Student prawa…na wielbłądzie?

Michał Malczewski – student piątego roku prawa na wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie studiuje również na Uniwersytecie w Glasgow w ramach rocznego stypendium LLP Erazmus.

Przez większość roku poświęcam swój czas na wnikliwe studiowanie prawa podatkowego. Jednak w ostatnim czasie udało mi się zrealizować kilka marzeń związanych z poznawaniem świata, odległych kultur i nowych fascynujących ludzi. Myślę że podróże to świetna odskocznia od codzienności zajęć uniwersyteckich, paragrafów i stawek podatkowych.

W lutym 2008 roku wyruszyłem na 3 tygodniową wyprawę do Islamskiej Republiki Iranu.

Za jej zorganizowanie i wszystkie cudowne chwile spędzone w tym przepięknym kraju chciałbym bardzo podziękować współtowarzyszom podróży: Leszkowi, Maćkowi i Danielowi.

Dlaczego warto pojechać do Iranu? Poza ogromną gościnnością z jaką spotykaliśmy się tam na każdym kroku i zwiedzaniem unikalnych zabytków, największą wartością płynącą z tej podróży była możliwość obalenia stereotypów i poznania prawdziwego oblicza obecnej i dawnej Persji. Dla przeciętnego Europejczyka Iran kojarzy się z osią zła, pracami na bronią jądrową, wypowiedziami Prezydenta Mahmuda Ahmadineżada na temat konieczności likwidacji Państwa Izrael, karą śmierci za odstępstwo od wiary lub homoseksualizm i zakazem słuchania zachodniej muzyki, oglądania zachodniej telewizji i spożywania alkoholu (uwaga: za to ostatnie, też teoretycznie można powędrować na szubienicę).
Tyle teorii, która pewnie w dużej części odpowiada prawdzie o poglądach polityków i systemie prawnym. Jednak praktyka życia codziennego pokazuje zupełnie inne oblicze Persji.

W czasie naszej podróży przez większość czasu mieszkaliśmy u Irańczyków poznanych wcześniej przez internet. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie gdyż przyjęto nas tam jak dawno oczekiwanych dobrych znajomych. Wspólne posiłki, zwiedzanie i wieczorne rozmowy o sytuacji na świecie, literaturze, filozofii i zwykłych codziennych sprawach. Na ulicy osoba zapytana o drogę nie tylko z chęcią opowiadała jak trafić w poszukiwane miejsce ale przeważnie poświęcała swój czas by nas tam zaprowadzić, pokazać najsmaczniejsze i tanie restauracje, zabytki czy miejsca do korzystnej wymiany pieniędzy. Pod koniec wyjazdu poszukiwaliśmy już wręcz odrobiny samotności, gdyż bardzo często ludzie sami podchodzili do nas chcąc porozmawiać po angielsku, zapytać skąd jesteśmy i przespacerować się z nami po mieście. Tu jedna ważna uwaga. Nawiązywane w ten sposób znajomości były w ogromnej większości zupełnie szczere i bezinteresowne, co diametralnie odbiega od sytuacji panującej np. w Indiach, gdzie można być pewnym, że każda zaczepiająca Cię osoba pragnie jedynie wyłudzić pieniądze. Dodatkowo Irańczycy są bardzo dobrze wykształceni. Wielu mówiło po angielsku dużo lepiej od nas.

Pierwszym odwiedzonym przez nas miastem w Persji był Teheran. Cała aglomeracja liczy sobie ponad 12 milionów ludności a ruch uliczny, w którym nie obowiązują prawie żadne zasady wywiera na Europejczyku niesamowite wrażenie. Przechodzenie 6 pasmowej jezdni (6 pasów w przybliżeniu, ponieważ linie nie zostały namalowane i można to ocenić jedynie po ilości mieszczących się tam samochodów) bez zebry i sygnalizacji świetlnej na długo pozostanie w mojej pamięci. Po odwiedzeniu kilku muzeów i obowiązkowo ogromnego bazaru warto ruszyć dalej, gdyż miasto na dłuższą metę staje się męczące.
Niedaleko leży dawna stolica Persji Eshafan. Słynie ona z drugiego największego na świecie( poTien An Men w Pekinie) placu miejskiego Naghsh-e Jahan Square, który jest jednym z najwspanialszych przykładów islamskiej i perskiej kultury znajdującym się na liście UNESCO. Ogromne wrażenie robią też mosty zbudowane w XII i XVI wieku nad rzeką w samym centrum miasta. Co więcej można tutaj zakosztować delikatnego smaku nocnego życia, co wobec obecnego prawa i obyczajów panujących w Iranie jest dość unikalne.
W ormiańskiej dzielnicy znajdują się kawiarnie czynne prawie do północy, w których można posłuchać spokojnej muzyki, zjeść ciasteczka i lody, napić się soku, kawy lub bezalkoholowego piwa. Uważny obserwator może dostrzec flirtujących nastolatków, którzy czasem pozwalają sobie na przytulanie lub trzymanie za ręce. Takie zachowanie przekracza bowiem ogólnie panujące normy prawne i obyczajowe.
Kolejnym punktem naszej podróży było Yazd jedno z najstarszych miast na świecie (jego historia sięga VI wieku p.n.e). To dawny ośrodek religijny Zoroastrian. Przede wszystkim należy zwiedzić stare miasto, które tworzy fantastyczny labirynt uliczek i ścieżek pomiędzy domostwami. Poza miastem można zobaczyć Wieże Milczenia, wysokie kopce, na szczycie których Zoroastrianie tradycyjnie zostawiali ciała swoich zmarłych na pożarcie sępom. Około 90 min drogi samochodem od miasta, wysoko w górach znajduje się świątynia Chak Chak, najważniejsze miejsce kultu dla Zoroastrian. Zobaczymy tam wieczny ogień podtrzymywany przez mnichów, a obok niego kapiącą ze szczelin skalnej wodę która nawadnia ogromne drzewo wyrastające na zewnątrz przez dach świątyni. Po drodze warto również odwiedzić zabytkowe miasto duchów, w którym mieszka obecnie jedynie kilkadziesiąt osób. Jeżeli znajdziemy odpowiedniego człowieka i ładnie poprosimy, wpuści nas on do trzęsącego się minaretu. Tą wysoką, starą i chudą wieżę można rozbujać jeżeli tylko uda nam się wpełznąć na sam szczyt. Tylko dla odważnych. Zaraz za miastem znajduje się most i ruiny doków nad kompletnie wyschłą rzeką. W czasie naszego pobytu w Yazd miała miejsce demonstracja/parada z okazji Dnia Rewolucji Islamskiej. Przyszły głownie osoby związane z władzą, pracownicy administracji, wojsko, policja i taksówkarze.
Wznoszono antyamerykańskie i antyizraelskie okrzyki, serwowano darmową herbatę, ciasteczka i cukierki, wojskowa orkiestra grała całkiem przyjemną muzykę. Na początku trochę się baliśmy, ale cała uroczystość okazała się bardzo bezpieczna i interesująca.

Następnie udaliśmy się do Shiraz, w którym czekał na nas fort i kolejna porcja meczetów pałacyków i ogrodów. Oczywiście obowiązkowym punktem zwiedzania jest pobliskie Persopolis. Niestety w większości pozostały po nim tylko ruiny. Nie zmienia to jednak wrażenia kontaktu ze starożytną historią. Przyjemnie jest przekroczyć bramy miasta, którymi niegdyś wjeżdżał do niego Aleksander Wielki.
Na koniec naszej wyprawy popłynęliśmy na wyspę Keszm nad Zatoką Perską. Przez 2 dni rozkoszowaliśmy się bezchmurną pogodą i temperaturami w okolicach 25 stopni C. w środku lutego. Koczowaliśmy na wydmach niedaleko plaży, jednak innym podróżnym nie polecam oszczędzać na hotelu. Jak się później okazało w nocy na wydmach jest sporo węży. Dodatkowo kiedy rozpaliliśmy ognisko odwiedziło nas 8 wojskowych, którzy tego dnia skończyli już służbę w pobliskiej jednostce. Byli bardzo mili, upiekliśmy w ognisku nasze ziemniaki i sprezentowaną przez rybaków rybę. Nie wszyscy muszą mieć jednak tyle szczęścia.

Podsumowując zachęcam każdego do odwiedzenia Islamskiej Republiki Iranu. My nigdy nie mięliśmy żadnych problemów z miejscową policją. Turyści traktowani są tam bardzo ulgowo. Jako jedynych nie przeszukiwano nas na granicy. Dodatkowo Persja jest bardzo bezpieczna, nikt nie próbował nas okraść. Warto jednak zwrócić uwagę na wymogi dotyczące ubioru i zasady kulturalnego zachowania. Nam bardzo pomógł przewodnik Lonely Planet. Pamiętajcie również, że pochodzicie z Lachestanu, nazwy Polska tam się nie używa.

Na koniec warto wspomnieć o atrakcyjnych kosztach takiej studenckiej wyprawy. Bilet lotniczy z Berlina do Istambułu (też jest wiele do zobaczenia) w obie strony można nabyć za niewiele ponad 300 zł. Przejazd autobusem z Istambułu do Teheranu (ok. 40 godzin) kosztuje w jedną stronę ok. 38 dolarów. Na miejscu jest już bardzo tanio. My tylko dwukrotnie spaliśmy w hotelu płacąc 3 lub 4 dolary za noc. Sowity obiad w restauracji kosztuje od 3 do 4 dolarów. Można jednak i na tym zaoszczędzić zaopatrując się w pożywienie w sklepie. Jeżeli ktoś chciałby uzyskać więcej informacji proszę pisać na adres: michal.malczewski1@wp.pl

[nggallery id=184 template=opis]

Dodano: