Utopia częściowo wcielona

TEMAT NUMERU

Co myślimy dzisiaj, gdy słyszymy słowo „spółdzielnia”? Skojarzenia zapewne najczęściej dotyczą sklepów ze – zszarganym w okresie PRL – szyldem „Społem” i wiecznym niedoborem produktów. Nierzadko zapewne także wiodą ku obecnym molochom spółdzielni mieszkaniowych, gdzie co miesiąc płacimy regularnie podnoszony czynsz, a całością rządzą od 30 lat ci sami ludzie.

Czym natomiast była spółdzielnia dla pokolenia naszych pradziadków? Oddolnym wielobranżowym ruchem społecznym, mającym konkretne cele i wymierne efekty, a pozwalającym niezamożnym radzić sobie w ich zmaganiach z realiami kapitalizmu. A wszystko to dzięki wspólnej pracy i modelowi przedsiębiorstwa, w którym zysk nie był kluczowy. Rzadko w dziejach mieliśmy tak udane połączenie ideałów moralnych z efektywnością materialną. Ze skutecznym wcielaniem w życie ideałów zdających się utopijnymi.

Efekty

Pod koniec istnienia II Rzeczypospolitej, w roku 1938, Jan Wolski, wybitny teoretyk, propagator i organizator spółdzielczości, pisał: „Mamy obecnie w Polsce 14 000 spółdzielni różnego typu z ogólną liczbą przeszło 3 milionów członków”.

Spółdzielni oszczędnościowo-kredytowych było wtedy w kraju 5,6 tysiąca. Należało do nich ponad milion osób, co wraz z rodzinami dawało zapewne około 4 milionów ludzi – co najmniej dziesiątą część obywateli. Do tego 4,7 tysiąca uczniowskich spółdzielni handlowych i 2 tysiące szkolnych spółdzielni oszczędnościowych. Kooperatyw mleczarskich było 1408, a zrzeszały 630 tysięcy osób. Spółdzielnie (kółka) rolnicze liczono w setkach, a ich członków w setkach tysięcy. Odpowiadały one na przykład za około 25 procent krajowego obrotu nawozami sztucznymi. Kooperacja mieszkaniowa – najtrudniejsza w realizacji, bo wymagająca dużego kapitału – obejmowała 252 spółdzielnie z 22 tysiącami członków, w ich lokalach zamieszkiwały ponad 34 tysiące osób. Działało ponad 500 spółdzielni pracy i wytwórczych, w tym huta szkła, tartak, zakład włókienniczy czy kamieniołom oparte na własności społecznej, nieprywatnej. Spółdzielni spożywczych (czyli, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, konsumenckich) istniało ponad 1,8 tysiąca, a liczba ich członków przekroczyła 350 tysięcy. W 1937 roku hurtownia związkowej spółdzielczości spożywców miała 60 filii w całym kraju i zatrudniała 1,2 tysiąca osób, do tego 6 tysięcy pracujących w spółdzielczych sklepach i innych podmiotach. „Społem” – to nazwa dużo starsza niż PRL – stanowiło największe przedsiębiorstwo handlowe w ówczesnej Polsce. Miało 2731 placówek sklepowych. Posiadało dwa duże zakłady przemysłu spożywczego, w Kielcach i Włocławku, zakłady w Gdyni i Dwikozach oraz zakupioną tuż przed II wojną fabrykę w Toruniu, a liczba tylko większych lokalnych spółdzielczych zakładów i warsztatów wytwórczych wynosiła około 350. Cała kooperacja spożywców odpowiadała w roku 1938 za ponad 15 procent krajowego obrotu zapałkami, prawie 10 procentami soli, 10 procentami ryżu, ponad 5 procentami herbaty i cukru.

Spółdzielczość istniała też w wielu innych dziedzinach: sadowniczo-owocarskiej i przetwórstwa owoców, produkcji i/lub zbytu inwentarza, warzywniczej, pszczelarskiej, gorzelniczej, młynarskiej, rybackiej, ale także wydawniczej, drukarskiej, księgarskiej, kinematograficznej, dziennikarskiej, teatralnej, turystyczno-wypoczynkowej, elektryfikacyjnej, a nawet medycznej.

Spółdzielczość miała także swoje symboliczne przyczółki. Gdy dzisiaj jemy popularny majonez kielecki, to wytwarza się go w spółdzielczym zakładzie założonym w samych początkach II RP – był to wówczas ewenement na rynku zdominowanym przez kapitał prywatny. Inny przykład to Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, która wiek temu oferowała niedrogie, ale nowoczesne mieszkania w stolicy dla kilku tysięcy osób, na znakomicie zaprojektowanym osiedlu, na którym działały w formule spółdzielczej także wszystkie potrzebne usługi, od przedszkoli po księgarnie. Realia zgoła odmienne to Lisków, gdzie dzięki niestrudzonej pracy organizacyjnej księdza Władysława Blizińskiego uczyniono z biednej, zacofanej małej miejscowości niemal wzorcową, nowoczesną i zamożną wieś, która to wszystko zawdzięczała wspólnemu działaniu mieszkańców w formule spółdzielczej.

Rdzeniem spółdzielczości była aktywność niespektakularna, za to skuteczna i dająca namacalne korzyści tysiącom zwykłych ludzi. Maria Dąbrowska, wielka zwolenniczka tego ruchu, tak pisała w roku 1937 w książce Ręce w uścisku. Rzecz o spółdzielczości: „Największą w Polsce spółdzielnią spożywców jest Powszechna w Łodzi. Prowadzi ona 84 sklepy kolonialno-spożywcze, piekarnię i ciastkarnię, 3 sklepy masarskie, sklep bławatny, skład opałowy i sklep warzywniczo-nabiałowy. Ma 16 tysięcy członków i dokonuje z nimi obrotów rocznych na sumę 7 i pół miliona zł. Jest jedyną dotąd w Polsce spółdzielnią, która ze swych dochodów zakupiła odpowiedni lesisty teren i wybudowała na nim dom kolonii letnich na 200 dzieci swych członków”. W dalece mniejszej Częstochowie spółdzielnia „Jedność” już w połowie lat 20. posiadała 33 sklepy, bazar z tkaninami i obuwiem, warsztat szewski, dwie jadłodajnie, piekarnię, rzeźnię, skład drewna z własną bocznicą kolejową, zbiorniki nafty. Zatrudniała 180 pracowników. Zrzeszała 8500 członków, co, licząc wraz z rodzinami, oznaczało, że kooperatywna formuła działania zaspokajała podstawowe potrzeby konsumpcyjne mniej więcej co piątego mieszkańca miasta. Z kolei w malutkiej wiosce Godzianów pod Skierniewicami, którą w 1938 roku opisywał w reportażu Kazimierz Wyszomirski, istniała spółdzielnia spożywców, spółdzielczy skład handlowy z nawozami i węglem, spółdzielnia budowlana, spółdzielnia mleczarska (800 członków), spółdzielcze młyn i piekarnia, a przystępowano właśnie do budowy siedziby tworzonej spółdzielni zdrowia. To tylko wybrane spośród setek podobnych przykłady ukazujące, że taka formuła działania sprawdzała się czy to w realiach wielkiego przemysłowego miasta, czy w malutkiej wsi.

Motywy

Co przekonało te milionowe masy ludzi do zaangażowania się w ruch spółdzielczy, choć wtedy, jak dzisiaj, dominowała gospodarka oparta na prywatnej własności i indywidualnej aktywności gospodarczej? Na pewno trudną do przecenienia rolę odegrały korzyści materialne. Spółdzielczość zapewniała tańszy i uczciwy kredyt (tzw. kasy Stefczyka niemal wyeliminowały w Galicji niegdyś wszechobecny proceder lichwy), korzystniejsze i bezpieczne warunki oszczędzania, niedrogie i dobrej jakości produkty spożywcze (mowa o czasach, gdy żywność na różne sposoby fałszowano, a normy i instytucje kontrolne de facto nie istniały), tańszy zakup środków do produkcji rolnej oraz korzystniejsze warunki zbytu płodów rolnych, dostęp do dóbr i usług nieosiągalnych w pojedynkę dla niezamożnych. Ogromną większość członków kooperatyw stanowili rolnicy (głównie drobni, w pewnej mierze średni, rzadko ci bogaci) i robotnicy, dopełniani przez inteligencję pracującą (nauczyciele, urzędnicy itp.) oraz niższe duchowieństwo. Pierwszą „prawdziwą” nowożytną spółdzielnię – Rochdale Society of Equitable Pioneers, Roczdelskie Stowarzyszenie Sprawiedliwych Pionierów – założyli w 1844 roku prości tkacze flaneli, postrzygacze wełny i bezrobotni.

Na drugim miejscu należy wspomnieć o materialnej korzyści zbiorowej. Niemal każda formuła spółdzielczości przeznaczała część zysku na cele wspólne. Tak zwany fundusz społeczny obejmował np. w spółdzielczości spożywców aż jedną trzecią corocznego zysku. Przeznaczano go m.in. na zabawy taneczne czy wyjazdy turystyczne, budowę wspólnotowych lokali (domy ludowe, remizy strażackie, świetlice, biblioteki) albo finansowe wspieranie potrzebujących: czy to ubogich, czy osób nagle owdowiałych lub osieroconych, czy strajkujących robotników, czy zdolnych niezamożnych uczniów itd.

Ważna była też sprawczość. Ludzie z niemal samego dna społeczeństwa, w pojedynkę niemogący prawie nic, wspólnym wysiłkiem dokonywali rzeczy czasami wielkich, a zwykle niezbyt spektakularnych, lecz niespotykanych dotychczas w ich wiosce, dzielnicy, mieście. Dumy i poczucia godności zwykłych ludzi nie da się wycenić, ale bywają ważniejsze niż kilka złotówek zarobku. Jak pisała prof. Zofia Daszyńska-Golińska w broszurze propagującej kooperację: „Burząc ustrój dzisiejszy, stawia na jego miejscu nowy. Współzawodnictwo zastępuje współdziałaniem i solidarnością. Wielki człowiek, gromada, buduje sam podstawy swej wolności i dobrobytu”.

Tego dorobku byli także współwłaścicielami. Czy spółdzielnia przynosiła zyski większe czy mniejsze, czy zbudowała wielki gmach czy malutki sklepik, każdy z jej członków mógł powiedzieć: to moje – i moich towarzyszy, stworzyliśmy to razem, my, ludzie, którzy jako jednostka nie mamy prawie nic, czasami kilka mórg pola, a czasami tylko spracowane ręce. Była to tym większa duma, że spółdzielczość bazowała na zasadzie samowystarczalności – poza rzadkimi przypadkami programowo odrzucała dotacje publiczne czy datki filantropów. Miała tylko tyle – i aż tyle – ile wspólnym wysiłkiem wypracowali jej członkowie.

O tej własności decydowali razem. W większych spółdzielniach zatrudniano kadry do zarządzania, ale strategiczne decyzje podejmowało walne zgromadzenie członków. Na nim każdy był równy. Jak pisał zasłużony działacz spółdzielczy Stanisław Thugutt: „W spółdzielni obowiązuje zasada: jeden człowiek – jeden głos, niezależnie od tego, czy ten człowiek ma jeden udział, czy dziesięć, czy jest bogaty, czy biedny, a nawet czy kupuje w spółdzielni dużo, czy mało. Jeden głos, tak, jak każdy z nich ma jeden żołądek do zapełnienia, jedną potrzebę i prawo do życia”. W dodatku, poza nielicznymi wyjątkami, w spółdzielczości istniała zasada otwartego członkostwa. Zapisać mógł się każdy chętny. Zapobiegało to tworzeniu się klik, utrudniało rozwój mechanizmu konformistycznej jednomyślności, wymuszało nieustanne branie pod uwagę opinii wszystkich członków. Ale zarazem oznaczało, że decyzje takie miały mocny mandat społeczny. Spółdzielczość jako pierwszy masowy ruch społeczny przyjęła zasadę równości płci i członkostwa kobiet, a było to w czasach, gdy większość życia publicznego była „męską sprawą”.

Idee

Ruch spółdzielczy w Polsce miał wiele źródeł. To efekt zarówno pozostawania w okresie jego początków pod zaborami, jak i powiązania tego wysiłku społeczno-gospodarczego ze „sprawą polską”. Silne były inspiracje chrześcijańskie, katolicko-solidarystyczne i narodowe. Z jednej strony sięgano po wątki katolickiej nauki społecznej, w spółdzielczości widząc drogę ku polepszeniu bytu mas na drodze samopomocy i współpracy, bez rewolucyjnych przeobrażeń. Z drugiej strony był to ruch drobnych posiadaczy rolnych i warsztatów rzemieślniczych, którzy podnosili nie tylko własny poziom życia, ale i zwiększali polski „stan posiadania” w nieprzyjaznym otoczeniu. Inspiracje szły z Niemiec, od takich działaczy i ideologów jak Hermann Schulze-Delitzsch oraz Friedrich Wilhelm Raiffeisen. Do polskich realiów twórczo dostosowywali je wielkopolscy księża-społecznicy, a w Galicji katolicko-ludowy solidarysta Franciszek Stefczyk. Jeden z liderów tego nurtu, ks. Stanisław Adamski, pisał: „Kwestii socjalnej nie usunie się choćby najwięcej licznymi kasami oszczędnościowymi, ani też samymi wykładami o oszczędności – to pewne. Ale niemało przyczynić się można zakładaniem kas oszczędności do tego, żeby […] rozbudzić chęć oszczędzania, zmysł oszczędności u tych, co dotąd niejeden grosz niepotrzebnie zmarnowali”. Franciszek Stefczyk pisał: „wierzymy, że system Raiffeisena […] przyjąwszy się w kraju naszym, utoruje drogę do dalszego rozpowszechnienia się w dziedzinie życia ekonomicznego zasad i pojęć zgodniejszych z poczuciem obowiązków obywatelskich i chrześcijańskich, aniżeli przeważające dziś jeszcze doktryny, które pod osłoną pięknych haseł wolności i równości wydają słabszych na pastwę i wyzysk ze strony mocniejszych i przebieglejszych”.

Silny był też nurt lewicujący. W postaci ortodoksyjnej bliski był on ruchowi socjalistycznemu w jego postaci reformistycznej. Zainspirowany głównie przez przykład brytyjski, gdzie spółdzielczość stanowiła przede wszystkim formę samoobrony ekonomicznej członków klasy robotniczej i była integralną częścią szerszej lewicowej fali, obejmującej partie polityczne, związki zawodowe, stowarzyszenie kulturalne czy oświatowe. Chodziło o „socjalizm tworzony krok po kroku” na różnych frontach aktywności społecznej.

Polską specyfikę stanowiło to, że lewicującą spółdzielczość oderwano od lewicowości „partyjnej”. Edward Abramowski, eksdziałacz Polskiej Partii Socjalistycznej, stworzył zupełnie „heretycką” wobec głównego nurtu lewicy teorię, stawiającą na głowie rdzeń marksizmu. Głosił on, że nie byt określa świadomość, lecz świadomość – byt. Że rewolucję socjalną/polityczną musi poprzedzić rewolucja moralna, przeobrażenia sumień – dokonane jednak nie w pojedynkę, lecz w toku zbiorowej współpracy i tworzenia zalążkowych, konkretnych form lepszego świata, a ruch kooperatywny jest tego najlepszą formą. Jego bliskim współpracownikiem był kolejny ekspepeesowiec Stanisław Wojciechowski. W swoich wspomnieniach opisywał odejście od lewicowości partyjnej: „miałem kilka przykrych rozczarowań w moich stosunkach z robotnikami. Po aresztowaniach w Zawierciu dowiedziałem się, że główny agitator, do którego przywiozłem bibułę, miał pod Zawierciem małą cegielnię i wyzyskiwał wiejskich robotników, mimo że sam, jako tkacz, narzekał na wyzysk w fabryce i inicjował strajki o podwyższenie płacy. […] Miał rację Abramowski twierdząc, że nowy ustrój musi poprzedzać rewolucja moralna, inaczej zmiana będzie powierzchowna. Z ludzi goniących za zyskiem nie może narodzić się sprawiedliwość społeczna”. Trzecim liderem i prekursorem tego nurtu był kolejny eksdziałacz PPS, Romuald Mielczarski. Ten z kolei, znany z lapidarności i niechęci do wzniosłych haseł, później dyrektor generalny wielkiego „Społem” (jego pensja była wówczas równa zarobkom szeregowych terenowych instruktorów spółdzielczych), stwierdzał: „Człowiek jest największym celem, a nie sama organizacja gospodarcza”. Położyli oni podwaliny pod wielki ruch spółdzielczości spożywców, zakładając w obliczu rozczarowań realiami rewolucji 1905 roku czasopismo „Społem!” (czyli: Razem). Ta nazwa, a chwilę później nieoficjalny szyld całego ruchu kooperatyw spożywczych, była autorstwa innego lewicowca nieortodoksyjnego – Stefana Żeromskiego.

Mimo różnic ideologicznych wszystkie te nurty krytycznie oceniały „dziki” kapitalizm tamtych czasów, wierzyły w ideały prospołeczne, w sens samoorganizacji, w sprawczość zwykłych ludzi, w to, że spółdzielczość to swoiste praktyczne i codzienne ucieleśnienie demokracji, a także szkoła wartościowego działania zbiorowego oraz wykuwania cnót indywidualnych.

Ludzie

Historia spółdzielczości nie jest sielanką. Spory dotyczące doktryny i strategii były codziennością. Część kooperatyw bankrutowała wskutek złego zarządzania lub chybionych pomysłów. Był to jednak rzadki przykład ruchu, który w zasadzie stale się rozwijał. Mimo podziałów ideowych postępował w II RP proces jednoczenia się spółdzielni na gruncie branżowym, a w latach 30. na walnych zebraniach kooperatyw spożywczych czy oszczędnościowych zasiadali obok siebie księża i lewicowi działacze robotniczy, endecy i socjaliści, indywidualni rolnicy i wielkoprzemysłowi proletariusze, zwolennicy „Polski dla Polaków” i przedstawiciele mniejszości narodowych. Nawet straszliwe ciosy z lat wielkiego kryzysu przełomu lat 20. i 30., który oznaczał masowe bezrobocie i biedę, spółdzielcy potraktowali jako okazję do konsolidacji i reform, szybko odbudowując przedkryzysowy stan posiadania, a pod koniec II RP notując nieznane wcześniej stadium rozwoju ruchu.

Przyszłość

Popularna teza głosi, że całe to intelektualne, organizacyjne i materialne bogactwo zostało zniszczone w okresie real-socjalizmu. Spółdzielczość wówczas przekształcono w część struktur gospodarczych scentralizowanego państwa, usuwając z niej niemal doszczętnie sedno sprawy: samorządny, oddolny, emancypacyjny i demokratyczny charakter. Po przełomie ustrojowym nie było z kim i na czym odbudowywać dawnego etosu. Pozostało, z raczej nielicznymi pozytywnymi wyjątkami, tworzenie swoistych księstw udzielnych na resztkach dawnego stanu posiadania.

To na pewno prawda, ale niecała. Współczesna spółdzielczość jest bladym echem dawnej świetności także w krajach, które nie zaznały podobnego ustroju. Nawet w kolebce tego ruchu, gdzie niegdyś był on prawdziwą potęgą – Wielkiej Brytanii, spółdzielczość nie ma już takiego znaczenia gospodarczego i ideowego jak dawniej – jako zapowiedź lepszego świata gospodarki uspołecznionej, wolnej od wad kapitalizmu. Wydaje się, że przyczyna tego stanu rzeczy jest trojaka.

Po pierwsze, na gruncie samej wąsko pojmowanej efektywności model kapitalistyczny okazał się bardziej sprawny – choć jego ekspansja okupiona jest mnóstwem ludzkich krzywd, bezwzględnym stosunkiem do dobra wspólnego czy spustoszeniami ekologicznymi. Po drugie, nawet zjednoczone masy społeczne ze swoimi zjednoczonymi portfelami okazały się za słabe wobec inwazji coraz bardziej skoncentrowanego kapitału prywatnego, który dysponuje niewyobrażalną potęgą finansową. Po trzecie, nastąpiło „odmasowienie” społeczeństw i erupcja indywidualizmu, prowadząc do stanu bliskiego anomii. Na tym gruncie coraz trudniej o jedność w imię wspólnej sprawy. A to właśnie wspólne przekonania i cele oraz jednolite postawy wielotysięcznych mas społecznych stanowiły podstawę rozwoju dawnego ruchu spółdzielczego.

Czy jest to zatem idea zupełnie przebrzmiała i archaiczna? Na pewno sama struktura społeczeństwa i jego wzorce kulturowe utrudniają dzisiaj wdrażanie takiej formuły działania. Nieuczciwie czy naiwnie byłoby twierdzić inaczej. Zarazem jednak narastają sprzeczności i dotkliwe skutki systemu opartego wyłącznie na własności prywatnej i brutalnej konkurencji – skutki nie tylko społeczno-gospodarcze, ale także kulturowe czy wręcz psychiczne. Tu i ówdzie raczkują inicjatywy spółdzielcze czy inne formy zbiorowego współdziałania, tu i ówdzie trzyma się nieźle „stara” spółdzielczość. Kto wie, czy nowe pokolenia nie tchną w nią nowego ducha. Pewne jest, że wbrew thatcherowskiemu sloganowi istnieje alternatywa dla liberalnej ekonomii. Spółdzielczość ukazała światu, że można gospodarować wydajnie, efektywnie i rentownie – a zarazem w oparciu o zbiorową własność, we współdziałaniu tysięcy ludzi, w formule demokratycznej i w przekonaniu, że zysk i indywidualna korzyść nie są jedynymi horyzontami ekonomicznej aktywności.

Remigiusz Okraska
Socjolog, publicysta, redaktor naczelny pisma „Nowy Obywatel”.

Opublikowano 19.11.2025

ZOBACZ RÓWNIEŻ

PIąty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.
Pierwsze spektakle Festiwalu Nowe Epifanie, warsztaty z higieny cyfrowej w ramach nowego projektu „Ciszej…” i wiele więcej. Co wybieracie z naszych lutowych propozycji?
Rozpoczynamy nabór do Chóru Centrum Myśli Jana Pawła II. Tym razem szczególnie zapraszamy głosy męskie.
Czwarty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.