Skoro Polacy chcą mieć dzieci, dlaczego ich nie mają? Z Mateuszem Łakomym, ekspertem ds. demografii, autorem książki „DEMOGRAFIA JEST PRZYSZŁOŚCIĄ”, rozmawia Ignacy Masny.
Ignacy Masny: Mam wrażenie, że w debacie o sytuacji demograficznej w Polsce dominuje wizja, że mała liczba urodzeń wynika z faktu, że Polacy nie chcą mieć dzieci. Tymczasem, jak pokazujesz w swojej książce, gdyby Polacy mieli tyle dzieci, ile deklarują, mielibyśmy zastępowalność pokoleń.
Mateusz Łakomy: To, że Polacy nie chcą mieć dzieci, to często powtarzany mit. Badania CBOS pokazują, że obecnie tylko 10–12 procent młodych Polaków deklaruje, że nie chce mieć dzieci. Mówię o osobach w wieku, w którym tych dzieci można się spodziewać. Demografowie nie traktują tych deklaracji jako jakiegoś probierza spodziewanej liczby dzieci, ponieważ wiadomo, że te intencje się zmieniają i to zmieniają się w obie strony. Są przypadki, gdy ktoś chciał mieć dużo dzieci, ale później z jakichś powodów stwierdził, że jednak chce mieć mniej. I są też znane przypadki osób, które mówią, że nigdy, za żadne skarby nie będą miały dzieci, a po jakimś czasie okazują się szczęśliwymi rodzicami na przykład dwójki. Najczęściej dlatego, że w międzyczasie weszły w bezpieczny, trwały związek.
Teoretycznie, z punktu widzenia czysto biologicznego, do poczęcia mogłoby dojść i bez trwałego związku.
MŁ: Statystycznie rzecz biorąc, dzieci pojawiają się głównie w stałych związkach. Pary, które chcą mieć dzieci, raczej starają się o nie w związkach, o których mają przekonanie, że są bezpieczne, trwałe, że te dzieci razem będzie można wychowywać. Tę definicję najlepiej spełnia małżeństwo. Więc z perspektywy demografii, jeśli chcemy, żeby rodziło się więcej dzieci, najważniejsze jest stworzenie warunków do budowania związków trwałych, w których para myśli o wspólnej przyszłości.
Wygląda na to, że zbudowanie takiego związku staje się coraz poważniejszym wyzwaniem.
MŁ: Najnowsze badania CBOS, potwierdzone przez badania, które w tym roku zrobił Nowy Ład, potwierdzają, że 44 procent osób między 18. a 29. rokiem życia nie jest w żadnym związku. Wydaje się, że to kluczowy dla naszej demografii wskaźnik. Tym bardziej że badania pokazują, że jeżeli zostanie zawarte małżeństwo, to te dzieci się pojawiają. Polskie małżeństwa mają przeciętnie dwójkę dzieci. To jest kluczowy czynnik, bo przecież małżeństwa konfrontują się z takimi samymi problemami, jak wszyscy inni: niestabilnością zatrudnienia, trudnością pogodzenia pracy z opieką nad dzieckiem, trudnościami z dostępem do mieszkania. Można powiedzieć – oczywiście bardzo upraszczając – że gdybyśmy rozwiązali problem związków, to mielibyśmy dzietność niemal na poziomie zastępowalności pokoleń.
Tendencja jest jednak odwrotna. Jakie są według ciebie najważniejsze czynniki, które sprawiają, że do związków nie dochodzi?
MŁ: Natura wchodzenia w związki między kobietą a mężczyzną jest taka, że dochodzi z obu stron do oceny atrakcyjności partnera, również pod kątem decyzji o wspólnym wychowywaniu dzieci. Nazywamy to assortative mating. Najważniejszym czynnikiem jest w tym kontekście status społeczno–ekonomiczny w parze. Miejsce w hierarchii społecznej. Istota mechanizmu jest taka, że ludzie wchodzą w związki z osobami o podobnym statusie społeczno-ekonomicznym, ale kobiety częściej wybierają mężczyzn o odrobinę wyższym statusie niż one. W ich perspektywie taki mężczyzna jest bardziej atrakcyjny, ponieważ zapewnia większe poczucie bezpieczeństwa. Statusu społeczno–ekonomicznego nie da się zmierzyć jednym czynnikiem. Ani dochodami, ani – jak to się czasem mierzy w świecie dużych korporacji – liczbą osób, którymi się zarządza. Tych czynników jest bardzo dużo, ale jednym z najważniejszych jest poziom wykształcenia.
Dziś powszechnym wyzwaniem jest tak zwana luka edukacyjna. W Polsce połowa kobiet w wieku 25–34 lata ma wyższe wykształcenie. Wśród mężczyzn jest to zaledwie 30 procent. To powoduje, że potencjał wysokiego statusu społeczno-ekonomicznego mężczyzn jest mniejszy niż kobiet. W mojej ocenie największą barierą do tworzenia się związków jest ta luka edukacyjna. Na nią nakłada się nierównowaga przestrzenna. W celu poszukiwania wyższego wykształcenia większy odsetek kobiet przeprowadza się do dużych miast, w których są uczelnie. Mężczyźni są bardziej skłonni do tego, żeby zostać w swoich miejscowościach pochodzenia.
Drugim kluczowym czynnikiem jest trwałość rodziny pochodzenia. Osoby, których rodzice nie stworzyli stałego związku, mają większe trudności z tworzeniem ich we własnym życiu. Najlepsze przygotowanie do stworzenia bezpiecznego związku opartego na małżeństwie mają statystycznie osoby wychowywane w rodzinie obojga biologicznych rodziców żyjących we względnie szczęśliwym małżeństwie.
To nie rokuje dobrze na przyszłość. Piszesz w książce, że w Polsce blisko 25 procent rodzin z dziećmi to rodziny, w których jest tylko jeden rodzic.
MŁ: Ze spisu powszechnego wyszło, że już kilka milionów dzieci jest wychowywanych przez samotnego rodzica. To osoby, które będą miały statystycznie mniejszą zdolność do stworzenia związku. A jak nie stworzą związków, to nie będą miały dzieci.
Spójrzmy teraz na te osoby, którym jednak udało się stworzyć związek. Spróbujmy odwrócić podaną wcześniej statystykę. Skoro 44 procent młodych osób nie jest w związku, to znaczy, że ponad połowa jednak w tym związku jest i – najczęściej – prowadzi życie seksualne. Mimo to do poczęć nie dochodzi, z jednej prostej przyczyny – młodzi ludzie stosują antykoncepcję. Czy demografowie traktują ją jako istotną przyczynę decydującą o sytuacji demograficznej społeczeństwa?
MŁ: Co prawda głośno się o tym nie pisze, ale domyślnie przyjmuje się, że antykoncepcja jest czymś stałym i niezmiennym. Pytanie tylko, kiedy para się zdecyduje, żeby ją ewentualnie odstawić, żeby mogło dojść do poczęcia.
Zacytuję twoją książkę: „Przez większość historii (…) seksualność była nieodłącznie związana z prokreacją. Zmieniło się to zasadniczo w XX w. (…) W XX w. w krajach wysoko rozwiniętych regulacja urodzeń stała się zjawiskiem niemal powszechnym. (…) Regulacja urodzeń odbywa się poprzez zapobieganie poczęciu i przerywanie ciąży”. We Francji między połową lat 60. a połową lat 70. współczynnik dzietności spadł z 2,9 do 1,9. Stało się tak dlatego, że w tamtej dekadzie antykoncepcja stała się bardziej skuteczna i bardziej dostępna. Stosowanie antykoncepcji w społeczeństwie było kluczowym czynnikiem. Czy teraz jest inaczej?
MŁ: Teraz antykoncepcja jest przyjmowana jako coś, co zwyczajnie jest i będzie. Przy ocenach, czy coś może zwiększyć lub zmniejszyć dzietność, nie bierze się tego pod uwagę. Pamiętajmy, że skutkiem dostępności antykoncepcji jest to, że rodzi się mniejszy odsetek dzieci nieplanowanych. Bez antykoncepcji prędzej czy później ta ciąża by się pojawiła, ale jako zaskoczenie, niespodzianka.
Niespodzianka? O niespodziance można mówić, kiedy doszło do poczęcia mimo stosowania antykoncepcji. Kiedy jej nie stosowano, wiedziano, że współżycie może skutkować poczęciem. To naturalna kolej rzeczy.
MŁ: Kiedyś rzeczywiście planowanie liczby dzieci miało mniejsze znaczenie. Normalnym efektem tego, że było się parą i że się współżyło, były poczęcia. I było ich dużo. Nastąpiła jednak wielka zmiana. Wraz z postępem medycyny dzieci zaczęły coraz częściej przeżywać okres ciąży i okres niemowlęcy. Pary musiały więc wychowywać coraz więcej dzieci. Nastąpiła chęć i, co ważniejsze, zdolność do tego, żeby nad tym procesem zapanować. Chęć ograniczania dzietności pojawiła się na przełomie XIX i XX w. Te metody były udoskonalane z biegiem czasu. Metody, jak się mówi w nauce, barierowe, czyli po prostu prezerwatywy, też istniały, tylko one były mniej skuteczne, droższe i słabiej dostępne.
W Polsce załamanie demograficzne przyszło w latach 90. Wśród przyczyn wymienia się głównie ówczesny kryzys gospodarczy, efekty transformacji ustrojowej, wysokie bezrobocie. Dziś te wszystkie gospodarcze problemy należą do przeszłości, a dzieci rodzi się z każdym rokiem coraz mniej. Mimo to wciąż powtarza się teorie o gospodarczych przyczynach kryzysu demograficznego. Nie mówi się o tym, że w tych samych latach 90. liczba sprzedawanych w Polsce prezerwatyw wzrosła jedenastokrotnie – z 10 do 110 milionów. Znacząco wzrósł również odsetek kobiet przyjmujących hormonalną antykoncepcję.
MŁ: W najbardziej klasycznym modelu Bongaartsa za 96 procent zmienności w płodności w krajach rozwiniętych odpowiadają tylko cztery wskaźniki: długość pozostawania w trwałym związku seksualnym, dostępność antykoncepcji, dostępność aborcji i niepłodność laktacyjna, czyli związana z tym, że kobieta karmi piersią. Więc rzeczywiście dostępność antykoncepcji jest bardzo istotną zmienną. Mimo to trzeba przyznać, że w świecie naukowym i debacie publicznej o demografii w zasadzie nie bierze się jej pod uwagę. A rzeczywiście dostępność antykoncepcji jest najbardziej bezpośrednią przyczyną spadku współczynnika dzietności. Ale zauważmy też, że do tej – nazwijmy to – Wielkiej Czwórki czynników oddziałujących bezpośrednio na dzietność należy też długość pozostawania w trwałym związku.
Dostępność antykoncepcji rzeczywiście znacząco się zwiększyła. Jest znacznie tańsza niż dawniej, można ją kupić prawie wszędzie. Podniesienie się poziomu życia, zwłaszcza osób najbiedniejszych, także zwiększyło dostępność antykoncepcji, która wcześniej dla wielu ludzi była za droga. Za zwiększeniem dostępności idzie też zmiana świadomości. Więcej osób zaczęło myśleć, że w ogóle można ją stosować.
Są jednak takie pary, które liczby dzieci nie planują. W badaniach CBOS zawsze pojawia się około 2–3 procent osób, które deklarują, że chcą mieć dzieci tyle, ile się zdarzy. Wciąż pozostaje taka grupa ludzi, która dopuszcza dużą liczbę dzieci, nie zakłada takiego matematycznego planowania. To niekoniecznie znaczy, że tych dzieci będzie rzeczywiście maksimum, na które pozwala płodność kobiety. Jest też wiele par, w których poczęcia się planuje, a ogranicza się je metodami naturalnymi, czyli unikaniem współżycia w dni płodne kobiety.
Wydaje się, że te pary, które nie chcą stosować antykoncepcji, rzadko robią to z powodów finansowych. To jest raczej kwestia innych czynników – społecznych i kulturowych. Czy możemy mieć na to jakiś wpływ?
MŁ: Kluczowym procesem jest w tym kontekście sekularyzacja. Z badań wynika, że osoby mniej wierzące czy zgoła w ogóle niewierzące częściej decydują się na związki nieformalne i przeciętnie chcą mieć mniej dzieci. Z punktu widzenia demografii zwiększenie stopnia religijności populacji, zwłaszcza młodych dorosłych czy dorastającej młodzieży, byłoby czynnikiem sprzyjającym. W ramach religijnego systemu wartości i światopoglądu częściej by wybierano, żeby tej antykoncepcji nie stosować.
Czy można coś zrobić, żeby te środki były rzadziej stosowane lub żeby były stosowane bardziej świadomie?
MŁ: Pamiętajmy, że antykoncepcja jest często postrzegana jako substytut aborcji. Uważa się, że zwiększanie dostępności do antykoncepcji wpływa na zmniejszenie liczby aborcji. W tej sprawie wiele zależy od tego, co ludzie mają w sercu i w głowach. Patrząc jednak na populację jako całość, przychylam się do myślenia, że o podejściu do antykoncepcji decyduje przede wszystkim jej dostępność.
Ostatnio było głośno o tym, że w Chinach wprowadzono podatek VAT na prezerwatywy. Dużo się mówiło, że to sposób na ograniczenie stosowania antykoncepcji. Prawdopodobnie chodziło tak naprawdę o wyrównanie opodatkowania różnych artykułów, czyli zniesienie preferencji podatkowej dla antykoncepcji, będącej pokłosiem wcześniejszych polityk ograniczania urodzeń. Co się jednak osiągnie, zmniejszając dostępność cenową tych środków? Będzie ona mniej dostępna tylko dla osób najuboższych, mających największe trudności.
Skoro badania wskazują jednoznacznie, że stosunek do antykoncepcji jest tak kluczowy dla demografii, to dlaczego demografowie ten temat ignorują?
MŁ: Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Jeśli demografia mówi o kwestiach związanych ze sterowaniem płodnością, to raczej w kontekście unikania ciąż niechcianych. Używane jest pojęcie dostępności środków planowania rodziny, gdzie planowanie rodziny jest rozumiane jednostronnie, jako ograniczenie liczby dzieci nieplanowanych. Dziecko niezaplanowane jest traktowane jako obciążenie. Nie mówi się o planowaniu rodziny w tym duchu, że ktoś chciałby mieć trójkę, a ma jedno i zastanawia się, jak mieć więcej.
O ignorowaniu antykoncepcji w dyskusjach o demografii decyduje współczesna mentalność, duch czasów. Ale to, że się tego tematu nie porusza, nie oznacza, że nie można zacząć go podnosić, prawda?
Mateusz Łakomy
Ekspert ds. demografii, specjalizujący się w obszarze czynników wpływających na dzietność. Autor książki Demografia jest przyszłością. Czy Polska ma szansę odwrócić negatywne trendy. Członek European Association of Population Studies, wcześniej prezes zarządu fundacji Narodowe Centrum Rozwoju Demograficznego, a także przewodniczący Komisji Spraw Narodowościowych i Demograficznych.
Pobierz magazyn