Rozmowa z Maksymilianem Nawarą, benedyktynem prowadzącym Ośrodek Medytacji Chrześcijańskiej w klasztorze benedyktynów w Lubiniu.
Czym – według ojca wiedzy i doświadczenia – jest medytacja chrześcijańska?
MaN: Taką najprostszą definicją medytacji jest być wobec Tego, który jest. Chodzi o znalezienie sposobu na trwanie w obecności Bożej. Ojcowie pustyni, którzy opuszczali środowiska miejskie i udawali się na pustynię, zastanawiali się, jak spotkać się z Bogiem na modlitwie. Dostrzegli, że sama samotność nie wystarcza, że bagaż, który się nosi w głowie, daje o sobie znać w każdej chwili. A szczególnie wtedy, kiedy człowiek próbuje się zatrzymać w ciszy. Podstawowe było więc pytanie, jak się zatrzymać i trwać w zatrzymaniu. Celem był stan nieustannej modlitwy, do której zachęca św. Paweł w Liście do Tesaloniczan.
Powoli, metodą eksperymentów ojcowie pustyni odkrywali, że ciało ma zasadniczy udział w procesie modlitwy. To jest ta przedziwna prawda, że ciało pociąga za sobą umysł. Nie ma modlitwy, która by była całkowicie poza ciałem. Więc albo to ciało będzie przeszkadzało, albo będzie pomagało. Pierwszym odkryciem było to, żeby zatrzymać ciało w bezruchu, który miał być pierwszym krokiem do wyciszenia tego chaosu w głowie. Trwały jednak próby znalezienia przestrzeni w sobie, w którą można by włączyć modlitwę. Odkryto wtedy oddech. Oddech, który jest rzeczywiście ze mną zawsze, niezależnie od tego czy śpię, czy jem, czy pracuję, czy odpoczywam. Wdech jest pierwszą rzeczą, którą człowiek robi po przyjściu na świat, a kiedy opuszcza ten świat, to opuszcza go wraz z ostatnim wydechem. Więc tak naprawdę rytm życia jest wpisany w oddech. Ojcowie pustyni próbują wykorzystać oddech w modlitwie, łącząc go z formułą, szczególnie z formułą wezwania imienia Bożego.
Czy nie jest to schemat podobny jak w innych medytacjach? Coś tę chrześcijańską metodę wyróżnia?
MaN: Do tej pory, jak pan mnie słucha, mógłby pan powiedzieć, że to jest taka ogólna instrukcja do medytacji. I to jest rzeczywiście przedziwne, że w różnych miejscach na świecie ludzie, którzy poważnie się zastanawiali nad swoim życiem duchowym, odkrywali podobne praktyki umożliwiające im większą koncentrację. Podobnie jest np. z różańcem. Bardzo podobny różaniec można spotkać w Kościele wschodnim, tam nazywa się czotka, można go spotkać w religiach Dalekiego Wschodu, gdzie mówimy o dżapasie, także sufici mają swój różaniec. Są pewne ogólne przyjęte zasady, które dotyczą wszystkich, niezależnie od tego, jaką religię wyznają.
W takim razie czym medytacja chrześcijańska różni się od tych wszystkich innych medytacji?
MaN: Tu chodzi o spotkanie z Bogiem, intencja jest relacyjna. Dlatego wezwanie, które się stosuje w medytacji, nie jest jakimś zwykłym zdaniem, tylko jest wołaniem. Na przykład w modlitwie jezusowej to jest „Jezu!” czy „Panie Jezu, zmiłuj się nade mną!”. To jest przywoływanie osoby, które ma skupiać mnie na relacyjności.
Ta relacyjność przejawia się w powtarzaniu jako przebywaniu ze słowem, które się powtarza we mnie. Samo powtarzanie byłoby jednym z elementów pracy intelektualnej. Nasz mózg jest tak fantastycznie stworzony, że możemy powtarzać coś w myślach, a jednocześnie myśleć o wielu innych rzeczach. W medytacji nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby się spotkać z Bogiem na modlitwie. On jest nieuchwytny, niewidzialny i nie mogę powiedzieć: „o, teraz jest ze mną”. Jedyne, co mogę zrobić, to oprzeć się na moim doświadczeniu wiary w to, że Pan Bóg naprawdę jest taki, jak się przedstawił Mojżeszowi w ognistym krzewie: „Ja jestem Ja, który jestem”. To znaczy, że dał zapewnienie, że zawsze ze mną i dla mnie tu i teraz. Zadaniem medytacji jest odpowiedzieć tym samym, czyli być dokładnie tu i teraz, otwierając się na tę Obecność przez duże „o”. Nazywamy to „miłującą Obecnością”.
Przypomina to w jakimś stopniu założenia teorii uważności czy mindfulness, która staje się coraz popularniejsza.
MaN: Hezychiusz z Synaju, mnich chrześcijański i autor ważnych tekstów o chrześcijańskiej medytacji, mówił że każda uważność prowadzi do modlitwy, a każda głęboka modlitwa prowadzi do uważności. W języku greckim są dwa bliźniaczo podobne sformułowania: proseuche to jest modlitwa, a prosoche to jest uważność. W tradycji ojców te dwie postawy były zawsze ze sobą złączone. Element uważności, przytomności jest absolutnie konieczny, żeby modlitwa była głębsza, medytacyjna, żeby nie pozwolić umysłowi błądzić. To nie jest jednak punkt docelowy. Uważność jest narzędziem, które umożliwia trwanie. Ona oczywiście pomaga też w zwykłych zadaniach, ale nie jest celem. Ma pomóc w trwaniu przed Bogiem.
Z jednej strony wydaje się to niezwykle pociągające, ale z drugiej jest chyba w dzisiejszych czasach bardzo trudne. Chociaż może nie tylko w dzisiejszych? Może zawsze jest trudno, bo chyba z natury jesteśmy rozdygotani. Co jest najtrudniejsze na początku tej drogi? Jeśli odzywa się w nas tęsknota za Obecnością i chcemy spróbować medytacji, na co powinniśmy być szczególnie wrażliwi?
MaN: Myślę, że jedną z najbardziej podstawowych rzeczy, jakie trzeba założyć, rozpoczynając jakąkolwiek poważną praktykę duchową, jest długodystansowość. Nic nie dokona się od razu. I to jest bardzo trudne, ponieważ dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni, że wszystko musimy mieć na już. Jak zamawiamy coś w internecie, to powinno to do nas przyjść maksymalnie w dwa dni. A jeżeli kurier nie dostarczy za dwa dni, no to trzeba złożyć reklamację. Jeżeli się zapisujemy na jakiś kurs, to on musi być efektywny. Jeśli nie jest, zapisujemy się na inny. Wszystko, co nie działa od razu, uważane jest za niedoskonałe. Jeżeli ktoś chce się zaangażować w modlitwę medytacyjną i myśli, że – jak to czasami w reklamach pokazują – siądzie, zamknie oczy i wejdzie w stan medytacji, to się może bardzo rozczarować. Czeka go bardzo długa i uciążliwa droga, żeby przebodźcowany umysł skupić na jednym.
Oczywiście my jesteśmy bardzo przebodźcowani, ale to nie jest nowość, bo już św. Grzegorz z Synaju na przełomie XIII i XIV wieku pisał, że nasz umysł jest wiedziony niczym więzień w tysiące kierunków jednocześnie. Nie jest jednak taki z natury, to myśmy go przyzwyczaili do błądzenia. To już jest tekst z XIV wieku, który nam do dzisiaj doskonale obrazuje to, co się z nami dzieje. Ponieważ kiedy otwieramy rano oczy, już zaczyna się cała gama bodźców. I do samego wieczora jesteśmy nieustannie bombardowani bodźcami. Mózg nie ma chwili wytchnienia. W czasie medytacji mózg nie zajmuje się dyskursywną analizą czegokolwiek, nawet siebie samego. Wtedy – mówiąc językiem czysto psychologicznym – zachodzi deprywacja sensoryczna, czyli radykalne odcięcie bodźców. To powoduje, że umysł od razu potrzebuje jakiegoś działania. I to też nie jest nowość, bo Diadoch z Fotyki, święty biskup z V wieku, pisał, że jeżeli zamkniesz wszystkie bramy rozpraszania się rozumu, natychmiast będzie domagał się jakiegoś zajęcia, które by zaspokoiło jego potrzebę działania.
To jest podstawowy problem medytacji, nie tylko w początkowym okresie. Medytacja odzwierciedla nasze życie. To, co się dzieje w życiu, będzie się działo także w medytacji. Jeżeli mam intensywniejsze dni, bardziej rozproszone, taka będzie też moja medytacja. Medytacja to nie jest jakaś bańka mydlana, w którą się tam zagłębiam i tam mi jest dobrze, przyjemnie, i relaksująco.
Pierwsze, czego trzeba się nauczyć, to odzwyczajać umysł od błądzenia i przyzwyczaić do skupienia. To jest długi, żmudny proces, bo jeżeli ktoś 40 czy 50 lat swojego życia przyzwyczajał umysł do błądzenia, niech się nie dziwi, że on się nie odzwyczai w ciągu tygodnia. Umysł będzie błądził i trzeba się z tym pogodzić. Medytacja to jest tak naprawdę powracanie. Myśl odchodzi, zauważam to i wracam do modlitwy. Odchodzi, zauważam to, wracam. Im częściej powracam, tym okresy takiego czystego przebywania stają się dłuższe.
Tu nic się nie dzieje od razu. Trzeba mieć cierpliwość w stosunku do siebie samego. Już sama postawa trwania w bezruchu jest wymagająca. Grzegorz z Synaju mówił: „Czasami jak najdłużej siedź na stołeczku, bo to wymaga trudu. I nie stawaj zbyt szybko przez niedbałość. Nawet kiedy to wołanie umysłu sprawia ci trudność. Dlatego, że cierpliwość i wszelka wytrwałość dają jednak siłę ciału i duszy”.
Benedyktyni w Lubiniu od lat organizują spotkania z buddystami zen. Czy to doświadczenie pokazuje, że medytacja może być drogą do budowania pokoju?
MaN: W zeszłym roku rozpoczynaliśmy nową fundację w Ukrainie, we Lwowie. Wygłosiłem tam mowę otwierającą, w której powiedziałem, że filozof z filozofem nie dogada się nigdy, teolog z teologiem bardzo rzadko, ale mnich z mnichem dogada się zawsze. Dlatego uważam, że każde miejsce mnisze jest ośrodkiem pokoju. Forma życia monastycznego jest w różnych religiach podobna. Jak się porówna nasze życie z życiem w klasztorach zen, rytm dnia benedyktynów z rytmem dnia u mnichów z Kościoła prawosławnego czy np. sufickiego, to jest dużo elementów zbieżnych. Dzielimy ten sam styl życia, dlatego łatwiej jest nam znaleźć wspólny język.
Dialog międzyreligijny ma różne oblicza. Ten w najbardziej popularnej formie zakłada kurtuazyjne spotkania. Żebyśmy za bardzo na siebie nie szczekali, co jakiś czas dobrze jest się spotkać, uścisnąć sobie ręce, trochę porozmawiać, zrobić zdjęcie, zamieścić w gazecie i wtedy mamy obrazek pokojowego współżycia między religiami. Dobre i to, natomiast uważam, że dużo trudniejszy, bardziej wymagający jest dialog, który zakłada długodystansowość. W nim nie chodzi o okazjonalne spotkania, tylko o nawiązanie więzów przyjaźni. Jak wiadomo, więzi przyjaźni nie można zawiązać ze wszystkimi. Takiego dialogu nie da się prowadzić z wszystkimi buddystami. Można go prowadzić z tymi, z którymi rzeczywiście łączą mnie te więzy przyjaźni. W 1988 r. na spotkanie międzyreligijne w Tyńcu przyjechał rōshi Jakusho Kwong. Odwiedził też Lubiń i tak mu się spodobało, że postanowił odwiedzić nasz klasztor za każdym razem, kiedy przyjedzie do Polski. On już jest wiekowy, więc nie przyjeżdża, ale przyjeżdżają jego uczniowie. To już jest kilkadziesiąt lat wspólnej drogi. Dialog międzyreligijny jest wymagający, bo zakłada, że trzeba się siebie nawzajem uczyć i zadawać sobie pytania. Często mi ludzie zadają pytanie: po co ten dialog międzyreligijny w ogóle jest? Jeżeli Pan Jezus jest jedyną prawdą, to po co nam ten dialog? Oni się powinni nawrócić wszyscy i już. Ja mam na to taką odpowiedź: dialog jest potrzebny, bo spotkanie z wyznawcą innej religii konfrontuje mnie z bardzo podstawowymi pytaniami o moją własną wiarę. Dam przykład. Przyjechali tutaj mnisi z Japonii, którzy nie mają absolutnie żadnego pojęcia o chrześcijaństwie. Siedzimy przy stole i rozmawiamy na temat modlitwy. Więc opowiadamy: mamy modlitwy rano, mamy modlitwy wieczorem. A oni się pytają: „Co to są modlitwy?”. Próbowałem jakoś to wytłumaczyć. Po czym zadają mi drugie pytanie: „Skąd wiesz, że się modlisz?”. Ja przez całe lata mojego życia monastycznego nigdy takiego pytania sobie nie zadałem. To było oczywiste, modlitwa to modlitwa. Ale w rzeczywistości to jest fundamentalne pytanie. Skąd wiesz, że akurat ta czynność, którą robisz, jest modlitwą, a ta już nie jest modlitwą? Uważam, że tego typu spotkania bardzo przybliżają do tego, żeby wiara cały czas dojrzewała.
Rozmawiał: Marcin Nowak – menadżer kultury, socjolog, publicysta, autor podcastów CMJP2 „Słuchając drogi”.
Całej rozmowy można wysłuchać pod adresem:
Przeczytaj cały numer