Radykalna w miłości

Temat numeru

„Portret Heleny Teixeiry Respondek – psycholożki, terapeutki i tłumaczki, autorki książki „Jak dojść do siebie”

„Wiele lat później, wspominając Edytę, siostry podały jej cechę, która była najtrwalsza, tę najcenniejszą: «radykalna w miłości»”

Zanim się pozna Edytę Stein, jej dorobek intelektualny i drogę życiową, katolicka fraza „dążenie do świętości” może się kojarzyć ze sztywną, oderwaną od rzeczywistości postawą. W tym schemacie człowiek żyje „normalnie”, pracuje, buduje (czasem kruszy) relacje, rozwija się (albo porzuca swoje pasje i talenty), co jakiś czas słysząc w Kościele, że „trzeba dążyć do świętości”. Wtedy na chwilę odrywa się od swojej rzeczywistości, napina się – i dąży. W znoju, w trudzie, w wyrzeczeniach, na podobieństwo Syzyfa toczącego pod górę głaz, który uporczywie wraca dokładnie w to samo miejsce. Trudno, żeby wizja świętości jako oderwanej, „uduchowionej” warstwy na „normalnym” człowieku pociągała.

Dzięki pracom (naukowym!) Edyty Stein można zrozumieć, że świętość w praktyce oznacza… najpełniejsze bycie człowiekiem. Bycie sobą, czyli odkrycie i rozwinięcie tego, kim się jest, i bycie z innymi i dla innych w głębokich relacjach międzyludzkich. Stein opisuje budowę osoby ludzkiej, a także doskonałą harmonię wewnętrzną człowieka, mówiąc o „człowieku integralnym” (pełnym, niem. ganz Mensch). Poszukując wzoru człowieka, przytacza postać Jezusa Chrystusa – ale nie jako Boga, Mesjasza, cudotwórcę itp, lecz właśnie jako MODEL człowieczeństwa. Interpretacja Stein otwiera nasz horyzont i pokazuje, że naśladowanie Chrystusa owszem, jest pracą do wykonania, jednak ku coraz większej harmonii władz, ku rozkwitaniu darów w nas złożonych (a więc ku rozwojowi potencjału) i ku naśladowaniu wzniosłości, łagodności, wolności i… miłosiernej miłości. A tego rodzaju linia rozwoju w końcowym rozrachunku (niespodziewanie!) pokrywa się ze świętością!

Obrazy miłości

O Edycie Stein (ówcześnie już siostrze Teresie Benedykcie od Krzyża) jedna ze współsióstr powiedziała, że jest „RADYKALNA W MIŁOŚCI”. Kto zna biografię Edyty Stein, ten wie, że nie od razu potrafiła kochać – była to zdolność, którą w sobie rozwinęła. Więc zanim wrócimy do Edyty, zatrzymajmy się na miłości – czym ona jest?

Miłością w relacjach będzie każdy sposób odnoszenia się do drugiego człowieka, który mnie otwiera na niego, który utrzymuje to otwarcie, a więc komunikację, przepływ treści, uczuć i postaw między osobami. Dzięki temu otwarciu, relacja może być prawdziwie osobowa – każda strona traktuje siebie samą i drugiego jako osobę w swojej godności, wolności i wartości. Analogicznie, taki sposób odnoszenia się do drugiego człowieka, który mnie na niego zamyka czy blokuje, który odmawia (mi lub jemu) wolności, wartości czy szacunku, będzie odwrotny do porządku miłości. Co najczęściej dzieje się w naszych relacjach?

Najczęściej tęsknimy do relacji idealnych. Relacji pełnych łagodności, przyjemnych uczuć, wzajemnego zrozumienia, wsparcia, „nadawania na tych samych falach”. Może z rozrzewnieniem wspominamy czasy szkolnych przyjaźni, wspólnych wyjazdów, radości, ale też wspierania siebie w trudnych momentach. Może z nostalgią wspominamy początki małżeństwa, motyle w brzuchu, nadzieję na przyszłość, wiarę we własne siły, poczucie wspólnego kroczenia w tym samym kierunku. Może stoi to w kontraście do tego, jak widzimy swoje relacje dziś. Może nasze relacje sprowadzają się do wspólnego wykonywania zadań, załatwiania spraw, sprawnego rozwiązywania problemów. Może w relacjach brakuje nam otwartości, zrozumienia, wysłuchania. Może, jak z tym dążeniem do świętości, trwanie w relacjach raczej kojarzy nam się ze znojem, „jakoś pchamy ten wózek”. Nieświadomie nasuwa się jakże romantyczny obraz dwóch wołów połączonych jarzmem, które ciężko pracują w polu… A potem od razu przypomina się: „no tak, właśnie to nam mówili o małżeństwie”. Gdzie tu jest miejsce na miłość? Co tutaj dałoby się rozwijać, poprawić, odmienić? Wiele osób trochę bezsilnie zgadza się na ten obraz, postanawia „ciągnąć” własne życie i relacje, „aby dociągnąć”, „aby dowieźć”, „aby przetrwać”. I idziemy przez życie z poczuciem, że jesteśmy niezrozumiani, niedocenieni, zostawieni, nieszczęśliwi, nikomu niepotrzebni… i że nikt się nie wczuwa w naszą sytuację, a więc jesteśmy – mimo bycia w relacjach – samotni.

Wyjść z własnej głowy

Nie mamy wpływu na zachowanie, decyzje i uczucia drugiego człowieka, ale mamy wpływ na samych siebie. Kiedy myślimy o naszych relacjach, niewiele nam pomoże analizowanie zachowań drugiej osoby. Warto przyjrzeć się samemu sobie – jak ja przeżywam relacje, jak wygląda ta moja część?

Do tego właśnie przyda nam się refleksja Edyty Stein z jej doktoratu O zagadnieniu wczucia, Wydobędziemy z niego jedynie kilka myśli. Pierwszą i podstawową jest to, że każdy z nas przeżywa otaczający świat i samego siebie w nim. Jednak inaczej przeżywamy zetknięcie ze światem nieosobowym (światem przyrody, światem materii, wytworów człowieka, a nawet wartości), a inaczej spotkanie z drugą osobą, które nazywamy właśnie relacją.

Oczywistością jest fakt, że do relacji międzyludzkiej potrzebne są (co najmniej) dwie osoby. Jednak już nie jest tak oczywiste, że możemy przeżywać drugą osobę wcale nie osobowo, tylko jako obiekt (czyli przedmiot) naszych uczuć. Stein w swoim doktoracie bardzo szczegółowo analizuje te przeżycia – że o drugim człowieku możemy myśleć, możemy go zauważać, możemy go wspominać, możemy czegoś od niego oczekiwać a nawet sobie o nim fantazjować. Ale we wszystkich tych przykładach relacja cały czas pozostaje jednostronna, bo dzieje się jedynie w mojej głowie, druga osoba po prostu „dostarcza mi bodźców”. Kiedy jestem z drugą osobą, rozmawiam z nią, spędzam czas, zauważam ją (a więc słyszę, widzę, czuję), spostrzegam różne jej zachowania, wypowiedzi, reakcje, postawy. To cały czas są jednak tylko bodźce, które trafiają do mojej własnej głowy i zasilają produkcję moich własnych przeżyć. Poruszam się w obrębie tego, co ja czuję, co ja myślę, jakie ja mam wrażenie – podczas gdy to drugie jest sobie obok i czeka… aż wyjdę ze swojej głowy żeby dowiedzieć się, co też u niego słychać. Tutaj zaczyna się moment realnego spotkania, i tutaj zaczyna się mechanizm, który je umożliwia – czyli właśnie WCZUCIE.

Pułapki wczucia

Według Stein, wczucie to taki rodzaj przeżycia, który umożliwia POZNANIE przeżycia drugiego człowieka (a żeby być w głębokiej relacji, dobrze byłoby znać drugą osobę, żeby to bycie razem było PRAWDZIWE). Na wczucie składa się zauważenie cudzego przeżycia, wejście w nie (bycie przy drugim w tym, co przeżywa) oraz zrozumienie i wyjście z przeżycia, czyli „powrót do siebie”. Innymi słowy zobaczyć, „jak on ma”, zrozumieć jego perspektywę, ale jednocześnie nie pozostać cały czas totalnie w nim. Bo ostatecznie każdy z nas jest odrębną osobą.

Jeśli nie zauważymy drugiego człowieka, a więc nie zauważymy jego przeżycia, istniejemy sami dla siebie, w swoim świecie, obojętni na innych ludzi, samowystarczalni. Jeśli zauważymy drugiego człowieka a nie „wejdziemy” w jego doświadczenie, drugi człowiek będzie dla nas tylko przedmiotem obserwacji. Jak „z kamerą wśród zwierząt”. Być może tak właśnie podchodzą do innych ludzi manipulatorzy, którzy bacznie obserwują i prezycyjnie, „na zimno” zbierają informacje o drugim człowieku. Pozostają na zewnątrz. Ponieważ „wejście w doświadczenie” drugiego łączy się z emocjonalnym zaangażowaniem, czyli przyzwoleniem, aby przeżycie drugiego dotknęło mnie emocjonalnie. Potrzebna jest do tego pewna otwartość na bycie poruszonym wewnętrznie i gotowość na zmianę własnej percepcji. Jeśli zbliżam się drugiego, nawet przyzwalając sobie na emocjonalne zaangażowanie, ale z góry „wiem”, co ta osoba przeżywa (nie zawieszam swoich przekonań w celu poznania innej perspektywy), moje doświadczenie będzie miało więcej wspólnego z projekcją (czyli z rzutowaniem własnych przeżyć na drugiego) niż z wczuciem się weń, aby go poznać.

Z kolei jeśli wejdziemy w przeżycie drugiego człowieka i pozostaniemy „przyklejeni” do niego, może umknąć naszej uwadze, że jednak cały czas jesteśmy odrębnymi ludźmi. Może nam się zacząć wydawać, że przeżywamy to samo i czujemy to samo. Mało tego, możemy działać pod wpływem cudzego przeżycia. Na przykład w ramach „solidarności” mogę przestać się odzywać do człowieka, który sprawił przykrość mojej przyjaciółce, mimo, że wobec mnie niczym nie zawinił. Przyczynia się to do braku higieny psychicznej, zarówno w relacji, jak i w obrębie mojej własnej osoby. Dlatego tak ważny jest moment „powrotu do siebie”, aby relacja mogła przebiegać między dwiema odrębnymi osobami. Aby w dowolnym momencie można było się zwrócić ku drugiemu, przybliżyć do jego doświadczenia i z powrotem się odsunąć – choćby po to, by dać drugiemu przestrzeń, oddech i okazać szacunek wobec jego granic.

Jak kochać mądrze?

Na gruncie wczucia może pojawić się miłość, która idzie dalej niż wczucie i jest jego dopełnieniem. Bo miłość, już to słyszeliśmy, to decyzja. Wiąże się ona z zaangażowaniem woli – czyli działaniem DLA. To wybór pewnego zachowania wobec drugiej osoby. Co to znaczy, że Edyta Stein była „RADYKALNA W MIŁOŚCI”? Z opisu współsióstr wynika że „wykazywała serdeczną sympatię, troskliwość wobec każdej osoby, gotowość niesienia pomocy zawsze i każdemu i nie zachowywała w sercu urazy”. Ale co się stanie, jeśli ktoś chciałby wyrażać swoją miłość, troskę, pomoc i sympatię bez poznania drugiej osoby – a więc bez wczucia się w nią? Może się zdarzyć, że taki wyraz miłości, troski, sympatii i pomocy kompletnie do niej nie trafi, rozminie się z jej potrzebami. I wtedy zamiast budować relację, będzie się odbijał od ściany, dlatego że działanie zostało oparte na wyobrażeniu na temat drugiej osoby, a nie na wiedzy o niej, wynikające ze wzajemnego spotkania i doświadczenia siebie nawzajem. Czy to nam trochę nie przypomina klasycznych nieporozumień w relacjach? Czasami mamy poczucie, że ktoś (o ironio!) nie zrozumiał naszych intencji, chociaż myśmy chcieli dobrze, chociaż przecież my się tylko troszczymy itp.

Żeby miłość mogła budować więź w relacji, trzeba, by została poprzedzona wczuciem w celu poznania i zrozumienia drugiej osoby. Człowiek nie tylko jest do miłości zdolny, jest do niej wręcz stworzony. Stein pokazuje to w dziele Budowa osoby ludzkiej, w którym analizuje, jak jest zbudowany człowiek na poziomie cielesnym, psychicznym i duchowym. Stwierdza w nim, że analiza człowieka jako izolowanej jednostki „ma abstrakcyjny charakter” i że „do budowy istoty ludzkiej należy odsyłanie poza siebie samą. (…) Refleksja nad oddzielnym indywiduum ludzkim pozostaje abstrakcyjna. Jego istnienie jest istnieniem w świecie, jego życie jest życiem we wspólnocie. Nie są to relacje zewnętrzne bytu ludzkiego istniejącego w sobie i dla siebie, gdyż bycie członem większej całości należy do samej budowy człowieka”. W ten sposób jeszcze jaśniej się ukazuje sprzężenie pomiędzy twórcą a jego dziełem. Refleksja filozoficzna doprowadziła Edytę Stein do odkrycia, że człowiek został stworzony dokładnie w taki sposób, aby żyć we wspólnocie, tworzyć relacje miłości, a nie funkcjonować sam dla siebie. Że to „odsyłanie poza siebie samą” to po prostu część „ustawień fabrycznych” człowieka, a jednocześnie coś, co umożliwia życie w pełni i budowanie własnego człowieczeństwa. Następnie twórczyni wcieliła w życie własną refleksję, realizując ją w życiu wspólnotowym, okazując innym sympatię, troskliwość, pomoc, nie zachowując urazy, przeżywając swoje relacje w sposób głęboko osobowy. Być może dlatego można się nią inspirować nie tylko intelektualnie, ale bardzo praktycznie i życiowo, bo okazuje się, że już na tej ziemi można być jak Edyta – radykalną (radykalnym) w miłości.

Helena Teixeira Respondek
Psycholog, stypendystka Prezydenta Miasta Gdańska, dyplomu z psychologii klinicznej broniła na Uniwersytecie SWPS w Sopocie. Studia podyplomowe z metody ADI/TIP ukończyła w 2016 na Faculdade Ciências Médicas de Minas Gerais w Belo Horizonte w Brazylii.
Jej tłumaczenie na portugalski tekstów Romana Ingardena (pod red. prof. Tommy’ego Akira Goto) zostało opublikowane w Phenomenological Studies – Revista da Abordagem Gestaltica.

„Portret Heleny Teixeiry Respondek – psycholożki, terapeutki i tłumaczki, autorki książki „Jak dojść do siebie”

Pobierz

Opublikowano 19.03.2026

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Wystartowała pierwsza edycja kampanii „Piękno tej ziemi” – wyjątkowego projektu społeczno-duchowego inspirowanego nauczaniem Jana Pawła II o dziedzictwie naturalnym.
13 kwietnia 1986 r. nastąpiło przełamanie wielowiekowego dystansu między Kościołem katolickim a judaizmem w XX wieku.
POBIERZ
„Gdzie się podziały dzieci?” to nowy numer naszego magazynu „Myśl w Centrum”. Zapraszamy do lektury!
Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych przesyłam nasze najserdeczniejsze życzenia, do przygotowania których zainspirował nas Jan Paweł II.

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.