Wymiar społeczny

JAK KOMENTOWANO WYDARZENIE?

  • Ks. Janusz Bielański 

Byliśmy wtedy w Hucie, to było wtedy akurat nabożeństwo fatimskie, bo to 13. Ludzi pełen kościół, ale msza była na zewnątrz, na antresoli. Odprawiamy mszę św. no i w pewnym momencie do księdza Gorzelanego Józefa, który przewodził tej koncelebrze, podszedł ktoś i mówi, że był zamach, że papież jest i może zastrzelony, w każdym razie bardzo skaleczony, więc ks. Gorzelany (…) jak to usłyszał widziałem zmienił się na twarzy, jak zbladł i przemówił do ludzi: „tragedia, ale Matka Boska Fatimska nas wysłucha, papież będzie żył.” Ci ludzi padli na kolana, my księża też, łzy, płacz i modlitwa. To było wielkie przeżycie, bardzo wielkie przeżycie, do północy się ludzie modlili tłumnie. No i wsłuchała Matka Boska, że Papieża nie zastrzelił. Jest powiedzenie: „człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi”, no w tym wypadku tak było, bo strzelał na pewno fachowiec, ale kule niosła Matka Boska, no i Papież przeżył to wszystko. A co wycierpiał to też przykład dla nas jak trzeba cierpieć. Sam zbrodniarz powiedział, że to był pewny strzał. A tymczasem kula poszła obok.

  • o. Wojciech Bołoz

To była dla mnie sytuacja też wyjątkowa. Ja chyba dokładnie w tym dniu leciałem samolotem z Warszawy do Wiednia ponieważ pod Wiedniem siostry zakonne austriackie miały dom letni. Potrzebowały kapelana i ja tam trafiłem. Jadę więc samochodem w góry i w Sank Pülten dowiaduję się, że był zamach na papieża. Tutaj w Warszawie jest chory prymas. Wtedy była jedna z gorszych psychologicznie sytuacji, bo była wtedy i solidarność i stan wojenny, umierający prymas, który stanowił jednak jakąś ostoję dla nas wszystkich, no i postrzelony papież. Był to jeden z gorszych momentów w moim życiu – powiedzmy takiej beznadziei, porównałbym go z 13 grudnia 1981. Nawet powiedziałbym był jeszcze gorszy, ja ten 13 grudnia przeżywałem tutaj [w Warszawie] i owszem było wtedy takie poczucie zagrożenia, ale też pewnej ironii, no cóż… stan wojenny minie. Natomiast wtedy wydawało się, że ta sytuacja Polski jest wyjątkowo zła i pamiętam, że byłem chyba bardziej przybity, tym bardziej, że to było na obczyźnie, byłem sam, jedynym Polakiem w tym środowisku, więc to wydarzenie było dla mnie ogromnie przygnębiające.

  • Ks. Adam Boniecki

Wtedy byłam w redakcji L’Osservatore Romano spisywałem to, co papież po polsku mówił, żeby dostarczyć to potem wydaniu włoskiemu. Włączyłem radio  trochę za późno, to przez radio watykańskie słuchałem, jakiś gwar, trudno było zrozumieć co się dzieje, wyszedłem z tej redakcji w bramie, przyjechały samochody, karetka pogotowia, Arturo Mari wysiadł z samochodu tam przy bramie św. Anny, pytam się: „Artur, co się stało?”, on otworzył usta… machnął ręką i się rozpłakał, nie był w stanie mówić. Potem ktoś inny powiedział, że zamach, że strzelano do Papieża. Bramy watykańskie pozamykano nie wiadomo po co. Potem przyszedł ambasador Włoch przy Stolicy Apostolskiej Manno myśląc, że ja mam jakieś nadzwyczajne chody, poprosił żebym z nim pojechał do kliniki Gemelli i pojechałem do tej kliniki, byliśmy w sąsiednim pomieszczeniu gdzie dokonywała się operacja Papieża, nawet pytali czy chcą, żebyśmy przez jakieś okno patrzyli gdzieś tam… broń Boże! (…) Świat struchlał wtedy, Rzym, wszystkie kościoły, na placu tłum ludzi, którzy się modlą. Był to przełom w recepcji Jana Pawła II dla świata. Niewątpliwie. Widziałem Papieża jak wrócił do Watykanu z kliniki Gemelli, jak wysiadał z samochodu na dziedzińcu Andamazo. Okropnie wyglądał, oczy wpadnięte, bardzo to przejmujące było, zmieniona twarz, wyniszczona.  

  • Teresa Życzkowska

Byliśmy z moim mężem w Rzymie na audiencji. Najpierw usłyszeliśmy szum gołębi. A potem strzały  (to jest oczywiście kwestia odległości) i zaraz potem mąż mój wyciągną się do góry, żeby zobaczyć co się dzieje i mówi: „słuchaj, papieski samochód bardzo szybko jedzie do góry” (jechał za bazylikę) i zaraz się rozeszła wiadomość, że Ojciec Święty został postrzelony i pojechał do szpitala. Ksiądz Przydatek, który wtedy był opiekunem polskich pielgrzymów wyskoczył na miejsce, które było przygotowane dla Ojca Świętego, a tam delegacja polska postawiła obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i zaczął różaniec w intencji Ojca Świętego i modliliśmy się dość długo, jako całe zgromadzenie i potem zostało zapowiedziane, że o 21 będą następne wspólne modły i powoli wszyscy zaczęli się rozchodzić. Szliśmy prawą stroną placu i tam widzieliśmy kredą namalowane pozycje, takie koła skąd strzelano i gdzie stał Ojciec Święty, to było zostawione na tej kostce. Wyszliśmy o 21 znowu i ja właściwie wtedy byłam przekonana, że wiadomości ze szpitala są jak najlepsze, ale jak czytałam teraz ks. Dziwisza wspomnienia to wygląda, że jednak dużo później oni uznali, że uratowali Ojca Świętego.  Na placu księża wydawali komunikaty i wydawało mi się, że już wtedy czyli najpóźniej około godz. 22 było powiedziane, że już jest zwycięstwo lekarzy nad wypadkiem. Jak wróciliśmy do sióstr Antoninek, gdzie mieszkaliśmy, to siostra przełożona mi powiedziała, że dzwonił do niej jakiś ksiądz, który był przyjacielem o. Pio i że o. Pio powiedział mu „nie bój się, nie bój się, ja rozmawiałem z Matką Boską, on z tego wyjdzie, on z tego wyjdzie”. Muszę powiedzieć, że to było bardzo podnoszące na duchu. Ale ile jest w tym legendy, a ile prawdy trudno powiedzieć. To było w środę, a myślmy w sobotę wracali do Polski.         

 

Dodano: