Wywiad z Agnieszką Pawłowską, psycholożką pracującą w nurcie terapii akceptacji i zaangażowania, autorką podcastu „Z kroplą uważności”, o tym, jak stać się bliskim dla innych dzięki bliskości wobec siebie.
Marcin Nowak: Spotkaliśmy się, żeby porozmawiać o blaskach i cieniach empatii. Czym empatia jest z punktu widzenia psychologa, psychoterapeuty?
Agnieszka Pawłowska: W psychologii empatią nazywamy zdolność do zauważenia, a nawet współodczuwania emocji drugiej osoby, dzięki której potrafimy postawić się w jej sytuacji, jesteśmy w stanie zauważyć, zrozumieć, poczuć, co ona czuje, czego potrzebuje, a czego jej zabrakło.
Jak pani ocenia – obserwując ludzi w codzienności, a też podczas spotkań z pacjentami – czy empatia jest w naszym społeczeństwie powszechna?
AP: Na empatię nie możemy patrzeć zero–jedynkowo. To nie jest tak, że albo ją mam, albo nie mam. Rzadko zdarzają się osoby, które wcale nie mają empatii. Jej poziom jest jednak inny u każdego człowieka. Wyróżniamy trzy obszary, od których zależy poziom empatii. Najbardziej podstawowym są predyspozycje biologiczne – to, co dostaliśmy w genach. Naukowcy określają, że geny są odpowiedzialne za mniej więcej 50 procent poziomu empatii. Drugi obszar to predyspozycje psychologiczne, które kształtują się we wczesnym okresie życia, przede wszystkim na podstawie tego, co otrzymujemy od naszych rodziców lub opiekunów – czy mamy poczucie bezpieczeństwa, bycia zauważonym, wysłuchanym, ważnym – ale też na podstawie obserwacji najbliższego otoczenia. Trzeci obszar to predyspozycje środowiskowe, na które jesteśmy wystawieni przez całe nasze życie. To jest obszar, w którym sami możemy świadomie rozwijać swoją empatię, ale możemy też zamiast tego blokować jej rozwój. Coś może spowodować, że wycofamy energię z tego obszaru pracy nad sobą.
Czy to oznacza, że poziom empatii jest dynamiczny?
AP: Oczywiście mamy możliwość rozwijania empatii, ale elastyczność nie jest bardzo znacząca. O jej poziomie w dużym stopniu decydują geny i doświadczenia wczesnego dzieciństwa. Jeżeli ktoś jest nisko na skali empatii, to nie znajdzie się na niej bardzo wysoko – i na odwrót też nie. To jest nasza predyspozycja.
Jednak łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że trzeba mieć określony poziom empatii, żeby być dobrym, wspierającym, rozumiejącym człowiekiem. To nie tak. Każdy z nas ma absolutnie wyjątkowe zestawy cech, talentów, osobowości, charakteru. To jest indywidualna mieszanka i każdy może ją wykorzystać w najlepszy możliwy sposób.
Nie powinniśmy wywierać na siebie presji, że musimy koniecznie stać się bardziej empatyczni.
Chodzi raczej o to, jak ten nasz zestaw cech sprawdza się w konkretnych sytuacjach w życiu. Warto zadać sobie pytanie: jak buduję komunikację z innymi ludźmi? Jeżeli chcę wzmacniać empatię po to, żeby ktoś bliski czuł się ze mną dobrze i bezpiecznie, to mogę przede wszystkim rozwijać w sobie pełne życzliwości zaciekawienie. Możemy sobie to zwizualizować jako ucho połączone bezpośrednio z sercem. Ucho, które słucha nie tylko po to, żeby zaspokoić ciekawość, ale żeby dowiedzieć się, czy druga osoba czegoś potrzebuje. Jeżeli ktoś nie reaguje emocjonalnie na cudze potrzeby, bo nie ma takiej wrażliwości, nadal może być w otwartej, życzliwej relacji z drugą osobą.
Rozumiem, że konieczna jest tu praca z własnymi emocjami, żeby umieć je nazywać, współdziałać z nimi. Kiedy pojawiają się emocje, które przytępiają wrażliwość na drugiego człowieka, umiejętność zrobienia w sobie przestrzeni na jego potrzeby staje się wyzwaniem.
AP: To wraca jak bumerang podczas każdej terapii. Ludzie często szukają wsparcia psychicznego dlatego, że coś nie idzie w relacjach z innymi ludźmi: z dziećmi, z partnerem, z zespołem w pracy – czyli z, nazwijmy to, „zewnętrznym” tematem. Nie ma jednak możliwości dojrzale i skutecznie zaopiekować się takim „zewnętrznym” tematem, jeżeli nie są zaopiekowane tematy „wewnętrzne”. To powinien być zawsze pierwszy krok, który wiele osób najchętniej by pominęło. Znacznie łatwiej jest skupić się na czymś na zewnątrz. A często to w nas jest krucha, zapomniana, czasem wręcz łkająca istota, która potrzebuje usłyszenia swoich potrzeb i lęków.
Żeby potrafić autentycznie być z drugą osobą, trzeba rozumieć samego siebie. Konieczne jest zadbanie o właściwy poziom energii wewnętrznej, wystarczająco wysoki, by dzielić się nią z innymi. Bliski kontakt ze sobą umożliwia też zrozumienie, że człowiek nie jest prostym zadaniem matematycznym do rozwiązania.
Może pojawić się pokusa, żeby takie skupienie na sobie uważać za egoizm.
AP: W naszej kulturze często otrzymujemy informację, że nie wypada mówić o sobie, myśleć o sobie, dbać o siebie – że ktoś inny powinien się o nas zatroszczyć. Ciekawe, że równolegle słyszymy: „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. W tym przekazie ewidentnie znajduje się wskazówka, że miłość do siebie jest konieczna, żeby móc kochać innych. Zdarza się, że ktoś o siebie nie dba, myśląc: „muszę dbać o innych, to jest właściwe, a oni o mnie zadbają”. A ci „oni” tego nie robią, uważając, że skoro ktoś coś daje, to znaczy, że chce to zrobić – więc nie muszą się za to odwdzięczać. Za taką postawą stoi myślenie, że gdyby musieli się odwdzięczać, to wzajemne przysługi stałyby się transakcją, a to wyklucza miłość. Uważamy, że miłość powinna być bezwarunkowa i wypływać z nas bezinteresownie. Ale to się może stać, kiedy serce jest napełnione dbałością, miłością, czułością.
Czy to oznacza, że powinniśmy być empatyczni wobec samych siebie?
AP: Bliższe niż empatia są mi pojęcia współczucia i samowspółczucia. Empatia sprawia, że cudze cierpienie wprowadzana w emocjonalny dyskomfort. Chcąc pozbyć się tego uczucia, osoba empatyczna często chce natychmiast reagować. A nie każde cierpienie wymaga, żeby rzucać się na pomoc. Czasem potrzebne jest trwanie w sytuacji cierpienia, żeby ocenić, co rzeczywiście jest potrzebne.
Współczucie i samowspółczucie zawierają w sobie empatię, ale też odwagę, by pobyć z tym, co trudne. Współczucie pomaga wytrzymać emocjonalny dyskomfort związany z cudzym cierpieniem. Wzniesienie się ponad emocjonalne reakcje pozwala na namysł, co rzeczywiście można zrobić, a co jest poza zakresem naszych możliwości. Bardzo często bliscy umierającej osoby do końca starają się ją za wszelką cenę ratować i w nieskończoność szukają sposobów: może jeszcze taka terapia, takie lekarstwo, taka klinika. A ta umierająca osoba wie, że to już koniec i najlepsze, co można wtedy zrobić, to zatrzymać się i z nią pobyć. Jeśli tego zabraknie, później wiele osób ma żal, że się nie pożegnało. Że nie wykorzystało inaczej tych ostatnich chwil. Wiem, że przywołałam skrajny przykład, ale możemy go odnieść też do codziennych sytuacji.
Każdy człowiek słyszy w sobie wiele różnych głosów, związanych z własnymi emocjami. Czy praca z tymi wewnętrznymi głosami jest istotna, żeby zachować życzliwość dla siebie i innych?
AP: Wybijającym się i najgłośniejszym z nich jest zwykle głos wewnętrznego krytyka. Mamy jednak też w sobie głos wewnętrznego przyjaciela, często cichutki. Jeden i drugi głos chce o nas zadbać, tylko mają inne strategie.
Wewnętrzny krytyk to nie jest jakiś zły bohater. On próbuje nas zmobilizować przez lęk, przez podnoszenie poprzeczki. Nasz mózg działa tak, że łatwiej przekonują nas negatywne komunikaty. Wyobrażam sobie, że siedzę na kanapie z poczuciem, że mam parę kilogramów za dużo. Co mi powie wewnętrzny krytyk? „Rusz się, grubasie”, „do niczego się nie nadajesz”. Może nie będę szła dalej w tę stronę, bo to, co podpowiada wewnętrzny krytyk, często nie nadaje się do druku. I on tymi obraźliwymi słowami chce nas zmotywować. Czasem mu się uda, ale czy zabierzemy się za siebie z radością? Nie, zrobimy to, żeby uniknąć razów od wewnętrznego krytyka.
A co powie wewnętrzny przyjaciel? „Kochana, zobacz, bolą cię te plecy i stawy, kiedy się nie ruszasz, twoje zdrowie podupada. Co możesz zrobić dzisiaj, żeby siebie potraktować jak kogoś cennego? Może zamiast pączka – domowe placuszki z jabłkiem w środku?”. W ten sposób będzie nas mobilizował do zmiany. Może wolniejszej, drobnymi krokami, ale z dbałości o siebie i ze świadomością, czemu chcę to robić.
Nasz mózg jest plastyczny. Możemy wpływać na to, jak działa i które ścieżki wybiera. Oczywiście możemy odczuwać niepokój przed zignorowaniem wewnętrznego krytyka. Grozi nam pułapka, że jeżeli dotąd to on nas motywował do działania, to boimy się, że przestając go słuchać, już nigdy nie wstaniemy z kanapy. Nie powinniśmy jednak robić niczego tylko dlatego, że ktoś nas straszy.
Kiedy staję przed dylematem, czy zrobić coś, co mi szkodzi, czy zrobić coś, co mnie wspiera, to traktowanie siebie z czułością wcale nie oznacza, że sobie odpuszczę i będę mówić: „Jesteś kochana, należy ci się, objadaj się niezdrowym, nie ruszaj się, nie dbaj o siebie”. Wewnętrzny przyjaciel nie spowoduje, że staniemy się bezsilni.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy przy kimś, kto nas absolutnie, bezwarunkowo kocha, przyjmuje, nie ocenia nas, wierzy w nas. Czy mamy ochotę siedzieć i nic nie robić? Nie, dostajemy niewiarygodnej energii i jesteśmy gotowi przenosić góry. Z kolei kiedy mamy koło siebie kogoś, kto ciągle jest niezadowolony z tego, co zrobiliśmy, to przestaje się nam chcieć działać. Myślimy: „Nigdy mu nie dogodzę, co bym nie zrobiła, to oberwę”. Kogo chcielibyście mieć przy sobie? Kto nas bardziej motywuje do rozwoju?
Faktycznie, mamy problem z uwierzeniem w to, że akceptacja samego siebie, miłość do siebie nie rozleniwi nas, tylko spowoduje, że nasza energia będzie się rozlewała na zewnątrz w relacjach z drugim człowiekiem.
AP: Współczucie stawia wszystkich ludzi na tym samym poziomie. Tworzymy wspólnotę ludzką, każdy z nas jest ważny, wartościowy, istotny. Cierpienie każdego z nas ma znaczenie i radość każdego z nas ma znaczenie. Nie ma jakiejś skali, która mówi: „ty jesteś ważniejszy albo mniej ważny”. Nie – jesteś człowiekiem i jesteś ważny, ja też jestem człowiekiem i też jestem ważna. Jak traktuję siebie, tak traktuję drugiego człowieka. Jeżeli ciągle krytykuję siebie, to dokładnie w ten sam sposób traktuję innych, swojego partnera, partnerkę, dzieci, współpracowników.
Nie zrozumiemy tych wewnętrznych uwarunkowań, jeżeli się trochę nie zatrzymamy. Każdy z nas potrzebuje czasem pójść na spokojny spacer, bez rozpraszaczy, usiąść sobie w ciszy z notesem, żeby zanotować swoje myśli. Być może to będzie chwila medytacji, modlitwy, może chwila pobycia ze sobą i posprawdzania, co mi tam w głowie siedzi. Może chwila obserwacji, jak na różne myśli reaguje moje ciało. Człowiek staje się maszyną, jeśli jest ciągle w musztrze, odhacza zadania, nie celebruje sukcesów. Może mieć sukcesy, ale nie ma radości, nie ma głębokich relacji, nie czuje sensu wstawania rano z łóżka. To, co powiedziałam, może wydawać się mało konkretne. Rzeczywiście – według jakich wskaźników wydajności zmierzyć, czy jestem czuła, wrażliwa, empatyczna, czy dbam o siebie, o innych, czy prowadzę głębokie rozmowy i naprawdę słucham drugiego człowieka i siebie? Nie sprawdzimy tego tak łatwo i nie dostaniemy za to premii, ale może premią będzie to, że moje życie będzie bardziej wartościowe i sensowne.
Rozmawiał: Marcin Nowak – menadżer kultury, socjolog, publicysta, autor podcastów CMJP2 „Słuchając drogi”.
Całej rozmowy można wysłuchać pod adresem:
Przeczytaj cały numer