Paradoks bliskości

Temat numeru

Otóż, dopiero utrata nadziei na pełną, niezakłóconą bliskość, dopiero wyjście z iluzji na swój własny temat i na temat innego… umożliwia realną bliskość.

W eseju z 1964 r. pod tytułem „Betrayal” („Zdrada”), jednym ze swoich najciekawszych i najbardziej prowokacyjnych tekstów, James Hillman –niepokorny uczeń C.G. Junga, twórca tzw. psychologii archetypowej, wymieniany wśród najwybitniejszych myślicieli psychoanalitycznych drugiej połowy XX wieku – postawił tezę, która do dzisiaj brzmi obrazoburczo. Odwołując się zarówno do swojego klinicznego doświadczenia, jak i do biblijnej opowieści o wypędzeniu z raju (oraz kilku innych przykładów), rzucił wyzwanie pewnemu niezwykle popularnemu mitowi kultury terapeutycznej. A mianowicie przekonaniu, że rodzicielska, romantyczna albo przyjacielska relacja może – a nawet powinna – stać się bezpiecznym azylem chroniącym nas przed najbardziej dotkliwymi aspektami istnienia. Strefą komfortu, pełnią szczęścia, bezpośrednią i radosną bliskością, w której trwamy w niezakłóconej symbiozie, na podobieństwo rajskiego bezczasu.

Posługując się swoją ulubioną metodą stawiania spraw na ostrzu noża, rozpatrywania problemów in extremis, żeby wydobyć na powierzchnię ich istotę, często na co dzień niewidoczną, ujawniającą się we właściwej postaci dopiero w kryzysie czy załamaniu – Hillman uznał, że doświadczenie zdrady i utraty jest… niezbędnym etapem nie tylko rozwoju psychologicznego, ale także moralnego. Jest warunkiem koniecznym wyjścia z błogiej iluzji, z fałszywej idealizacji – zarówno siebie, jak i innych. Jest także warunkiem koniecznym uświadomienia sobie zarówno własnej, jak i cudzej ciemnej strony. Zarówno własnej, jak i cudzej dyspozycji do zła, oszustwa, niejednoznaczności i kłamstwa. Zarówno własnej, jak i cudzej grzeszności.

Nie jest to jednak wcale przewrotna myśl w stylu Blake’owskiej „drogi nadmiaru” prowadzącej do „pałacu mądrości”. Hillman nie rekomenduje zdrady czy sprzeniewierzania się cudzemu zaufaniu, nie twierdzi też, że kto tego nie przeżył na własnej skórze, ten nie poznał dogłębnie, na czym polega „prawdziwe życie”. Zwraca jedynie uwagę na niebezpieczeństwo ulegania modnym złudzeniom – zresztą dziś propagowanym znacznie bardziej niż w latach 60. ubiegłego stulecia, kiedy ukazał się wzmiankowany esej – przez liczne nurty pop i quasi-terapeutyczne, a także rozmaite odmiany nowych duchowości, jak „budzenie kundalini”, „warsztaty tantry” etc. Słodka symbioza, doskonała unia, wszechobejmująca niezakłócona miłość, intymność bez barier, pełne połączenie – wszystkie te i podobne obietnice okazują się w tej perspektywie pozbawione pokrycia. To fikcje o wyjątkowo uwodzicielskiej mocy, w ostateczności prowadze na manowce zamiast do faktycznej, głębinowej bliskości. A to dlatego, że z tak zaprojektowanego uniwersum kompletnie znika ciemny, niepokojący aspekt ludzkiej natury (i świata), który w sposób niezwykle precyzyjny opisany został nie tylko u Hillmana, ale przede wszystkim w tradycji chrześcijańskiej.

Skrupulatność, ostrożność, ale i szczególny nacisk na formę, strukturę, zewnętrzny układ odniesienia, obecne w chrześcijańskim myśleniu o relacjach międzyludzkich, mogą z perspektywy popterapeutycznej beztroski i idealizmu jawić się jako niepotrzebna opresja czy balast. Mogą sprawiać wrażenie tyleż absurdalnych, co kompletnie niepotrzebnych zakazów i nakazów – zwłaszcza w świetle dzisiejszych norm i wartości. Tymczasem ich sens dotyka w gruncie rzeczy dokładnie tego samego, na co zwraca uwagę Hillman (zresztą myśliciel całkiem niechrześcijański) – skomplikowanej i niejednoznacznej ludzkiej natury. W języku chrześcijaństwa powiedzieć by można: skażonej grzechem pierworodnym, podatnej na grzech aktualny.

Dochodzimy tu zatem do szczególnego paradoksu. Nic w tym dziwnego, ostatecznie takie tylko ujęcie jest w stanie adekwatnie ująć paradoksalną rzeczywistość. Otóż, dopiero utrata nadziei na pełną, niezakłóconą bliskość, dopiero wyjście z iluzji na swój własny temat i na temat innego… umożliwia realną bliskość. Niedoskonałą, niepełną, podlegającą zakłóceniom i oscylacjom, obfitą w nieporozumienia, w zranienia zadawane i otrzymywane. Ale realną, prawdziwą. Kto więc pragnie pełnej bliskości, bez dysonansów, bez krzywdy i straty – doświadczanej i powodowanej – ten ją straci, kto zaś gotów jest na straty, bo rozumie ich nieuchronność, kto świadom jest własnej słabości i podwójności, ten dostanie szansę na faktyczną bliskość. Ów paradoks przywodzi na myśl ewangeliczne dictum: „kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto stracie swe życie z mego powodu, zachowa je” (Łk 9,24). Jest w tych chrześcijańskich paradoksach fundamentalny realizm, pozbawione złudzeń rozpoznanie praw rządzących ludzką duszą, psychologia głębsza niż w niejednym uczonym traktacie, niejednym doskonale udokumentowanym protokole z jakichś rozległych empirycznych badań.

Tomasz Stawiszyński
Filozof, eseista, autor książek „Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii”, „Co robić przed końcem świata”, „Powrót fatum”.

Opublikowano 03.09.2025

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Czwarty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.
Nowy odcinek „Słuchając drogi”! „Ludzie zachowują się lepiej, kiedy czują się lepiej – mówi Magdalena Wasilewska, psycholożka i trenerka pozytywnej dyscypliny.
Trzeci odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.
Możecie już kupić bilety na 17. edycję Festiwalu Nowe Epifanie oraz 2. edycję Rodzinnych Nowych Epifanii.

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.