Żeby wyjść z kołowrotka, trzeba się zatrzymać

Z Urszulą Sołtys-Parą, psychoterapeutką, autorką książki „Przebodźcowani. Szukając siebie w świecie nadmiaru” rozmawia Marcin Nowak.

Na początek zadam pytanie, które można uznać za banał: czy faktycznie czasy, w których żyjemy, czasy technologii informatycznych, natłoku informacji, czasy doświadczenia nadmiaru, sprzyjają odczuciu przebodźcowania? Intuicja mi podpowiada, że zdecydowanie tak, ale ciekawi mnie perspektywa psychoterapeuty.

Wie pan, intuicyjnie moglibyśmy powiedzieć, że tak, że teraz czasy są szczególnie trudne. I pewnie coś w tym jest, skoro biolodzy mówią, że nasz mózg nie ewoluuje tak szybko, jak zmieniają się zjawiska socjologiczne, jak następuje rozwój technologii, że nie potrafimy po prostu biologicznie i fizjologicznie za tym nadążyć. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, jak popatrzymy wstecz, to ludzie już niejednokrotnie mówili wcześniej o zmęczeniu i przytłoczeniu. W książce wspominam chociażby piosenkę Zbigniewa Wodeckiego sprzed przecież 30 czy 40 lat, gdzie również jest mowa o zmęczeniu i o tym, że czas tak gna i po prostu nie można nadążyć. Cytuję też Antona Czechowa –  to już w ogóle opinia wypowiedziana ponad 100 lat temu – gdzie bohaterowie sztuki mówią o tym, jak są zmęczeni. Więc być może jest coś takiego w naturze ludzkiej, że sami się wikłamy w jakiś nadmiar obowiązków i oczekiwań. Jednak patrząc z metapoziomu, to obiektywnie teraz jest więcej wyzwań. Ludzie śpią krócej niż kiedyś, dłuższa jest ta część doby, w której jesteśmy aktywni, więc siłą rzeczy więcej robimy i nasz mózg ma więcej bodźców do przetwarzania. Żyjemy w takim momencie historii i jest w tym oczywiście mnóstwo dobrodziejstw, nie chciałabym się cofnąć do czasów, na przykład, mieszkania w lepiankach i marznięcia całą zimę. Te dobrodziejstwa mają jednak swoją cenę – czegoś może być za dużo i możemy być z tego powodu zmęczeni, wskutek przebodźcowania właśnie.

Zastanawiam się, czy nie powinniśmy mówić o różnych rodzajach zmęczenia. Może to zmęczenie Czechowa i jemu współczesnych 100 lat temu miało bardziej wymiar egzystencjalny, trochę zabarwiony melancholią, trochę w duchu zerwania relacji ze światem? A dzisiejsze zmęczenie jest związane raczej z przeciążeniem naszego układu nerwowego. Odbija się na naszym mózgu, na naszej percepcji, uwadze. Jak pani na to patrzy?

To bardzo ciekawe, co pan mówi o zmęczeniu egzystencjalnym. Spotykam się ze zmęczeniem wynikającym z pełnienia ról społecznych, z braku poczucia sensu tego, co się robi. A do tego dochodzi jeszcze to, o czym pan wspomniał –  przebodźcowanie układu nerwowego. Nasz mózg cały czas jest atakowany. Wydawałoby się, że droga do pracy powinna być spokojna, ale jeżeli ktoś jedzie samochodem rano, to z iloma dookoła sytuacjami musi sobie równocześnie radzić? Już nie mówię o samej jeździe, co na ogół może być czynnością automatyczną, ale ciągłe czuwanie, kto wejdzie na drogę, jakie światła, kto jedzie z tyłu, kto z przodu, czy ktoś jedzie szybciej, wolniej. A jeszcze ktoś dzwoni, a jeszcze może radia słucham, a jeszcze może dziecko z tyłu coś mówi do nas. I cały czas jest tak gęsto. Nasz mózg sobie próbuje z tym radzić, z różnym skutkiem. Czasami jest tak przytłaczający nadmiar bodźców, że powoduje to osłabienie organizmu. Nasze ciało mówi „nie”.

Jest taka genialna książka Gabora Matégo pod tytułem Kiedy ciało mówi nie o tym, jak ciało daje sygnał, że już dość, już nie może. Z różnych powodów, ale również z powodu takiego przeciążenia. Przecież nawet jak ktoś idzie do galerii handlowej, to światła, które tam oświetlają witryny i produkty, są tak ostre, że po krótkim czasie bolą nas oczy. Obijamy się o tłumy przypadkowych ludzi. W niektórych sklepach jest bardzo głośna muzyka. W perfumeriach nadmiar zapachów naraz.

Jeżeli jesteśmy systematycznie temu poddawani, myślę chociażby o osobach, które tam pracują, to nie ma wyjścia, żeby w którymś momencie nie pojawiło się zmęczenie. Wówczas albo za tym sygnałem pójdziemy i powiemy świadomie „dość”, „chcę coś zmienić”, albo będziemy tak długo zaprzeczać, aż ciało po prostu zdecyduje za nas, i to już nie będzie do zignorowania, będziemy musieli zająć się sobą.

We wstępie swojej najnowszej książki pisze pani o nadziei. Zaprasza pani czytelników do wyruszenia w podróż, do poszukiwania tej nadziei. Mam poczucie, że wszyscy za nią tęsknimy, ale na co dzień wolimy tego pojęcia nie używać. Czym dla pani jest nadzieja i czym nadzieja jest w naszym zdrowiu psychicznym, w pracy psychoterapeuty?

Ja rozumiem nadzieję jako przekonanie, że jest szansa na coś lepszego, że jest szansa na zmianę. Że nawet jeżeli teraz nie widzimy gotowego rozwiązania, to ta szansa jest. Odnosi się pan do psychoterapii. Kiedy pacjent przychodzi do gabinetu, zawsze jest w nim jakaś część, która ma nadzieję. Jest część, która się boi zmiany, jest część, która cierpi, i jest część, która ma nadzieję, że coś da się zrobić, że musi być jakieś rozwiązanie. Być może pacjent sam tego nie widzi, ale wierzy, że to rozwiązanie gdzieś jest, i dlatego wyrusza w wędrówkę, czyli psychoterapię. Z kolei dla mnie jako terapeuty również jest nadzieja: skoro pacjent przychodzi ze swoją nadzieją, to połączmy siły, bo rozwiązanie gdzieś jest. Dla mnie przeciwieństwem nadziei jest czarna rozpacz, że już nic się nie da zrobić, nic nie mogę. Z tej perspektywy nadzieja trzyma przy życiu, jak ta nadzieja, która była na dnie puszki Pandory.

W swojej książce buduje pani narrację na dychotomiach – za dużo, za mało. Za dużo pośpiechu, za mało spokoju. Za dużo chcenia, za mało nasycenia. I ostatnie – za dużo wspominania cudzych oczekiwań, za mało życia w zgodzie ze sobą. Czy może nam pani pokrótce te dychotomie przybliżyć?

Mam wrażenie, że tak się miotamy ze skrajności w skrajność. A kiedy jest czegoś za dużo, to równocześnie czegoś innego musi być za mało. A dla zdrowia optymalne byłoby, gdyby te skrajności utrzymywać w równowadze. Czyli na przykład i pośpiech, i spokój: mogę się w którymś momencie spieszyć, ale mam też momenty spokojne. Bo to, co nie będzie służyło, to gdy cały czas będziemy pod presją i w napięciu.

Odkrywcze było dla mnie zdanie: „lęk napędza pośpiech, a pośpiech napędza lęk”. Zaczerpnęłam je od mojej koleżanki, Marty Nowak-Kulpy, która zauważyła, że możemy destrukcyjnie oszukiwać własny mózg, ponieważ kiedy się spieszymy, nasze ciało reaguje podobnie jak w lęku. Serce bije szybciej, oddech się spłyca. Nasz mózg nie do końca wie, co się dzieje, i odbiera ten ciągły pośpiech jako stan niepokoju. Mówimy tu o sytuacjach permanentnych, to one są dla nas destrukcyjne. Wytwarza się wówczas kortyzol, nazywany hormonem stresu, którego nadmiar przez długi okres powoduje drastyczny spadek odporności organizmu i ogólne pogorszenie naszego funkcjonowania.

Często sami się w to wkręcamy, bo świat oferuje nam tyle ciekawych propozycji. Wikłamy się w przebodźcowanie nie tylko dlatego, że nas dopada tak dużo trudnych spraw. Ile jest ciekawych filmów, seriali, za którymi nie można nadążyć, książek, atrakcyjnych koncertów, wydarzeń artystycznych. I my, chcąc ze wszystkiego skorzystać, musimy się bardzo spieszyć. A jak się spieszymy, to jesteśmy w ścisku. To takie błędne koło.

Druga dychotomia, o której pan wspomniał, to chcenie i nasycenie. Tak bardzo chcemy i nigdy nie mamy dość. Mało kto, przynajmniej takie jest moje doświadczenie, potrafi powiedzieć „to już jest ok”, „mnie to wystarczy”, „więcej nie chcę”. Przecież wszystko ma w końcu swoją cenę, prawda? Nie muszę mieć trzeciej kurtki, ani czwartej, dwie są wystarczające. Niejednokrotnie sami sobie organizujemy tak dużo rzeczy, a to cały czas nas nie nasyca. Tutaj myślę o zakupach, konsumpcjonizmie, ale również w dziedzinie mi bliskiej – szkoleń, gdzie jest tak dużo naprawdę ciekawych spotkań, konferencji, warsztatów. W którymś momencie trzeba powiedzieć „wystarczy”.

Myślę sobie, że „umiar” i „równowaga” to są kolejne po słowie „nadzieja” słowa dzisiaj niepopularne. Rozmawialiśmy o potrzebie znalezienia równowagi pomiędzy skrajnościami, rozmawialiśmy też, że umiar jest niezwykle istotny. Zastanawiam się, czy w warunkach rozwoju technologicznego, konsumpcjonizmu wspomniane przez panią pojęcia są doceniane. Ciągle jesteśmy w jakimś kołowrotku: w kołowrotku codzienności, kołowrotku różnych ról, różnych oczekiwań, różnych głosów, które mamy w sobie. Czy jest możliwe wyjście z tego kołowrotka?

Jeżeli ktoś zadaje sobie takie pytanie, to już jest dużo. Jeżeli ktoś zauważa, że jest w kołowrotku, i chce z niego wyjść, to znaczy, że już go coś gniecie. Ważne jest wtedy spotkanie się z tym, co dla danej osoby  jest naprawdę ważne. Czyli odniesienie się do swoich wartości, przekonań, do prawdziwych potrzeb. Czasem proponuję pacjentom, żeby narysowali wykres kołowy i zaznaczyli proporcjonalnie takie kawałki tortu: co jest dla nich najważniejsze, co jest trochę mniej ważne, co jest w ogóle mało ważne – jakie rzeczy w jakiej skali. A potem proponuję narysowanie drugiego koła, w którym pacjent zaznacza, ile czasu poświęca na jakie obszary. Następnym etapem jest porównanie obydwu wykresów – czy ich wyniki pokrywają się ze sobą.

Jeżeli ważną wartością jest dla mnie spędzanie czasu z dziećmi, a nie potrafię go dla dzieci wygospodarować, to wskazuje, że czegoś innego jest za dużo, coś zabiera mi czas. Musimy dojrzeć do refleksji, co możemy zmienić, co nam przeszkadza robić to, co dla nas ważne, w co się niepotrzebnie wkręcam.

Wkręcamy się na przykład w spełnianie oczekiwań. To jest kolejna dychotomia, o którą pan pytał. Zdarza się, że stawiamy sobie sami jakieś wyzwania albo inni od nas czegoś oczekują. I może się okazać, że za bardzo się skupiamy na tym, jak wypadnę w oczach szefa, w oczach współpracowników, zamiast tego, czy to są moje wartości, czy to, co robię, jest w zgodzie z moim wewnętrznym ja. Aby móc w ogóle się nad tym zastanowić, konieczne jest zatrzymanie się i refleksja. Kołowrotek kojarzy się z ciągłym ruchem. Jeśli mamy znaleźć równowagę, musimy się zatrzymać, spotkać ze sobą, znaleźć jakiś kawałek ciszy. Dla jednych to mogą być spacery w lesie, dla innych joga, dla innych chwila z książką. Trzeba usłyszeć własne myśli w tym wszystkim i sprawdzić, ile jeszcze mogę.

Nie chcę nikogo oceniać, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób ma presję finansową, kredyty, zobowiązania i świadomie bardzo długo pracują. Biorą nadgodziny, weekendy i tak dalej. Jeżeli to jest ich wybór albo sytuacja tymczasowa, na przykład dopóki nie spłacą kredytu, wówczas nastawienie może być inne niż kiedy będą sobie wmawiać, że nie ma innego wyjścia, albo że inaczej nie potrafią. Świadome podejście do tego, co robimy, jest bardzo ważne. Więc aby wyjść z kołowrotka, trzeba się najpierw zatrzymać. Jestem przekonana, że trzeba się zatrzymać, żeby w ogóle zobaczyć, w jakim kołowrotku biegniemy i po co.

W swojej książce bardzo często wraca pani do poczucia sprawczości jako jednego z ważniejszych wymiarów naszego zdrowia psychicznego. Dlaczego jest to takie ważne?

Żeby nie popaść w totalną bezradność i w czarną rozpacz, musimy mieć poczucie, że coś od nas zależy. Tylko znowu, potrzebny jest balans. Bo to nieprawda, że wszystko mogę. Nie zawsze chcieć to móc. Oczywiście wiele ograniczeń jest w naszej głowie, ale są też obiektywne bariery, których nie przeskoczymy. Szukajmy więc tego, co jest możliwe. Trochę jak Kopciuszek oddzielał groch od soczewicy, rozdzielajmy to, na co mamy wpływ, od tego, co jest poza nami. Często nie możemy pomóc ludziom, którzy cierpią gdzieś na drugiej półkuli, ale mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas. Taka sprawczość daje poczucie własnej wartości i poczucie sensu. Szukanie tego jest jednak wyzwaniem. Russ Harris, autor książki Zderzenie z rzeczywistością, mówi, że bywają sytuacje, kiedy można się skupić już tylko na własnym ciele. Kiedy rozpacz czy choroba jest tak wielka, że nie mogę nic zrobić dla innych. Ale mogę zauważyć swój oddech, mogę go wydłużyć, uspokoić. Skupić się na nogach, na rękach, na swoim ciele i pójść za sygnałami, które z niego pochodzą. Uważam, że myślenie jest przereklamowane. My chcemy wszystko racjonalizować, tłumaczyć i tracimy tę drogę do ciała, do serca.

Chciałbym jeszcze zapytać o wpływ przebodźcowania na nasze relacje. Często przywołuje pani w swoich książkach Stulecie samotnych Noreeny Hertz czy słowa Esther Perel, że jakość twoich relacji jest tym, co determinuje jakość twojego życia. Czy możemy powiedzieć, że problem z budowaniem satysfakcjonujących dojrzałych relacji z najbliższymi, ale też z samym sobą, jest uwarunkowany naszym zmęczeniem?

Tak, zdecydowanie. Kiedy jesteśmy zmęczeni, to jesteśmy mniej uważni na innych, na siebie też. Bardziej drażliwi, bardziej wybuchowi, trudniej nam być empatycznym i cierpliwym, tak wobec dzieci, jak wobec bliskich dorosłych. Być może jest to jeden z powodów, dlaczego tak trudno dzisiaj o dobre relacje, które jednocześnie są ważną wartością dla wielu ludzi. Wszyscy deklarujemy, że ważna jest przyjaźń, rodzina, relacje z dziećmi. Ale jakby zapytać: kiedy był pan/pani na spokojnym spotkaniu z przyjaciółką czy przyjacielem, żeby po prostu pogadać, bez zegarka w ręce? Wtedy okazuje się, że było to dawno temu. I nie chodzi tu o wymiany lajków na komunikatorach. Nie doceniamy wartości takich spotkań, dopóki nie stanie się coś trudnego. Ludzie się zatrzymują, kiedy jakaś relacja się zrywa – któraś ze stron powie pierwsza dość. Bywa to przyczyną naszego zatrzymania, przewartościowania czy przyjrzenia się relacji. Niektóre związki partnerskie czy przyjaźnie są w stanie przez to przejść bez szwanku, a niektóre się zrywają, bo już nie ma tego, co łączy, już mapy naszych światów stają się bardzo różne, już nie wiemy, co się dzieje u drugiej osoby. Zmęczenie często przekłada się na brak gotowości na utrzymanie relacji i w ten sposób niestety mocno się przyczynia do tych kryzysów.

Rozmawiał: Marcin Nowak
Menadżer kultury, socjolog, publicysta, autor podcastów CMJP2 „Słuchając drogi”. mnowak@centrumjp2.pl

POWIĄZANE

Posłuchaj

Opublikowano 10.10.2024

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Nowy odcinek „Słuchając drogi”! „Ludzie zachowują się lepiej, kiedy czują się lepiej – mówi Magdalena Wasilewska, psycholożka i trenerka pozytywnej dyscypliny.
Trzeci odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.
Możecie już kupić bilety na 17. edycję Festiwalu Nowe Epifanie oraz 2. edycję Rodzinnych Nowych Epifanii.
2 stycznia startuje akcja PoKolędzie JP2, a po Orszaku Trzech Króli zapraszamy na wspólne kolędowanie na placu Zamkowym. 12 stycznia rusza sprzedaż biletów na Festiwal Nowe Epifanie.

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.