Wyszyński i Wojtyła: nic nas nie rozdzieli

WYSZYŃSKI I WOJTYŁA: NIC NAS NIE ROZDZIELI
Paweł Zuchniewicz

Jest 16 października 1978 roku. Późnym wieczorem ks. Bronisław Piasecki, kapelan Prymasa Stefana Wyszyńskiego, odbiera telefon. Słyszy głos księdza Stanisława Dziwisza.

 

– Ojciec Święty prosi jutro na obiad Księdza Prymasa z przyległościami – mówi niedawny kapelan kard. Karola Wojtyły, który już jest kapelanem papieża Jana Pawła II. Nazajutrz siadają we czterech w Pałacu Apostolskim. Atmosfera familijna, ks. Piasecki ośmiela się zapytać: „Ojcze, jak to się jest papieżem?”. Jan Paweł II uderza dłonią w poręcz fotela i mówi: „Wiesz, tak się czuję, jakbym w tym fotelu siedział od dwudziestu lat.”
Dwadzieścia lat. Tyle trwała droga Wojtyły od biskupstwa do papiestwa. Prawie dwadzieścia lat wynosiła różnica wieku między krakowskim kardynałem a Prymasem Wyszyńskim. Nieco ponad dwadzieścia lat dzieliło świat i Kościół od jubileuszu dwóch tysięcy lat od narodzenia Chrystusa.

Od biskupstwa do papiestwa

Latem 1958 roku Prymas powiedział Wojtyle, że Pius XII mianował go biskupem pomocniczym w Krakowie. Wtedy krakowski ksiądz zapytał, czy może wrócić do przyjaciół na kajaki. Wydarzenie to wspominał Prymas po wyborze Jana Pawła II, po powrocie do Warszawy. „Piotr miał łódź i Karol miał łódź” – powiedział w archikatedrze warszawskiej. Nie mówił natomiast, że Wojtyła przyszedł do niego po radę, kiedy stało się jasne, że kardynałowie wskazują na niego. „Jeśli wybiorą, proszę przyjąć” – powiedział mu Prymas. Wyznaczył mu też swoisty cel, mówiąc: „Masz wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie”.
Dla Karola Wojtyły oznaczało to rozstanie ze wszystkim, co było po ludzku bliskie jego sercu: pożegnanie z Polską, z Krakowem, z przyjaciółmi, a także… z kajakami. Słusznie napisał George Weigel, że tego dnia umarł Karol Wojtyła, a narodził się Jan Paweł II.
Dla Prymasa to też nie był łatwy wieczór. Okazało się, że Karol Wojtyła nie zostanie jego następcą w Polsce. A – zgodnym zdaniem wielu świadków – do takiej roli Wyszyński przygotowywał Wojtyłę, szczególnie w drugiej połowie ich dwudziestoletniej znajomości.

Tak różni – tak bliscy

Dwanaście lat wcześniej, w Gnieźnie podczas obchodów milenijnych Prymas powiedział arcybiskupowi Wojtyle: „ No i teraz przy jednym dyszlu dwóch nas stoi i nic nas nie rozdzieli!” Okazało się, że rzeczywiście – nic ich nie rozdzieliło. Ani dwudziestoletnia różnica wieku, ani podejmowane przez komunistów próby ich skłócenia. Dopiero decyzja kardynałów na konklawe sprawiła, że Karol Wojtyła musiał odejść od tego „dyszla”.
Ciekawą jest rzeczą, że choć przed konklawe prymas nie spodziewał się wyboru Wojtyły, to właśnie on wskazał mu, jakie ma przybrać imię obejmując tron Piotrowy. Ksiądz prof. Waldemar Chrostowski wspomina, że w czasie kolacji w Instytucie Polskim w Rzymie wywiązała się rozmowa na temat przyszłego papieża. I wtedy właśnie kard. Wyszyński podzielił się swoimi uwagami po przeczytaniu artykułu w „Le Monde”. Zgadzał się on z autorem artykułu, który twierdził, że nowy papież powinien nosić imię Jana Pawła II, ponieważ misja jego poprzednika nie została zakończona.
Tak też się stało. I dzięki temu świat ujrzał chyba najpiękniejszy gest oddania i przyjaźni. 22 października 1978 r. nowy papież zerwał się z tronu i padł w objęcia prymasowi, który podszedł do niego, aby mu złożyć swoje homagium. Zgodnie z rytuałem kard. Wyszyński ucałował dłoń Jana Pawła, niezgodnie z rytuałem ten ostatni nachylił się do dłoni prymasa.

Ojciec i syn

Wiele wskazuje na to, że między tymi dwoma tak różnymi ludźmi w ciągu dwudziestu lat wytworzyła się szczególna więź duchowa. Chyba najwięcej światła na ich wzajemną relację rzucają ostatnie chwile Prymasa. Wielu z nas jeszcze pamięta te majowe dni 1981 r., komunikaty o pogarszającym się stanie zdrowia kard. Wyszyńskiego i tragiczny dzień zamachu na papieża. Nazajutrz, 14 maja 1981 r. w archikatedrze św. Jana i na placu Zamkowym w Warszawie odtworzono przemówienie ciężko chorego prymasa, który prosił, aby wszystkie modlitwy zanoszone w jego intencji zanosić teraz za rannego papieża.
„Kiedy dowiedział się o zamachu (…) jakby kurczowo uczepił się życia, nie chciał odejść, dopóki nie miał pewności… – wspomina kard. Stanisław Dziwisz w książce Świadectwo – I dlatego przez trzy tygodnie trwał w nieznośnej agonii. Zamknął oczy dopiero wtedy, gdy potwierdzono mu, że życie papieża nie jest już w niebezpieczeństwie.”

 

 

 

 

Dodano: