Każde pokolenie było przekonane, że żyje w czasach ostatecznych. A jednak każde następne jakoś się pojawiało. Może więc z końcem świata jest jak z powiedzeniem, że „zacznę od jutra” – większość tak mówi, a jednak finalnie nie zaczyna.
Wystarczy sięgnąć do kronik, pamiętników, literatury – zawsze gdzieś w tle pobrzmiewało przeczucie nadchodzącej katastrofy. A mimo wszystko ludzie zakochiwali się, zakładali rodziny, mieli dzieci.
Żyjemy w czasach bardzo niepewnych. Z każdej strony jesteśmy zalewani negatywnymi informacjami. Włączam internet – katastrofa klimatyczna. Otwieram Facebooka – ktoś znów kogoś zabił. Czytam wiadomości – wojna. Rozmawiam ze znajomymi – inflacja, kryzys. Mózg jest zmęczony. Psychologowie mówią o zjawisku przebodźcowania, o permanentnym stanie czuwania, który dawniej był potrzebny do przetrwania w obliczu realnego zagrożenia, a dziś włącza się przy każdym powiadomieniu. Nasz układ nerwowy nie odróżnia zagrożenia bezpośredniego od tego oglądanego na ekranie. W efekcie żyjemy w stanie chronicznego napięcia. Odnoszę wrażenie, że człowiek powoli przyzwyczaja się do negatywnego przekazu i ma coraz mniej empatii w sobie. To mechanizm obronny – gdybyśmy mieli przeżywać każdą tragedię równie intensywnie, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Ludzie przestają się przejmować albo przejmują się za bardzo. Często tym, na co nie mają żadnego wpływu.
Młodzi coraz częściej żyją chwilą. Skoro wszystko jest kruche, skoro przyszłość wydaje się nieprzewidywalna, to może lepiej skupić się na „tu i teraz”? Skoro w każdym momencie może wydarzyć się coś, co zmieni wszystko, to może nie warto planować? W takim klimacie pytanie o dzieci nabiera zupełnie innego ciężaru. Bo dziecko to przyszłość. A co, jeśli przyszłości nie będzie?
Instynkt przetrwania
Co miesiąc… Ba! Nawet częściej – dostajemy nową wersję końca świata. Wielkie pożary, topniejące lodowce, wirus, który zabija miliony, wojna, sztuczna inteligencja, która wkrótce przejmie władzę. Każdy z tych scenariuszy jest w zasadzie sztucznie napędzany. Sensacja sprzedaje się lepiej niż spokój. Dramat przyciąga uwagę skuteczniej niż stabilność. Czy nie chodzi czasem o to, by zagłuszyć inne tematy? Czy strach nie jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi wpływu? Przerażony człowiek szuka bezpieczeństwa, a ten, kto obieca mu ochronę, zyskuje władzę. Ale w zasadzie, jaki to ma sens? Z jednej strony mówią o wielkich kryzysach, więc młodzi zwyczajnie boją się o przyszłość swoich ewentualnych pociech. Z drugiej strony, państwa wprowadzają programy wspierające dzietność, kampanie prorodzinne, zachęty finansowe. Młodzi słyszą: „świat się wali”, ale jednocześnie: „rodźcie dzieci”. Równowaga jest zaburzona. Może rozwiązaniem byłoby ograniczenie siania paniki. Ale technologia poszła za daleko, by można było zatrzymać przepływ informacji. Internet nie ma wyłącznika.
Spójrzmy na to również z perspektywy poprzednich pokoleń. Wojny i kryzysy są nieodłącznym elementem cywilizacji. Odkąd istnieją jakiekolwiek źródła historyczne, opisywane są w nich wojny, prześladowania, czasy głodu czy epidemie śmiertelnych chorób. Średniowieczne plagi dziesiątkowały Europę. Rewolucje zmieniały porządek społeczny. Wojny światowe przyniosły zniszczenie na niespotykaną skalę. A mimo to ludzkość nie zniknęła. Ludzkość nie jest aż tak krucha, jak mogłoby się wydawać. Każdy zdrowy człowiek posiada w sobie instynkt przetrwania – instynkt, który nie ogranicza się tylko do ochrony własnego życia, ale obejmuje też pragnienie, by przetrwał gatunek. W związku z tym wszelkie kryzysy nie były w stanie powstrzymać ludzi przez prokreacją. To biologiczny, ale i głęboko egzystencjalny impuls. Chęć pozostawienia po sobie śladu, kontynuacji, sensu.
Nasi dziadkowie pamiętają jeszcze czasy wojen światowych, najbardziej krwawych w historii. Mój dziadek urodził się zaledwie rok po wybuchu II wojny światowej. Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby jego rodzice uznali, że w obliczu wojny dzieci są niepotrzebne, że lepiej poczekać na „bezpieczniejsze” czasy. Historia potoczyłaby się zupełnie inaczej.
W tamtym momencie było naprawdę ciężko. Strach był codziennością. Brakowało jedzenia, bezpieczeństwa, stabilności. A jednak ci ludzie zdecydowali się żyć i tworzyć życie w najtrudniejszych możliwych okolicznościach. Czy była to naiwność? A może akt odwagi? Dzieci stawały się nadzieją i symbolem ciągłości. Były dowodem na to, że życie jest silniejsze niż śmierć, że przyszłość – choć niepewna – wciąż istnieje jako możliwość. Każdy zasługuje na miłość, nawet w trudnych czasach. Ci ludzie wierzyli, że ta wojna zaraz się skończy, że wszystko wróci do normy, że będą żyli w wolnym kraju. Było w nich głębokie przekonanie, że to, co robią, ma sens, nawet jeśli nie dla nich samych, to właśnie dla ich dzieci. Determinacja jednego pokolenia często buduje fundamenty dla kolejnego. To właśnie kolejne generacje odbudowywały miasta, tworzyły nowe instytucje, rozwijały medycynę, technologię, prawa człowieka. Ta determinacja sprawiła, że wiele się zmieniło od tamtej pory na lepsze.
Może więc pytanie nie brzmi: „Po co mieć dzieci, skoro świat się kończy?”, tylko: „Czy któreś z pokoleń nie przeżyło swojego własnego końca?”.
Bunt i „czarna skrzynka”
Każde pokolenie ma swoją apokalipsę. Każde ma swoje kryzysy. Dla jednych była to wojna, dla innych prześladowania, dla jeszcze innych koniec kalendarza Majów. Dziś mamy zmiany klimatu, sztuczną inteligencję i algorytmy, które wiedzą o nas więcej niż my sami o sobie. Telefon jest naszą „czarną skrzynką”, a my trochę sami skazujemy się na dostęp do takiej ilości informacji. Przebodźcowanie, nieustanne scrollowanie, szybkie dawki dopaminy – to wszystko zmienia nasze relacje. Czasem łatwiej jest zanurzyć się w wirtualnym świecie niż budować realną bliskość. Ludzie są stworzeni do życia z innymi, a jednak coraz częściej izolują się w cyfrowych bańkach.
Być może właśnie to jest większym problemem niż sam „koniec świata” – utrata zdolności do prawdziwej relacji. Dawniej ludzie mieli mniej, lecz byli bliżej siebie. Często ludzie mieli bardzo mało w kwestiach materialnych, natomiast ważniejsze były relacje. Oczywiście idealizowanie przeszłości jest błędem – były alkohol, przemoc, nierówności, ale mimo to ludzie trzymali się razem. W obliczu zagrożenia człowiek szukał drugiego człowieka, a nie telefonu, w którym możemy znaleźć wszystko. Telefonu, który może być naszym przyjacielem, lekarzem, organizatorem czasu.
Czy to znaczy, że sztuczna inteligencja zastąpi człowieka? Zdecydowanie nie! Może zastąpić jedynie pewne funkcje wykonywane przez ludzi – obliczenia, analizę danych, automatyzację procesów, ale nie jest w stanie dać nam tego, co drugi człowiek – autentycznej relacji, dotyku, spojrzenia, spontanicznej reakcji. Takich prawdziwych emocji. Może symulować empatię, lecz nie przeżywa jej.
To paradoksalnie daje nadzieję. Sztuczna inteligencja w głównej mierze zaprogramowana jest w taki sposób, aby dać nam to, czego chcemy. Człowiek natomiast jest istotą nieprzewidywalną, buntowniczą, twórczą.
Akt wiary
Decyzja o dziecku nigdy nie była inwestycją w stabilność świata. To raczej akt wiary – w przyszłość, w sens wysiłku, w to, że mimo wszystko warto. Dziecko nie jest deklaracją, że świat jest idealny. Jest deklaracją, że świat jest wart naprawiania. To zobowiązanie: skoro powołuję kogoś do życia, muszę zrobić wszystko, by było ono jak najlepsze.
Można też uznać, że odpowiedzialność polega na rezygnacji. Skoro wiemy, że niedługo wyczerpią się zasoby naturalne, czy pogłębią kryzysy, to powinniśmy podjąć świadomą decyzję nieskazywania przyszłych pokoleń na życie w takim świecie. Tylko że historia pokazuje coś odwrotnego: to właśnie kolejne pokolenia rozwiązywały problemy, które wydawały się nierozwiązywalne. Medycyna rozwijała się dzięki ludziom, którzy urodzili się w czasach epidemii. Technologie energetyczne rozwijają ci, którzy dorastali w cieniu kryzysów paliwowych.
Może więc posiadanie dzieci w niespokojnych czasach nie jest przejawem naiwności, lecz odwagi. Albo uporu. Albo głęboko zakorzenionego przekonania, że życie samo w sobie ma wartość niezależnie od okoliczności. Może to forma sprzeciwu wobec narracji strachu – ciche powiedzenie: „nie poddam się”.
Bo jeśli świat rzeczywiście ma się kiedyś skończyć, to i tak nie wiemy kiedy. A jeśli nie wiemy, to żyjmy tu i teraz. Może sens nie polega na gwarancji szczęścia, lecz na gotowości do budowania go mimo niepewności.
A jeśli naprawdę ma się skończyć?
Tym bardziej warto, żeby ktoś był ciekaw, jak to się wszystko potoczy.
Aleksandra Baran
Pobierz magazyn