Nigdy w historii nie byliśmy tak ze sobą połączeni, tak skomunikowani jak dzisiaj, mimo to bijemy rekordy samotności.
Zacznę tę opowieść od cofnięcia się do czasów, kiedy powstają pierwsze struktury społeczne. Około 200-300 tysięcy lat temu pojawił się człowiek myślący, Homo sapiens, który cały czas się przemieszczał, był koczownikiem, wędrował w małych grupach, zespołach, nawet nie plemionach. Jak myślimy o naszych przodkach, często wyobrażamy ich sobie jako członków większych grup, wędrujących całymi gromadami. To jednak było niemożliwe – musieli oni tworzyć małe zespoły, zaledwie kilkunastoosobowe.
Naturalna bliskość
Gdyby człowiek był wówczas – albo w ogóle przez te setki tysięcy lat – samotny, to by po prostu nie przetrwał jako gatunek. Przetrwał dlatego, że był w grupie. Mógł też rozwijać cywilizację dlatego, że był w grupie.
Jestem pedagogiem, więc szczególnie interesują mnie dzieci. Dzieci u naszych przodków prowadzących koczowniczy tryb życia były bardzo blisko opiekunów. Wiemy to, ponieważ w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w., można było jeszcze obserwować w formie szczątkowej struktury wczesnoplemienne. Badacze zaobserwowali, że kontakt z bobasem trwał tam 8-10 godzin dziennie. Mówimy o kontakcie bardzo bliskim, „skóra do skóry”. Co ciekawe nie dotyczyło to tylko matek, tego typu kontakt utrzymywali z dziećmi inni członkowie tych grup. W pierwszych ludzkich społecznościach rodziło się mało dzieci, ponieważ nasze przodkinie dużo wędrowały, były bardzo szczupłe, długo karmiły piersią i w takich warunkach mogły urodzić maksymalnie czworo potomków – którzy zresztą najczęściej przeżywali.
Aby zobaczyć, jak zmienił się czas przebywania w bezpośrednim kontakcie z niemowlakiem, zbadano, jak to wygląda we współczesnej nam kulturze Zachodu. Badaniom poddano szczególnie Holenderki i Kanadyjki jako przedstawicielki najzamożniejszych krajów. Obliczono, że porównywalny kontakt niemowlęcia z matką „skóra do skóry” trwa zaledwie około pół godziny dziennie.
Wsparcie wspólnoty
Wyjdźmy z głębokiej prehistorii, zobaczmy co się dzieje w epoce pisma. W najstarszych tekstach pojawia się przekonanie o konieczności życia we wspólnocie. W Księdze Rodzaju Bóg, stwarzając człowieka, widzi, że Adam jest samotny, i wypowiada słynne zdanie: „Nie jest dobrze, aby człowiek był sam, uczynię mu odpowiednią dla niego pomoc”.
Kiedy ludzie zmieniają tryb życia z koczowniczego na osiadły, powstają formy wspólnotowe podobne do rodzin nam współczesnych. Oczywiście nie mówimy jeszcze o rodzinach dwu albo trzyosobowych. W tych grupach, które dalej określamy jako pierwotne, czy też naturalne, jesteśmy razem po to, żeby udzielać sobie wsparcia. I gdybym w tym momencie miała określić, czym jest samotność, to określiłabym ją jako poczucie braku wsparcia od innych. Nie ma wsparcia, bo nie ma tych innych fizycznie albo z jakiegoś względu ci inni nie pasują do mnie, nie mogę odnaleźć się w tej grupie, nie mamy wspólnego języka, inaczej pojmujemy świat, mamy inne wartości.
Natomiast jeśli jestem w grupie, to dostaję wiele wsparcia. W tym rozumieniu najpowszechniejszą formą życia wspólnego w naszej kulturze pozostaje rodzina, chociaż w grupie niesformalizowanej mogą być też przyjaciele. Chodzi tutaj przede wszystkim o wsparcie społeczne, ale ważne jest również wsparcie emocjonalne, które daje poczucie nadziei, uwalnia od negatywnych napięć. Możemy też mówić o wsparciu poznawczym, instrumentalnym, rzeczowym, materialnym. Wsparcie we wspólnotach rodzinnych, sąsiedzkich, przyjacielskich jest wręcz definicyjne dla tak zwanych kultur kolektywnych.
Jednostka w wyścigu szczurów
Przejdźmy teraz do kultur indywidualistycznych, neoliberalnych, nastawionych na jednostkę. Można mówić, że to jest ta silna, samodzielna jednostka biorąca udział w wyścigu, w którym jest jeden zwycięzca. To nie jest sztafeta, to nie jest wspólne wiosłowanie na łodzi. Niektórzy mówią dosadniej, że to jest neoliberalny wyścig szczurów. Okazuje się, że w tej kulturze możemy zaobserwować w kontekście samotności wiele paradoksów.
Chciałabym tu postawić tezę wyjściową, co do której nie mam wątpliwości: że współcześnie samotność jest olbrzymim problemem społecznym. Nawet więcej niż społecznym, bo w niektórych krajach możemy już mówić o problemie socjalnym. Jeśli jakiś problem jest tak bardzo rozbudowany, że obywatele sami nie mogą sobie z nim poradzić, tylko musi się nim zająć państwo, np. trzeba powołać specjalne ministerstwo lub jakieś specjalne nowe prawo, wówczas mówimy, że to już nie jest problem społeczny, ale problem socjalny. Jestem pewna, że w perspektywie 6-7 lat również w Polsce samotność stanie się problemem socjalnym i będzie się musiał zająć nią nasz rząd. Ale dzisiaj przykładem społeczeństwa, w którym samotność stała się problemem socjalnym, jest przede wszystkim Wielka Brytania. Nie tak dawno w mediach było głośno o tym, że premier Theresa May powołała osobne stanowisko ministra do spraw samotności. Kolejnym przykładem jest Japonia, gdzie powstała specjalna agencja rządowa do spraw samotności. Wydaje się to paradoksem, że w czasach wielkiego rozwoju technologii, w krajach uznawanych za technologicznie bardzo rozwinięte problem samotności osiągnął taką skalę. Nigdy w historii nie byliśmy tak ze sobą połączeni, tak skomunikowani jak dzisiaj, mimo to bijemy rekordy samotności.
Drugi paradoks to współczesna praca. Praca zawsze była zjawiskiem bardzo kolektywnym. Dzisiaj okazuje się, że praca sprzyja samotności – myślę tutaj o proksemice współczesnych miejsc pracy, np. open space’ów. Architektura open space’u jest fenomenem, jakby specjalnie została zaprojektowana, żeby ludzie się czuli samotnie, żeby mieli poczucie atomizacji. Występuje to również, niestety, w pomieszczeniu szkolnej klasy, bo tutaj uczniowie siedzą tak, aby nie widzieć siebie nawzajem, nie rozmawiać ze sobą. To też sprzyja samotności.
Taki negatywny proksemiczny układ się pogłębia. Pamiętam, że jeszcze niedawno, 20 lat temu, moja mama, pracując jako urzędniczka, rozmawiała z koleżankami na okrągło, kontaktując się twarzą w twarz. Weźmy starszy przykład naszych chłopskich przodków: wspólna praca na polu, wspólne posiłki, śpiewanie piosenek, wspólne budowanie domów itp. Wiem, że teraz w korporacjach są rozmaite działania integracyjne typu wspólne wieczorki, lunche, wyjazdy integracyjne, ale to za mało. Współczesna praca, która powinna gromadzić i uczyć kolektywności, separuje nas od siebie.
Sam na sam z pomocą społeczną
Kolejny paradoks to kwestia pomocy społecznej. Zrobię teraz wycieczkę do Szwecji. Polecam lekturę książki Samotny jak Szwed? Katarzyny Tubylewicz, która ukazała się trzy lata temu. Okazuje się, że w tym kraju 50 procent ludzi mieszka samotnie. Są to głównie starsi ludzie, ale także i młodsi, prowadzący tak zwane jednoosobowe gospodarstwa domowe. Jaki to ma związek z pomocą społeczną? Często nam się wydaje, że pomoc społeczna to samo dobro, że mamy zasiłki, służby, telefony pomocy itp. Nie jestem przeciwniczką pomocy społecznej, w wielu przypadkach jest ona bardzo potrzebna. Ale przykład Szwedów, których większość może żyć niezależnie, nie potrzebując bliskich, nie potrzebując rodziny, przyjaciół, sąsiadów do wspierania ich w codziennych czynnościach, niekoniecznie jest przykładem pozytywnym. Z jednej strony samotna, starsza kobieta nie musi prosić dzieci o pomoc, bo może sobie zadzwonić do gminy i tam ją obsłużą z urzędu. Z drugiej strony w Szwecji, jeśli córka odwiedzi matkę raz w miesiącu, to znaczy, że jest dobrą córką. Jest to jakaś cena, prawda?
Zrobię jeszcze wycieczkę do Japonii, bo tam dzieje się coś równie ciekawego. Tam osoby starsze, mające 60 lat i więcej, wyrastały w kulturze na wskroś kolektywnej. I teraz, kiedy młodsze pokolenia są tam bardzo zindywidualizowane, ludzie starsi nie potrafią sobie z tym poradzić. W prasie popularnej można nawet przeczytać, że siedemdziesięcioletnie Japonki dokonują drobnych przestępstw, żeby pójść do więzienia i nie być samotnymi. Oni mają już powołany urząd do spraw samotności. Tam rząd doznał szoku, bo w 2020 r., w pierwszym roku pandemii, 20 900 obywateli Japonii popełniło samobójstwo, podczas gdy z powodu COVID umarło w tym samym roku 70 tysięcy osób.
Wróćmy jeszcze do Europy. Komisja Europejska obudziła się 10 lat temu i zaczęła badać problem samotności. Od tego czasu raporty o samotności powstają co kilka lat. Raporty te są dość rozbieżne w swoich wnioskach, ponieważ samotność jest konstruktem, który trudno badać i rozpoznawać. Bo co my tak naprawdę badamy? Poczucie, że jesteśmy sami? Najczęściej zadawane są pytania populacyjne, kwestionariuszowe np. „czy często, czy rzadko czujesz się samotnie?”.
Najważniejszy chyba wniosek z tych badań europejskich jest taki, że ten problem nie maleje, tylko rośnie. W każdym kolejnym raporcie coraz więcej i więcej Europejczyków deklaruje, że jest albo bardzo samotnych, albo często mają poczucie osamotnienia.
Polska dogania świat
Wróćmy na koniec do Polski. Istnieje ciekawy raport, który wydał Instytut Pokolenia – to są najnowsze badania populacyjne, czyli z losowaniem reprezentacyjnej próby. Co mnie najbardziej w nim zainteresowało? Jak sięgniemy po badanie „Więzi Społeczne” przeprowadzone przez CBOS w 2017 r., zobaczymy, że wówczas obraz był dość optymistyczny. Z tych badań wynikało, że tylko 4 procent badanych czuło się zawsze lub bardzo często samotnymi, a 60 procent Polaków mówiło, że uczucie osamotnienia jest im zupełnie obce.
To jest rok 2017. Pięć lat później, w 2022 r. Instytut Pokolenia wydaje raport o poczuciu samotności, w którym 50 procent badanych deklaruje, że odczuwa samotność. Te liczby są zatrważające. Jesteśmy już na tym etapie problemu społecznego, że zaczynają się nim zajmować organizacje pozarządowe, fundacje, stowarzyszenia. Media także podchwyciły temat. Zobaczymy, co będzie dalej.
Fragment wystąpienia dr hab. Anny Perkowskiej-Klejman wygłoszonego w ramach projektu Centrum Myśli Jana Pawła II „Porozmawiajmy o człowieku”
Anna Perkowska-Klejman
Profesor Akademii Pedagogiki Specjalnej (APS), kierowniczka Katedry Pedagogiki Społecznej.
Pobierz magazyn