Stawanie się rodzicem to proces

Inspiracje

Z Małgorzatą Stańczyk, psycholog, dziennikarką i mamą trójki dzieci, rozmawia Marcin Nowak.

Marcin Nowak: Spotkałem się kiedyś z twierdzeniem, że ludzie, stając się rodzicami, rodzą siebie na nowo. Wydaje się, że gdy pojawia się w naszym życiu dziecko, dobrze być przygotowanym na to, że pewne rzeczy będziemy musieli przemyśleć, żeby mądrze i uważnie mu towarzyszyć.

Małgorzata Stańczyk: Na to pewnie trudno się przygotować, dlatego że jest to takie doświadczenie, którego nie sposób sobie wyobrazić. Rodzicielstwo jest jakościowo niepodobne do niczego innego. Podoba mi się określenie, że rodzimy się na nowo. Rodzimy się jako matka, rodzimy się jako ojciec. Z drugiej strony coś tracimy też i myślę, że warto tego nie pudrować. Tracimy tych starych siebie, tych spontanicznych, czasem egoistycznych. W moim przypadku doświadczenie rodzicielstwa dotykało mojego egoizmu i pomagało sobie z nim radzić. Pamiętam, jak trudne było dla mnie to, że ja jestem zmęczona, potrzebuję spać, a równocześnie mam przed sobą na rękach dziecko, które mnie potrzebuje. Konfrontacja z taką odpowiedzialnością – całodobową i niezbywalną – może być szokująca.

Naturalną częścią tej relacji jest pewna asymetria. To nie jest relacja, w której na zmianę jesteśmy dającymi wsparcie i wspieranymi. Oczywiście, dzieci czasem mają taki pomysł, żeby nam zrobić herbatę, jak leżymy chorzy pod kocem, albo żeby się zatroszczyć i spytać, czemu jesteś smutny/smutna. Ważne jest jednak, żebyśmy pamiętali, że odwrócenie ról zachodzi dopiero na starość, kiedy rodzice mogą wymagać opieki. Dopóki dzieci nie dorosną, ten kierunek obdarowywania idzie zasadniczo w jedną stronę. Jest oczywiście w rodzicielstwie wiele chwil takiego sprzężenia zwrotnego, rezonowania, które nas ubogacają. I są to bardzo ważne chwile. Warto jednak się postarać, żeby źródło naszej wewnętrznej siły leżało w innych relacjach. Dzieci po prostu nie są w stanie być opiekunami swoich rodziców, wsparciem w kryzysie ani kimś, kto zadba o nasz dobry humor.

Idea wychowania przez współpracę, którą pani proponuje, opiera się jednak na budowaniu relacji z dzieckiem, która jest satysfakcjonująca dla obu stron.

MS: Tak, ale inicjatywa jest zawsze po stronie rodzica. Kiedy rodzice deklarują, że chcieliby budować taką relację, i nie wiedzą, od czego zacząć, zazwyczaj pytam ich najpierw: kiedy ostatnio mieliście satysfakcjonujący czas razem ze swoimi dziećmi? Zdarza się, że taki czas mieli przedwczoraj, ale zdarza się też, że to pytanie jest źródłem bólu, dlatego że między rodzicami a dzieckiem napiętrzyło się tyle trudności, tyle konfliktów albo dziecko ma tak wymagające potrzeby, że rodzicowi trudno jest połączyć w jednym zdaniu rodzicielstwo i satysfakcjonujący czas.

Dla mnie to punkt wyjścia. Każde doświadczenie dobrego czasu z dzieckiem, buduje platformę, z której można później sięgnąć do sytuacji trudnych. Często kiedy pojawiają się trudności w relacji z dzieckiem, to pierwsze, co nam przychodzi do głowy, to walczyć z tym problemem. Ja zachęcam, żeby zaczynać od budowania tej płaszczyzny porozumienia. Nie chodzi o to, żeby ignorować problemy. Żeby się do nich zabrać, najpierw potrzebujemy nauczyć się rozmawiać o rzeczach przyjemnych, o rzeczach codziennych. Potrzebujemy dać dziecku doświadczyć tego, że nas naprawdę ciekawi, co się z nim dzieje. Może się okazać, że będziemy na początku rozmawiać o Pokemonach, Minecrafcie albo ciekawostkach o dinozaurach, co niekoniecznie jest naszym największym marzeniem. Żebyśmy jednak byli w stanie zacząć się uczyć rozmawiać o trudnościach, potrzebujemy dużo doświadczeń dobrej komunikacji i zbudowania takiego dwustronnego zaufania. Choć oczywiście są też wyzwania, z którymi trzeba się konfrontować natychmiast, kiedy chodzi o sytuację zagrożenia bezpieczeństwa, zdrowia czy życia.

To, co mnie urzekło w perspektywie wychowania przez współpracę, to zawierająca się w tej teorii równowaga między autorytarnym sposobem wychowywania a skrajnym pobłażaniem dziecku. Czy możemy powiedzieć, że to jest trzecia droga w procesie wychowania?

MS: Wymienił pan z jednej strony autorytarne rodzicielstwo, w którym dziecko nie ma nic do powiedzenia. Mamy skłonność myśleć, że to model rodzicielstwa z przeszłości. To nieprawda. To dalej jest codzienność bardzo wielu dzieci w Polsce. Takie otrzymaliśmy wzorce i nie wszyscy mają zasoby i możliwości, żeby zbudować sobie nowe narzędzia. A z drugiej bardzo wielu dzisiejszych rodziców, którzy doświadczyli autorytarnego stylu wychowania, na pytanie, jak chcecie wychowywać swoje dzieci, odpowiada: byle nie tak. W związku z tym rzeczywiście zdarza się, że to wahadło wychyla się skrajnie w drugą stronę. To nie oznacza, że ci rodzice machnęli ręką, i na wszystko zamierzają dziecku pozwalać. To są rodzice, którzy bardzo nie chcą skrzywdzić swoich dzieci.

To, co pan nazywa drogą środka, nazywam rodzicielstwem bliskości. Nie polega ono wcale na tym, żeby chronić dziecko przed frustracjami, tylko na tym, żeby nauczyć się siebie, i na tym, żeby próbować traktować dziecko podmiotowo, widzieć jego godność i autonomię. Jestem przekonana, jako mama trójki dzieci, w tym już dwóch nastolatków, że to jest możliwe i że takie podejście może zrodzić piękne historie.

W książce Rossa Greene’a Porozumienie przez współpracę o budowaniu satysfakcjonującej relacji z dzieckiem znalazłem inspirującą myśl: że w wychowaniu dziecka chodzi nie o kontrolę, ale o wpływ. Czym różni się kontrola od wpływu?

MS: Zachowania kontrolujące to takie, które polegają na pomijaniu perspektywy dziecka. Pozytywny wpływ opiera się na współpracy i uwzględnieniu jego perspektywy, wewnętrznego świata, jego opinii. Wszystkie zachowania kontrolujące, takie jak rozkazy czy manipulacja, paradoksalnie zmniejszają wpływ rodzica na dzieci. A narzędzi wpływu mamy bardzo dużo, począwszy od tego, jak układamy relacje z samym sobą i z drugim rodzicem. Narzędziem wpływu jest tworzenie dobrej atmosfery w domu i wszystko, co buduje relację, zacieśnia ją. Bardzo ważne są wszelkie działania, które podejmujemy razem z dzieckiem, które dają przyjemność, satysfakcję nie tylko dziecku, ale także nam. Warto poszukiwać takich, w które jesteśmy zaangażowani, bo sprawiają nam przyjemność, a w które równocześnie zaangażowane jest dziecko.

Rodzice często nakazują, zakazują, karzą. Wierzę, że wynika to z dobrych intencji, ale w pracy z rodzicami zawsze pytam, co chcą tymi metodami osiągnąć. Zwykle okazuje się, że jeśli te metody w ogóle są skuteczne, to tylko na krótką metę. W dłuższej perspektywie buduje między nami odległość, niszczą poczucie bezpieczeństwa. To może powodować, że dzieciaki będą budować – jak to nazywa Jesper Juul – swoje podziemie.

W pewnym zakresie to i tak musi wydarzyć się w okresie nastoletniości. Im więcej jednak naszego zaciekawienia, im więcej poważnego traktowania dziecka, tym większa szansa na to, że będziemy dla niego kimś ważnym, kogo chcą brać pod uwagę. I że mniej będą potrzebowały stawiać nam opór.

Jest chyba taka pokusa, nawet przy dobrych intencjach, żeby używać pięknych słów o wpływie i współpracy, ale w rzeczywistości dalej ukrywać pod nimi pragnienie podporządkowania sobie dziecka.

MS: To prawda, jest to taki sprytny trik: mówimy, że dbamy o współpracę, a tak naprawdę poszukujemy podporządkowania. Współpraca jest relacją dobrowolną, relacją, w którą wchodzimy z uwzględnieniem dwóch perspektyw i równej godności. W relacji rodzicielskiej jest to jednak bardziej skomplikowane, dlatego że dzieci są od nas zależne.

Dlatego wydaje mi się istotne, żeby sobie uświadomić, ile mamy nad nimi przewagi, ile mamy przywilejów w stosunku do nich. Nie chodzi wcale o to, żeby się ich wyzbyć, tylko o to, żeby ich świadomie używać. We współpracy rodzica z dzieckiem dąży się do tego, że będzie tak, jak ja chcę, albo tak, jak chce dziecko. We współpracy dąży się do spotkania. Konieczne jest, żebyśmy się wzajemnie usłyszeli, żebyśmy byli transparentni. Dla mnie osobiście w budowaniu współpracy ważne jest pokazanie moim dzieciom, że proces jest dla mnie istotniejszy od celu. Na przykład w nauce: jestem gotowa wspierać je, towarzyszyć mu, ale bardzo mi zależy na tym, żeby cele i motywacja wypływały od niego. W ten sposób obydwoje jesteśmy niezbędni w tej relacji obydwoje, a równocześnie ramowe warunki określam ja jako rodzic. Czasem dzieci pytają, czy im coś kupimy, i częścią bycia rodzicem jest z miłością i transparentnie dzieciom odmówić. Warto jednak zdać sobie sprawę, że i my będziemy doświadczać ich odmowy i ich decyzji czasem zupełnie nie po naszej myśli.

Małgorzata Stańczyk
Psycholożka, dziennikarka, propagatorka rodzicielstwa bliskości, mama trójki dzieci.

Pobierz

Opublikowano 06.08.2026

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Premierą teledysku do utworu „Dona nobis pacem” Jana Krutula otwieramy projekt „Duch Asyżu. Warszawskie forum dialogu i sztuki o pokoju”. W 40. rocznicę spotkania międzyreligijnego zapraszamy do refleksji nad aktualnością pokojowego przesłania.
Sierpień przyniesie kolejne pokazy Letniego Przeglądu Filmowego „Pod Wspólnym Niebem”, premierę publikacji „Piękno tej Ziemi” oraz plenerową wystawę „Zmiany zachodzą w ciszy i świetle” nad Wisłą.
Nowy odcinek „Słuchając drogi”! O relacji z przyrodą opowiada Stanisław Łubieński. Zapraszamy do rozmowy.
POBIERZ
„Człowiek i przyroda – kryzys relacji?” to nowy numer naszego magazynu „Myśl w Centrum”. Zapraszamy do lektury!

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.