Wszystko zaczęło się w poczekalni studia telewizyjnego, od przypadkowego spotkania Tomasza Stawiszyńskiego z astrolożką, zakonnikiem i naukowcem. Wtedy nie udało się im nawiązać rozmowy, ale w głowie filozofa zrodził się pomysł na książkę. I tak powstał jego najnowszy esej „Powrót fatum”.
Na stronach wydanej przez Znak książki autor prowadzi niebywale wciągający i inspirujący dialog z nauką, ezoteryką, okultyzmem, gnozą oraz chrześcijaństwem. To jest pierwszy wymiar tej książki. Ale jak przystało na dzieło dobrego filozofa, niejedyny. Drugim jest próba odpowiedzi na pytanie, co dalej z naszą duchowością w czasach rewolucji informatycznej. Trzecim, równie ważnym jak poprzednie, jest wymiar osobisty – opowieść autora o swojej drodze otwierania się na Tajemnicę. To wszystko spowodowało, że najnowszą książkę Stawiszyńskiego czytałem niemal z wypiekami na twarzy, a ołówek, który miałem w pogotowiu, żeby robić notatki, cały czas pracował.
Czy zupa ma sens?
Pierwsza część książki poświęcona jest rozmowie z tymi, którzy patrzą na świat przez okulary nauki. Na początku postawione zostaje fundamentalne pytanie o źródła życia na ziemi – tego „zapłonu w zupie pierwotnej”, które zmieniło świat. Odpowiedź, jaką na takie pytanie dają niektórzy naukowcy i naukowczynie, można by streścić tak: „Życie nie ma żadnego innego nadrzędnego celu poza samym życiem. Nie służy niczemu prócz sobie. Nie kieruje się ku niczemu innemu niż ono samo. Nie zmierza też w żadną ściśle określoną stronę, jego trajektorię wyznaczają kolejne poruszenia wielkiej, kosmicznej maszyny losującej”. Taka odpowiedź Stawiszyńskiego nie satysfakcjonuje.
Jego zdaniem część naukowców „zdejmuje” ze swojej pracy ciężar metafizycznych pytań, jakie rodzą ich odkrycia, oraz zbyt pochopnie stawia znak równości pomiędzy myśleniem magicznym a myśleniem religijnym. Część z nich, jak przywoływany w eseju Richard Dawkins, z pogardą zadaje pytanie „Ale czy ty naprawdę w to wszystko wierzysz, w te teologiczne bzdury?”. Niezadowolenie z takich postaw jest energią, która popycha autora do szukania bardziej satysfakcjonującej odpowiedzi. Takiej odpowiedzi, która uwzględnia głębszy wymiar rzeczywistości, a nie zadowala się „racjonalnym, świeckim humanizmem”.
Ten odcinek drogi, w której Stawiszyński przygląda się napięciu pomiędzy wiedzą a wiarą, jest niezwykle ciekawy i skupia jak w soczewce sposób myślenia autora. Stawiszyński nie boi się konsekwentnie prowadzić swojego wywodu i ma odwagę wchodzić w obszary spoza tradycji intelektualnych, z których wyrósł. Wrażliwość na prawdę, uczciwość oraz próba zrozumienia drugiej strony są czymś, co w myśleniu Stawiszyńskiego bardzo lubię.
Jak pisze Stawiszyński, „nauka – choć jest najdoskonalszą metodą poznawania rzeczywistości – nie obejmuje, bo objąć nie może z uwagi właśnie na swój perfekcjonizm i rzetelność, pola, które rozciąga się poza obszarem naukowego poznania, poza granicami ludzkiej racjonalności i ludzkich zmysłów. Pola tajemnicy. Okoliczność jednak, że nauka go nie obejmuje, nie oznacza, że ono nie istnieje. Nie oznacza również oczywiście, że należy przyjąć wszystko, co na jego temat ma do powiedzenia religia. Nic podobnego. Wystarczy po prostu uznać, że ono jest”.
W tym kontekście przywołuje amerykańskiego filozofa Thomasa Nagela. Dla Nagela ważne jest przekroczenie przypadkowości, a zatem uporanie się z uwierającą myślą, że przygodność jest stanem światu i życiu przynależnym. I że nic, poza niesłychanie rozwiniętą wyobraźnią, nie jest w stanie osłonić człowieka przed konsekwencjami tej przygodności. W swoich pracach stara się opisać wszechświat, który nie jest jednym z wielu możliwych wariantów wszechświatów, przypadkiem zrealizowanym. Przeciwnie, wszechświat jest dla Nagela w jakiś sposób niezbędny, zatem i my mamy w nim swoje niezbywalne miejsce. Nagel proponuje nam zmianę perspektywy. A co – pyta – gdyby założyć, że to wszystko nie jest bez sensu, a świadomość nie pojawiła się przy okazji, lecz stanowi ośrodkowy fenomen wszechświata? W tej perspektywie, jak pisze Stawiszyński, „coś znaczymy, stanowimy ogniwo w potężniejszym od nas, mającym własne cele i szlaki łańcuchu istnienia, łańcuchu sensu”.
Nieuwzględnienie owego pola tajemnicy, zanegowanie sensu i telosu powoduje, że nauka staje się hermetyczna i odrywa się od ludzi. Może stać się ideologią, zamiast być fascynującą podróżą do źródeł życia.
Znikające kontury
Jest to szczególnie niebezpieczne w XXI wieku, czasie niebywałego skoku technologicznego, kiedy przestajemy rozumieć technologię, której używamy – mechanizmy, wedle których działa sztuczna inteligencja i samouczące się sieci, są dla nas wszak niejasne. Co więcej, używamy tej technologii w służbie dezinformacji. Godzimy się na to, by za jej pomocą generować sztuczną rzeczywistość, nieodróżnialną od tego, co rzeczywiste, by tak rzec, prawdziwe.
Proces wycofywania się z zakorzenienia w rzeczywistości, który nabrał turboprędkości wraz z rewolucją technologiczną, jest jednym z głównych wątków części eseju (dla mnie jednej z najciekawszych), w której autor przygląda się tak zwanej sztucznej inteligencji.
Piszę „tak zwanej”, bo przekonuje mnie przywołane przez Stawiszyńskiego twierdzenie Noama Chomsky’ego, że powinniśmy mówić o dużych modelach językowych, a nie o żadnej inteligencji. Mamy bowiem do czynienia z udoskonaloną maszyną licząco-losującą. Inteligencja zakłada zdolność rozumienia, a żeby rozumienie mogło zachodzić, musi – po pierwsze istnieć podmiot, który rozumie, a po drugie – musi istnieć jakiś obraz świata, do którego ów podmiot się odnosi. Tymczasem sztuczna inteligencja wyłącznie rachuje, przetwarza, kompiluje, zestawia, testuje… ale nie rozumie. Generuje jedynie poprawnie skonstruowane zdania, wypowiedzi i teksty, obliczając, jakie słowo powinno pojawić się w danym układzie słów jako następne zgodnie z regułami prawdopodobieństwa.
Jak zauważa Stawiszyński, właśnie z tego powodu modele językowe kłamią bez najmniejszych zahamowań. Nie dla satysfakcji albo korzyści, lecz dlatego, że nie operują punktem odniesienia w postaci rzeczywistości. Nie znają zatem w ogóle – bo i znać nie mogą – pojęcia prawdy.
Ale jest jeszcze jedna sprawa. Stawiszyński, za Chomskym, zwraca uwagę, że inteligencja zakłada zdolność do myślenia w kategoriach moralnych. Potrafi opisywać nie tylko, jak jest i dlaczego tak jest, lecz także jak powinno być. A tego modele językowe nie potrafią.
Podsumowując, ze sztuczną inteligencją nie mamy jeszcze do czynienia. Mamy do czynienia z mechanizmem, który pod inteligencję się skutecznie podszywa. Chodzi wszak o wywołanie iluzji rozmowy z kimś po drugiej stronie, gdy tymczasem tam nikogo nie ma. Jest tylko struktura składniowa, są słowa ustawione jedne po drugich tak, żeby wygenerować wrażenie wypowiadającego się podmiotu, który tak naprawdę nie istnieje. To złudzenie rozmowy jest niebywale niebezpieczne, bo powoduje, że rzeczywistość zaczyna niepostrzeżenie tracić kontury.
Pytanie, które w tym miejscu stawia autor, jest dla mnie jednym z kluczowych w tej książce: jak w dobie coraz doskonalszych form „sztucznej inteligencji” będziemy uczyć się relacji międzyludzkich?
Fatum wraca na scenę
Dezorientacja związana z szaleńczym tempem rozwoju branży technologicznej powoduje, że obszar nieznanego, nienazwanego wciąż się powiększa. Jak zauważa Stawiszyński, i trudno się z nim nie zgodzić, rzeczywistość coraz bardziej zaczyna przypominać domenę dawnego, przedchrześcijańskiego fatum.
Jest to konsekwencja coraz powszechniejszego używania sztucznej inteligencji w takich obszarach życia publicznego jak wymiar sprawiedliwości, ochrona zdrowia czy przyznawanie kredytów. Coraz więcej naszej rzeczywistości oddajemy algorytmom, których działania nie rozumiemy, i co jeszcze ważniejsze, których nie rozumieją do końca ich twórcy.
Jest to sytuacja naznaczona silnym paradoksem. Z jednej bowiem strony, jak zauważa Stawiszyński, nauka i zbudowany na niej światopogląd rysuje przed nami obraz świata, posługując się takimi kategoriami jak bezwładność, przypadkowość, przygodność, zupa pierwotna, w której czysto akcydentalnie coś się z czymś, u zarania dziejów, połączyło i dotąd trwa, zmieniając się i adaptując w nieskończoność. A z drugiej strony – wszystko, co się wydarza, podlegać zaczyna coraz bardziej skrupulatnej buchalterii. Coraz wyraźniejsza i coraz bardziej rozległa staje się podległość nieprzeniknionym wirtualnym mocom.
Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku wydawało się, że za moment rzeczywistość nie będzie miała przed nami żadnych tajemnic. Że postęp nauki, technologii oraz idącej z nimi w parze demokracji będzie prowadził nas – pokolenie za pokoleniem – do coraz głębszego, jaśniejszego i doskonalszego rozumienia rzeczywistości. Że odrzucenie dawnych mitów – w tym przede wszystkim chrześcijaństwa – dostarczać nam będzie coraz więcej, tak wytęsknionej, wolności.
Rzeczywistość okazał się zgoła inna. „(…) mgła wokół gęstnieje, a świat staje się coraz bardziej nieprzenikniony. Technologia mająca prowadzić nas do coraz większej emancypacji wytwarza zupełnie nowe formy zniewolenia, przed którymi, przynajmniej na razie, nie potrafimy się bronić. Nie rozumiemy bowiem, na czym właściwie polega zagrożenie, nie rozumiemy ani jego natury, ani jego skali. Rozumiemy tylko, a może raczej przeczuwamy, że wbrew oczekiwaniom i zapowiedziom, wbrew także wciąż jeszcze dominującej, wolnościowej, samostanowiącej retoryce, zakres naszego realnego sprawstwa systematycznie się zawęża. (…) Zostawia się nas na łasce technologicznych, ekonomicznych i politycznych mocy, które stają się – zgodnie ze słynnym powiedzeniem Arthura C. Clarke’a – praktycznie nieodróżnialne od mocy boskich, kosmicznych czy magicznych”.
W takiej sytuacji trudno się dziwić, że ludzie coraz częściej sięgają po ezoterykę, astrologię i magię. Dostarczają one środków, dzięki którym nasze doświadczenie może się stać na powrót choćby odrobinę bardziej zrozumiałe. Dlatego kolejna część podróży, w którą zabiera nas Tomasz Stawiszyński, jest poświęcona właśnie dialogowi z ludźmi, którzy na świat patrzą przez okulary wiedzy tajemnej. A że i sam autor był związany z tym środowiskiem, to w tej części jest dużo wątków osobistych i autobiograficznych.
Na tym odcinku podróży często będziemy spotykać takie słowa jak; mit, zbawienie, odnowa, astrologia, szept bogów, okultyzm, samopoznanie itd. Słowa te są jednak tylko maską, za którą majaczy, przeraźliwa, zimna, nieczuła pustka. Pustka i samotność, która paraliżuje. To doświadczenie zdecydowało o tym, że autor rozpoczął proces opuszczania tego środowiska.
Warte odnotowania jest to, że w tej części autor również jest daleki od potępiania i wydawania wyroków. Próbuje zrozumieć drugą stronę i może dzięki temu udaje mu się zaobserwować bardzo ciekawą rzecz: w coraz większym powodzeniu horoskopów dostrzega reakcję na jedną z podstawowych potrzeb człowieka, jaką jest bycie zauważonym. I nie chodzi tutaj o zaspokojenie narcystycznej potrzeby klasy średniej.
Głębokiemu lękowi przed przypadkowością i przed byciem niezauważonym towarzyszy rozwój gnostycyzmu, czyli religii, która cały świat traktuje jako jedno wielkie więzienie zarządzane ruchem planet, nadzorowane przez przerażającego demiurga. Z drugiej strony ów lęk zaowocował rozkwitem i wielką popularnością astrologii oraz rozmaitych innych sztuk mantycznych. Jak zauważa Tomasz Stawiszyński, „Te alternatywy okazywały się tak atrakcyjne być może właśnie dlatego, że fatum jawi się człowiekowi jako lepsza opcja niż przypadek i chaos”.
Tę część podróży kończymy z kolejnym ważnym pytaniem, jakie stawia filozof. Kiedyś istotną odpowiedź na fatalizm i determinizm gnozy czy astrologii przynosiło chrześcijaństwo. „Wskazywało ścieżkę prowadzącą na zewnątrz tego dylematu: chaos albo determinizm (…)”. Czy jednak po dwóch tysiącach lat ta odpowiedź jest jeszcze jakkolwiek ważna? Czy ten głos jest jeszcze słyszalny?
Czy za kotarą jest Ktoś, kto kocha?
Na tym etapie podróży, jakim jest dialog Tomasza Stawiszyńskiego z chrześcijaństwem, słowem kluczem jest nadzieja. Punktem wyjścia do refleksji jest osobiste doświadczenie kruchości ludzkiego życia, które stanowiło dla Stawiszyńskiego przebudzenie. Zrozumiał, że bycie wyznawcą Carla Gustava Junga (jak pisze o sobie Stawiszyński) nie nasyca i nie daje prawdziwego pokoju. „(…) w jednej chwili, wszystkie te gnostycko-jungowskie idee zdały się mi głęboko odpychające”.
Na kolejnych stronach Stawiszyński opisuje dosyć popularne argumenty na rzecz chrześcijaństwa: że bez idei stwórcy czy w ogóle jakieś wyższej inteligencji świat staje się miejscem trudnym do zniesienia, że ponieważ pragniemy Boga, to oznacza, że On jest, oraz że ponieważ jest moralność, to znaczy, że jest Ktoś, kto ją w nas wmontował i dba o sprawiedliwość. Wszystkie te argumenty go nie przekonywały i chyba wciąż nie przekonują, „Nie zmienia to jednak faktu, że w tym jednym momencie, kiedy żegnałem się z życiem, chrześcijański Bóg wydał mi się upragnioną alternatywą”.
Autor ma świadomość, że jego historia może być odczytana jako doskonały przykład postawy „jak trwoga, to do Boga”, ale wartością tej książki jest to, że autor zagląda pod powierzchnię swojego doświadczenia. To, co tam zobaczył i czym się dzieli z czytelnikami, jest dla mnie bardzo ciekawe.
Kluczem do zrozumienia swojego doświadczenia (a myślę, że także doświadczenia wielu z nas), jaki proponuje Stawiszyński, jest zadanie sobie pytania o źródło wszystkiego. Odpowiedź, jakiej udziela chrześcijaństwo – że źródłem jest światło i dobro oraz osoba – ma ogromną siłę przyciągania. „U podstaw istnienia, gdzieś w najdalszych jego sferach, najciemniejszych otchłaniach lęku, cierpienia, samotności i poczucia bezsensu, spotykamy nie tyle zagadkowe, metafizyczne źródło świata, lecz nade wszystko Kogoś. Jakieś »Ty«. Nie Abraxasa, nie wszechbyt, pustkę, pełnię, archetyp Jaźni czy cokolwiek innego, lecz właśnie Kogoś, kto tam gdzieś jest. Najdalej, ale i zarazem najbliżej, jak to tylko jest możliwe”.
Ponieważ jednak Tomasz Stawiszyński jest filozofem dosyć mocno osadzonym w rzeczywistości społecznej, to z jednej strony widzi rewolucyjny wymiar chrześcijaństwa z ideą kochającego Boga, osobowego źródła wszystkiego, który dobrowolnie staje się człowiekiem, a następnie jako niewinna ofiara umiera na krzyżu i zmartwychwstaje, powołując do istnienia Kościół, a z drugiej strony widzi, co się z tym Kościołem dzieje, czyta Chantal Delsol i zadaje sobie i nam pytania: co oznacza, że świat chrześcijański się kończy, czy faktycznie się kończy, a także – jakie są aktualne oraz możliwe konsekwencje tego zjawiska?
Z odpowiedzi, jakie proponuje nam Stawiszyński, mnie osobiście szczególnie mocno zainteresowało zwrócenie się do wartości, jaką jest nadzieja sedno i substancja chrześcijaństwa. Potęga nadziei, „mocniejszej niż cierpienia niewoli”, mocniejszej niż wszelkie lęki, niepewności, rozpacze, smutki, straty, żale, bo mocniejsza niż śmierć, bywała i do dzisiaj bywa niedoceniana przez przeciwników chrześcijaństwa, ludzi mu nieprzychylnych albo też wobec niego obojętnych. Stawiszyński nie ma wątpliwości, że to błąd. Nadzieja bowiem ma ogromną moc wyzwolenia człowieka z niewoli lęku i życia bez sensu. „(…) chrześcijaństwo stanowi skarbnicę głębinowej antropologii, a zarazem symboliczny układ odniesienia, w który daje się wpisać zarówno życie jednostkowe, jak i zbiorowe. Dziedzictwo jego kultury zawiera w sobie jestem o tym przekonany – więcej tego, co wartościowe, niż tego, co straszne, szkodliwe i bezużyteczne. Przede wszystkim zaś – jest to niewyczerpane źródło pocieszenia. Nowiny, która zwłaszcza dzisiaj i przynajmniej dla części z nas może znów zabrzmieć atrakcyjnie”.
Tomasz Stawiszyński
Powrót fatum, Znak Literanova, 2024 r.
MARCIN NOWAK
Menadżer kultury, socjolog, publicysta, autor podcastów CMJP2 „Słuchając drogi”.
Przeczytaj cały numer