Pieniądze, które mogą owocować

MŁODE SPOJRZENIE

Stypendia są ważne, ale dla mnie ważniejsze są ideały, nauka i rozwój. Zdarza się, że decyduję się na wolontariat, jeśli nie mogę otrzymać wynagrodzenia w grancie, w którym mogę nauczyć się czegoś cennego od naukowców z tego projektu.

Myśl o tym, by pójść na medycynę, pojawiła się, kiedy byłam dzieckiem. Towarzyszyła mi ona przez okres edukacji, w liceum te studia stały się już bardzo bliskim celem, a po maturze po prostu faktem. Koniec jednego etapu jak zwykle rodzi wyzwania etapu następnego.

Tak też było u mnie – kolejne cele i kolejne pragnienia. Z wielu powodów studia medyczne uznawane są za bardzo trudne. Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że są wymagające, ale dla mnie to było wciąż za mało. Od dziecka potrzebowałam robić więcej niż to, co muszę. Bliskie są mi słowa św. Jana Pawła II, aby wymagać od siebie, nawet jeśli inni od nas nie wymagają.

Przygoda z nauką

Od początku studiów próbowałam łączyć pracę kliniczną z badawczą. Nawiązałam współpracę z Khan Academy, organizacją non-profit, której misją jest zapewnianie bezpłatnej światowej klasy edukacji każdemu i wszędzie (moja współpraca polega na nieodpłatnym tłumaczeniu filmów medycznych z angielskiego na polski). Następnie byłam jedną z założycielek Koła Naukowego „Immunis” działającego przy Wydziale Medycznym UKSW i jego przewodniczącą.

Najbardziej przełomowy był dla mnie czwarty rok studiów, kiedy podjęłam decyzję o rozpoczęciu pracy badawczej i eksperymentalnej w laboratoriach. Od trzech lat współpracuję z Wydziałem Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego w grantach badawczych nt. zindywidualizowanych terapii zaburzeń neurodegeneracyjnych wykrywania wczesnych objawów takich chorób. Od ponad dwóch lat jestem również zaangażowana w pracę badawczą w Instytucie Chemii Fizycznej Polskiej Akademii Nauk w grancie dotyczącym badań wrażliwości bakterii na antybiotyki. Badania te mają charakter wielodyscyplinarny.

Przez lata nabrałam doświadczenia w korzystaniu ze stypendiów i nagród: otrzymywałam stypendia rektora po każdym roku studiów, dwukrotnie stypendia ministerialne (MEN, MNiSW) oraz wielokrotnie stypendia miasta stołecznego Warszawy im. Jana Pawła II. Oprócz tego wygrałam plebiscyt „Diamenty UKSW” w kategorii „student-naukowiec”, a wcześniej Nagrodę Santander Universidades dla wyróżniających się studentów, doktorantów i pracowników UKSW.  Byłam też  finalistką „Studenckiego Nobla” w kategorii „Medycyna i farmacja” oraz finalistką ogólnopolskiego konkursu grantowego „Talenty jutra”. W ostatnim czasie dzięki dofinansowaniu (MNiSW i EU) „FERS” mogłam również zaprezentować część wyników na konferencji w Rzymie.

Wprawdzie jestem zaangażowana w badania związane z chorobami neurodegeneracyjnymi i z opornością bakterii, ale moim głównym zainteresowaniem i kierunkiem badawczym są guzy mózgu, ze szczególnym uwzględnieniem wysoce złośliwych i śmiertelnych glejaków. W badaniach poszukuję zarówno nowych terapii, jak i nowoczesnej metody diagnostycznej. W ostatnim czasie ukończyłam studia i jestem lekarką – w październiku rozpoczynam staż.

Programy dają rozwój

Trzeba na początku napisać, że te programy (stypendia, granty, nagrody) w dużej mierze pomagają po prostu w utrzymaniu młodego naukowca. To naprawdę bardzo ważne. Mogą też być inwestowane w rozwój, np. opłaty konferencyjne, realizację innowacyjnych projektów lub wyjazd na konferencję za granicę. Część stypendiów daje wolność w aspekcie ich wykorzystania – ich charakter jest zbliżony do pensji lub nagrody za osiągnięcia. Można zainwestować je w swoje inne pasje czy odpoczynek, co pozwala na wszechstronny rozwój stypendysty. Ja lubię chodzić do teatru, lubię też pływać. Myślę, że dobrze, by naukowcy i lekarze rozwijali się też w innych dziedzinach niż wiodąca. Dobrze, by mieli świeży umysł i byli choć w jakimś stopniu wypoczęci. To istotne z punktu widzenia ekonomii pracy. Czasem pomysł przychodzi niespodziewanie, jak u Newtona, który zainspirował się spadającym jabłkiem.

Dla mnie osobiście ważniejsze od pieniędzy jest to, że te programy dają możliwość rozwoju, poczucie bycia docenioną i satysfakcję. Dzięki temu, że staram się łączyć stronę kliniczną z naukami podstawowymi, mogę uczyć się innych dziedzin niż medycyna. Najpierw robię badania na molekułach albo komórkach, a więc muszę nauczyć się technik badawczych z fizyki, chemii, biologii. Później analizuję dane, więc trzeba nauczyć się trochę statystyki. Następnie piszę publikację – kolejne zasady do zapamiętania. A czasem trzeba być też grafikiem, kiedy konieczne jest przygotowanie ilustracji do artykułów czy też projektów okładki, aby mieć tym samym szansę wygrać konkurs i lepiej zaprezentować swój artykuł.

Jednak dla mnie najważniejsi są ludzie, z którymi mogę pracować  w ramach grantów. Jak to się czasem mówi, jedni są dla nas „darem”, drudzy „zadaniem”. Od wszystkich dużo się uczę. Dobrzy mentorzy to skarb dużo większy niż wartość stypendiów. Dzięki nim, oprócz zadań związanych z ich projektami, mogę rozwijać też swoje pomysły, a to dla młodej badaczki jest niezwykle istotne. Stypendia są ważne, ale dla mnie ważniejsze są ideały, nauka i rozwój. Zdarza się, że decyduję się na wolontariat, jeśli nie mogę otrzymać wynagrodzenia w grancie, w którym mogę nauczyć się czegoś cennego od naukowców z tego projektu.

Z perspektywy czasu widzę, że kolejne lata edukacji kształtowały moją osobowość i charakter. Przez lata stopniowo kształtowały się filary osobowości, na których teraz bazuję. Ambicję miałam od dziecka, pracowitość rozwinęłam w szkole, a na studiach rozwinęła mi się waleczność (w dobrym tego słowa znaczeniu) – żeby być wierną swoim ideałom, walczyć o swoje marzenia, nie zgadzać się na zło i niesprawiedliwość oraz próbować przebijać szklane sufity.

Nie ma róży bez kolców

Głównym kosztem jest czas. Jeżeli poważnie się myśli o prestiżowym stypendium/konkursie, często trzeba obmyślić plan działania na rok, a nawet na kilka lat do przodu. Następnie przez ten czas należy konsekwentnie realizować zaplanowane działania, a jednocześnie być ciągle czujną, aby  w razie czego je aktualizować. Nie to jest jednak najtrudniejsze, przynajmniej jeśli lubi się to, co się robi. Najbardziej żmudne jest zbieranie, kompletowanie i uzupełnianie formularzy stypendialnych. Można mieć świetne osiągnięcia, ale jeśli się ich dobrze nie udokumentuje, nie ma się szansy na zostanie laureatem. Niestety tak to działa.

Tu dochodzimy do kolejnego kosztu, czyli frustracji. Mam na myśli przypadki niesprawiedliwej oceny, które wynikają często z niedopasowania osoby i jej osiągnięć do systemu, tabelek, schematów. Sama często tego doświadczam. Czasem mam wrażenie, że im bardziej się wykracza ponad poziom, tym więcej się traci przy ocenie wniosków. Przykładowo: ktoś pracuje nad czymś wartościowym, przełomowym i innowacyjnym, co siłą rzeczy jest czasochłonne, a nawet ryzykowne. Tymczasem jakość nie zawsze się dobrze „przelicza”.  Często (choć oczywiście nie w każdym konkursie) bardziej się opłaca ilość, a nie jakość. Może dojść do sytuacji, w której ktoś w ciągu roku ma na koncie ważne dokonania w swoim innowacyjnym projekcie, ale nie ma jeszcze publikacji albo ma tylko jedną – za to bardzo prestiżową. Skupił się na czymś ważnym, oddał swój czas, umysł i serce. Nie zajmował się pisaniem dziesięciu prac o mniejszej wartości, ale włożył wysiłek w coś, co w dalszej perspektywie może być przełomowe. Niestety wniosek takiej osoby może przegrać z wnioskami osób, które działają bez szerszej perspektywy, ale miały więcej osiągnięć niższej jakości, za to lepiej wpisujących się w kryteria oceny.

Inny mój wniosek zablokowano przez zbyt młody wiek, nie dopuszczając go nawet do oceny merytorycznej. Trzeba było mieć ukończony czwarty rok studiów i ja go ukończyłam, ale zapis brzmiał tak, że trzeba było mieć ukończony „czwarty rok w roku poprzedzającym rok naboru” – czyli w gruncie rzeczy grant był tylko dla studentów szóstego roku. Czy nie można było napisać po prostu, bez komplikacji? Warto dodać, że w następnym roku nie otworzono naboru do tego grantu, a więc straciłam szansę na ten grant. W tym roku planowane jest otwarcie naboru. Nieznane są jeszcze dokładne kryteria, ale znając życie, teraz będę „za stara” (bo już lekarka, a nie studentka). I tak straciłam szansę nie ze swojej winy.

Trzecim najważniejszym kosztem jest presja. Presja, bo nigdy się nie wie, czy w następnym roku dostanie się stypendium. A jeśli nie, to pewnie trzeba będzie szukać pracy dorywczej i siłą rzeczy być mniej skupioną na nauce i badaniach. Presja może mieć też wymiar ambicjonalny. Jeśli zdobywa się coś cennego raz, szczególnie w młodości, to z dużym prawdopodobieństwem będzie się chciało to powtórzyć albo sięgnąć jeszcze wyżej. To naturalne. Czy pytając młodego mistrza olimpijskiego o dalsze plany, oczekujemy odpowiedzi, że to koniec jego kariery? Tak samo jest z naukowcami.

Co z tego ma społeczeństwo?

Stypendia to inwestycja na przyszłość dla społeczeństwa i państwa. Ta inwestycja może, ale nie musi się zwrócić. To jest trochę jak inwestowanie na giełdzie. Można dużo zyskać, ale można też dużo stracić. Przykładowo jeżeli będę miała wsparcie mentorskie, administracyjne i dofinansowanie, aby prowadzić badania nad nowoczesnymi testami diagnostycznymi guzów mózgu oraz nad nowym sposobem leczenia tychże guzów, to w przyszłości może się to przełożyć na uratowanie życia konkretnych ludzi. Obecnie wskaźnik pięcioletniego przeżycia pacjentów chorych na glejaki IV stopnia jest bardzo niski (około 5–10 procent) i to nawet u osób poddanych leczeniu. Gdybyśmy wykrywali guzy na wczesnym etapie ich rozwoju, mielibyśmy zapewne większe szanse na wyleczenie. Te szanse by się zwiększyły jeszcze bardziej, jeśli mielibyśmy skuteczniejsze propozycje leczenia.

Nie zawsze jednak udaje się osiągnąć taki zysk, a przynajmniej nie zawsze w kraju, który inwestował w młodego człowieka. Wielokrotnie, szczególnie w kontekście lekarzy, pojawiają się zarzuty, że zostali wykształcenia za „nasze” pieniądze, a wyjeżdżają za granicę. Czasem się słyszy o pomysłach, by ileś lat po studiach obowiązkowo odpracowywali w Polsce. Ja się z tym zdecydowanie nie zgadzam. Ani ja, ani żaden lekarz nie jesteśmy niczyją własnością. Z niewolnika nie ma pracownika. Warto przypomnieć, że niektórzy wielcy naukowcy i artyści czuli się Polakami, ale pracowali za granicą, np. Maria Skłodowska-Curie, a teraz przecież jesteśmy z nich bardzo dumni.

Myślę, że zamiast dywagacji, kto ma co odrabiać po studiach, lepiej zapytać, dlaczego tracimy dobre umysły. Dlaczego z jednej strony inwestujemy w stypendia na etapie studenckim, a z drugiej nie umiemy zatrzymać tych ludzi w kraju. Sama nie przesądzam, że zostanę w ojczyźnie. Moje serce jest w Polsce i chciałabym, by to Polska była moją główną „bazą” działań naukowych. Moje myśli wędrują jednak nieraz za granicę, gdzie są lepsze rozwiązania systemowe dla osób, które chcą łączyć klinikę z badaniami naukowymi. Pewnie najlepiej byłoby zbierać doświadczenie za granicą i implementować je w Polsce. Są to jednak złożone sprawy.

Nauka a życie prywatne

Granty czy też szerzej nauka, badania, bycie lekarką bardzo wpływają na życie prywatne. Tak też jest w moim przypadku, życia prywatnego prawie nie mam. Na razie nie przeszkadza mi to bardzo, bo nauka to naprawdę moja pasja. W jakimś sensie świadomie godzę się na to. Czasem jednak zastanawiam się, czy nie za bardzo.

Jest jeszcze problem z odpoczynkiem. Coraz wyraźniej dostrzegam, że odpoczywać też trzeba umieć. Praca, która jest pasją, mocno angażuje. A przez to odpoczynek staje się poważnym wyzwaniem. U mnie działa to na takiej zasadzie, że nawet gdy nic nie robię, to z tyłu głowy pozostaje myśl, że mam coś do zrobienia. Balans między pracą a życiem prywatnym w przypadku naukowców i lekarzy jest bardzo trudny.

Badania to ciągłe wyzwania

Badania to nieustanne wyzwania. Jednym z nich jest konieczność dialogu między naukowcami z kompletnie różnych dziedzin. Najlepiej to zobrazować na przykładzie. Jeżeli pracuję nad nowoczesnym, małoinwazyjnym testem diagnostycznym guzów mózgu albo nad nowym sposobem ich leczenia, to konieczna jest umiejętność dialogu z innymi specjalistami. Z mojej (i nie tylko mojej) obserwacji wynika, że taki dialog sprawia trudności, szczególnie między lekarzami a naukowcami nauk podstawowych. Posługują się oni różnymi językami, mają odmienne spojrzenie na ten sam temat, nawet jeśli cel jest ten sam, np. nowa terapia dla chorych. Tu potrzeba otwartości i wzajemnego szacunku. Doświadczam piękna interdyscyplinarności, pracując z niektórymi naukowcami, i to daje mi siłę oraz radość, ale niestety miewam też negatywne doświadczenia. Wynikają one pewnie właśnie z braku otwartości na odmienną perspektywę. Sama staram się zachować szacunek do każdej dziedziny nauki, choć przyznam, że również czasami zastanawiam się nad sensem niektórych badań i perspektyw. Kiedyś ktoś mi powiedział – i myślę, że miał rację – że między lekarzami a naukowcami jest przepaść. Ja jednak myślę, że trzeba próbować budować mosty nad tą przepaścią.

Wiele wyzwań wynika z niedopasowania do systemu osób o szerokich perspektywach. Myślę, że najlepiej zobrazować to na sytuacji wziętej z życia. Studia na kierunku lekarskim przez ponad dwa lata łączyłam z pracą w dwóch prestiżowych grantach, w dwóch różnych instytucjach. Nie trzeba tłumaczyć, że ciągnięcie trzech dużych spraw w trzech różnych miejscach wymaga więcej wysiłku, niż gdybym wszystko robiła w jednym miejscu. Tymczasem w ocenie pewnego stypendium za udział w grantach dostałam zero punktów. Uzasadnienie? „Granty prestiżowe, ale niewykonywane na uczelni macierzystej”. Tak, brak punktów za tyle pracy badawczej w grantach z powodu zapisu, że muszą one być wykonywane w miejscu, gdzie się studiuje. Tymczasem tego typów grantów nie było na mojej uczelni. Czy to moja wina?

Proszę mi wierzyć, że sytuacje bywają absurdalne, niezwykle krzywdzące i niesprawiedliwe, a jeżeli ktoś nie ma silnego charakteru, to mogą złamać. Z drugiej strony mogą hartować ducha i umacniać charakter. W moim przypadku przeważnie jeśli ktoś mi podcina skrzydła, tym bardziej dostaję wiatru w żagle. Choć nie będę ukrywała, że i mnie niektóre sytuacje podłamują. Na szczęście (póki co) podłamują, ale nie załamują – i niech tak zostanie.

Wierność swoim wartościom i ideałom jest trudna, ale dla mnie ważne są słowa św. Jana Pawła II, które wyrażają sens moich zmagań: Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”. Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba «utrzymać» i «obronić», tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić – dla siebie i dla innych.

Ewelina Jałonicka
młoda lekarka i badaczka, od października br. rozpoczyna staż lekarski. Jest zaangażowana w interdyscyplinarne badania Wydziału Fizyki UW oraz Instytutu Chemii Fizycznej PAN. Jej głównym naukowym zainteresowaniem są nowe sposoby diagnostyki oraz leczenie guzów mózgu.

Opublikowano 20.11.2025

ZOBACZ RÓWNIEŻ

PIąty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.
Pierwsze spektakle Festiwalu Nowe Epifanie, warsztaty z higieny cyfrowej w ramach nowego projektu „Ciszej…” i wiele więcej. Co wybieracie z naszych lutowych propozycji?
Rozpoczynamy nabór do Chóru Centrum Myśli Jana Pawła II. Tym razem szczególnie zapraszamy głosy męskie.
Czwarty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.