15 do 30 lat należeli do AK, ale wyodrębniamy pewną niewielką grupę, która wyznawała na tyle spójny, silny i jednoznaczny system wartości, że zdołała naznaczyć swoje czasy. W podobnych kategoriach myślę o Pokoleniu JP2 jako o pewnym potencjale. Dwa lata od odejścia duchowego patrona, jakim był Jan Paweł II, to czas zdecydowanie zbyt krótki, by potencjał taki już się ujawnił.

Nigdy wcześniej żaden człowiek…

Dariusz Karłowicz powiedział kiedyś, że rok czy dwa lata po śmierci Sokratesa zapewne nikt nie przypuszczał, że również tysiące lat po jego śmierci będą wspominać jego imię. Dziś mamy do czynienia z procesem na dużo większą skalę, choćby dlatego, że uczniów Jana Pawła II jest znacznie więcej, niż było uczniów Sokratesa. Jeśli zatem mam nadzieję na ujawnienie się potencjału Pokolenia JP2, to żywię ją nie jako teolog, lecz właśnie jako socjolog. Nie jest to przekonanie irracjonalne, ponieważ mam wrażenie, że w relacji Jana Pawła II do młodych ludzi, zarówno tych z roku ’79, jak i współczesnych, było coś niezwykłego. Po raz pierwszy w historii ludzkości mieliśmy do czynienia z sytuacją, że potężne rzesze młodzieży z całego świata mogły identyfikować się z przesłaniem głoszonym z taką wielką mocą przez jednego człowieka. Nigdy wcześniej żaden człowiek nie spotkał się z tak wielką liczbą ludzi młodych, proponując im pewien konkretny sposób wartościowania, myślenia, życia. Jan Paweł II był również pierwszym papieżem w historii, który traktował młodzież podmiotowo. Wcześniej młodość była dla Kościoła okresem przejściowym między dzieciństwem a dorosłością. Dopiero Jan Paweł II uznał ją za kluczowy okres w życiu człowieka, okres zadawania sobie najważniejszych pytań i dokonywania wyborów, które ukierunkowują całe dorosłe życie. Nieraz pisał i mówił o młodości, że jest to czas uprzywilejowany.

Jako socjolog zdziwiłbym się mocno, gdyby to zjawisko Pokolenia JP2 nie przyniosło po pewnym czasie konkretnego efektu w sferze kultury, gdyby okazało się, że duchowe dzieci Jana Pawła II nie są w stanie zmienić naszego świata wartości, zaproponować jakichś nowych instytucji, sposobów myślenia, nowych partii politycznych, nowych sposobów rządzenia i prowadzenia działalności ekonomicznej. Stopniowo ludzie, którzy byli duchowymi dziećmi Jana Pawła II, stają się prezesami, dyrektorami, biskupami, coraz silniej zaczynają decydować o przyszłości. Życzę zatem, żeby wszyscy z Państwa, a zwłaszcza Ci najmłodsi – gdy już zostaną prezesami czy dyrektorami – we wszelkich swoich decyzjach i refleksjach posługiwali się kryteriami, które płyną z nauczania Jana Pawła II.

Dodano: