Przez chwilę pomówmy językiem, jakiego używają ze sobą handlarze. Nie ci wielcy, nieskończenie kreatywni w dziedzinie księgowości, excelowi czarodzieje, potrzebujący byle jakiego punktu oparcia, żeby unieść ziemię przy pomocy finansowych dźwigni. Rozmawiajmy ze sobą jak drobni sklepikarze, którym obce są wszystkie te sztuczki. Ich świat jest prosty, podzielony symetrycznie na pół, na dwie tabele: „winien” i „ma”. O Odkupieniu, jak o każdej tajemnicy, najlepiej mówić prosto albo milczeć.
Adam poniósł stratę. Źle zainwestował. Sprzeniewierzył, jak nieuczciwy księgowy, nie jakąś tam sobie mniejszą czy większą kwotę, nawet nie żelazny kapitał. Sprzeniewierzył się – siebie samego sprzedał w niewolę. Miał w rękach, przed oczami i pod stopami Raj. Nie tylko stracił to, co miał, ale zaciągnął też dług, którego ani on, ani żaden z jego synów, ani synów ich synów nie był w stanie spłacić. Żaden człowiek, najdoskonalszy asceta, najbardziej subtelny filozof, nie był wart tyle, żeby położony na drugiej szali zrównoważył tamtą stratę.
Dopiero Bóg musiał stać się człowiekiem. „Ważyć” tyle co Stwórca, „mieć wartość” Absolutu, a jednocześnie kruchość człowieka, jego „ranliwość”, zdolność odczuwania bólu i cierpienia. Być równocześnie spłatą długu i dłużnikiem. Boską wartością „wypłaconą” w ludzkiej naturze.
I w tym miejscu kończy się ziemska, a zaczyna Boska ekonomia. Bo przecież wystarczyło zrobić cokolwiek. Wykonać gest równie nieznaczący co zerwanie jabłka z drzewa. Chrystus mógłby się skaleczyć, a nie zostać zamęczony na śmierć. Przelać jedną kroplę, a nie całą krew. Ale tamten dług stał się okazją dla wierzyciela, żeby obdarować swego dłużnika. Odkupienie to zawrót głowy sklepikarza. Do pewnego momentu wszystko się zgadzało, przebiegało zgodnie ze znanym schematem. Straty były równoważone przez zyski. Ale Odkupienie sprawia, że liczby zaczynają tańczyć, układają się w nuty niebiańskich hymnów. Strata staje się pretekstem do rozlania łaski.
Może byłby w stanie to pojąć niezdarny Chińczyk z czasów dynastii Ming, któremu cenniejsza od jego życia porcelanowa waza wysunęła się z rąk i popękała na dziesiątki, setki mniejszych części. Wiedział, że nie ma co udawać, że nic się nie stało – należy raczej przelicytować tamtą niezgrabność. I zamiast skleić wazę jakby nigdy nic klejem, wpadł na pomysł, by podkreślić wszystkie linie pęknięcia złotem. Tę metodę udoskonalili później Japończycy, nadając jej nazwę „kintsugi” – „złote łączenie”.
Przedmiot, który po naprawie staje się dużo cenniejszy niż przed zepsuciem, bo użyto do niej najcenniejszego z dostępnych materiałów – tym jest właśnie natura ludzka po odkupieniu. Do tego stopnia, że wydarzenie, które ją rozbiło, doprowadziło do zepsucia, określane jest odtąd mianem „szczęśliwej winy”. Winy odkupionej, pęknięcia sklejonego nie złotem, tylko krwią Boga.
Pod dwoma drzewami
Człowiek może zapomnieć o Odkupieniu (tak jak można zgubić kupon na loterię wart miliony), ale nie jest w stanie stracić sprzed oczu tamtej straty, pierwszej (wówczas niespecjalnie szczęśliwej) winy. Odkupienie jest jak spadek – można je odrzucić. Z grzechem pierwszego rodzica każdy przychodzi na świat, nikt się z nami w tej sprawie nie konsultuje. Tamten cień, tak czy inaczej, pada na nas i na nasze oczy. I nie ma chyba większej pokusy niż myśl, że zdoła się go przegnać samemu. Jak baron Münchhausen samego siebie wyciągnął za włosy z jeziora – podobnie nowoczesny człowiek (od tego gestu powinniśmy zacząć liczyć czas trwania nowoczesności) będzie próbował odkupić samego siebie. Zmazać tamtą winę własnymi rękami.
Wystarczy pomyśleć, że poza tym utraconym i darowanym są jeszcze jakieś inne Raje. Te, które dopiero czekają na to, by je stworzyć. Wystarczy poczuć się upokorzonym przez to, że najcenniejsze, co miałoby wpaść w nasze ręce, w żaden sposób się nam nie należy. Odczuć łaskę jako zranienie, cios zadany ludzkiej dumie.
Tradycja apokryficzna umiejscawia Golgotę w samym centrum utraconego Raju, dokładnie tam, gdzie kiedyś rosło drzewo poznania. Drzewo krzyża miało wyrastać z tych samych co ono korzeni. I w tym sensie ludzkoś?, chc?c tego czy nie, kr??y wok?? Golgoty. Wybiera tylko mi?dzy drzewami, pod kt?re tam przychodzi. Po wiedz? krzy?a czy poznanie dobrego i?z?ego. Jeste?my rozpi?ci mi?dzy odkupieniem a?samozbawieniem. Dwa sta?e l?dy, mi?dzy nimi przepa?? Upadku. Nad ni? most, a?na?nim ja, gdzie? po?rodku. Dwa kroki w?jedn? stron?, trzy ? w?przeciwn?. Na co? trzeba si? b?dzie jednak w?ko?cu zdecydowa?, most nie jest wieczny. Miar? jego trwania jest jakie? siedemdziesi?t lat. Osiemdziesi?t, je?li jest szczeg?lnie mocny.
ć, chcąc tego czy nie, krąży wokół Golgoty. Wybiera tylko między drzewami, pod które tam przychodzi. Po wiedzę krzyża czy poznanie dobrego i złego. Jesteśmy rozpięci między odkupieniem a samozbawieniem. Dwa stałe lądy, między nimi przepaść Upadku. Nad nią most, a na nim ja, gdzieś pośrodku. Dwa kroki w jedną stronę, trzy – w przeciwną. Na coś trzeba się będzie jednak w końcu zdecydować, most nie jest wieczny. Miarą jego trwania jest jakieś siedemdziesiąt lat. Osiemdziesiąt, jeśli jest szczególnie mocny.
Król czy korona
„Do królestwa człowieka, które opiera się na naukach, nie inna prowadziła droga niż do królestwa niebieskiego, do którego nikt nie może wejść, jeśli nie stanie się jako małe dziecię” – pisał w dziele Novum Organum Francis Bacon, człowiek, któremu winniśmy wdzięczność za każdym razem, kiedy tylko podejmujemy poważniejszą próbę zrozumienia dzisiejszego świata. Bo chociaż on sam żył na przełomie XVI i XVII wieku, to czytanie jego słów jest jak zapoznawanie się z instrukcją obsługi współczesności. Właśnie z tego powodu – że nazywał pewne sprawy jako pierwszy – mógł (nawet musiał) mówić wprost. Różnica między nim a współczesnymi myślicielami jest mniej więcej taka jak między odkrywcą nowego lądu a ludźmi, którzy już się na nim urodzili. Ten pierwszy rejestruje każdy fakt jak odkrycie. Kamień, wzgórze, las – wszystko jest nowe i fascynujące. Każda rzecz wymaga zauważenia i nazwania po imieniu. Ten, kto wydeptuje ścieżkę, zna ją bez porównania lepiej niż ci, którzy po prostu się nią przechadzają.
To Bacon rozpoczął projekt naprawy Upadku człowieka poprzez technikę. Tak jakby natura ludzka była skomplikowaną maszynerią, a pierwszy grzech techniczną usterką. Czymś, co przy odpowiednim postępie wiedzy uda się wreszcie rozgryźć i naprawić. Zastąpienie łaski przez technologię zakładało jeszcze jedną, wcześniejszą w porządku wynikania zmianę. Czym innym musiała się stać sama wiedza. Nie służyła ona już do kontemplacji, poznania rzeczywistości dla niej samej, głębszego jej zrozumienia. Zaczęła się równać władzy.
Jeżeli bowiem człowiek chce odkupić samego siebie, wyciągnąć się za włosy z bagna Upadku, to choćby jeszcze nie był gotowy się do tego przyznać – ma zamiar zastąpić Boga. I ten pierwszy zamiar, „samozbawcza” ambicja, pociąga za sobą żądanie uzyskania kolejnych przymiotów Absolutu. Apetyt na boskość rośnie w miarę jedzenia. Najpierw odkupiciel, potem wszechwiedzący, wreszcie wszechwładny.
Bacon twierdził, że Upadek oznaczał nie tylko wygnanie z Raju, ale przede wszystkim to, że świat wokół nas tym właśnie Rajem przestał być. Że przyroda przestała być człowiekowi posłuszna, nie była już dłużej jego własnością. Bacon tęsknił (a tęsknotę tę dziedziczyli po nim kolejni) nie tyle do przechadzek z Bogiem wśród rajskich barw i zapachów, ile do tych chwil, w których pierwszy człowiek nadawał imiona każdemu ze zwierząt i zjawisk. I jako ten, który nazywał, brał je w posiadanie, sprawował nad nimi kontrolę. Bacon chciał tę władzę odzyskać.
Prawdziwym celem poznania jest jego zdaniem „przywrócenie i ponowne nadanie człowiekowi suwerenności i władzy, jaką posiadał w stanie pierwotnym, w którym został stworzony”. W czasach, kiedy zapisuje on te słowa, idea suwerenności monarchy dopiero co zastąpiła wspólne, europejskie marzenie o Christianitas. Człowiek ma być dla przyrody tym, czym król dla państwa. Suwerenem.
Już nie koroną stworzenia, tylko jego królem. To jedno z najważniejszych przesunięć, ruchów tektonicznych zachodniej wyobraźni. Jako jego korona był silny jego siłą. I słaby – jego słabościami. Korona znajduje się na szczycie, ale wciąż na prawach części jednej całości. Król stworzenia, suweren, jest na zewnątrz. Nikomu nie podlega, od niczego nie zależy. I to z tej niezależności czerpie własną godność człowiek, władca świata.
Zanim pojawiła się idea naprawienia Upadku przez naukowy i techniczny postęp, człowiek i przyroda płynęli w tej samej szalupie. Byli współrozbitkami ocalonymi z tej samej katastrofy. Mieli sobie nawzajem coś do powiedzenia, potrafili się w siebie nawzajem wsłuchiwać. Z czułością i zrozumieniem, jakie winni są sobie niosący na barkach to samo brzemię, konsekwencje Upadku. To dlatego Sokrates mówi w Fajdrosie: „Dawniej ludzie nie byli tacy mądrzy, jak wy, młodzi, w prostocie ducha umieli i dębu, i głazu posłuchać, byleby tylko prawdę mówił”.
I podobnie „podmiotem Odkupienia” był nie tylko człowiek, ale i przyroda. W momencie śmierci Chrystusa na krzyżu coś się w niej zmieniło, zaczął się jakiś nieznany wcześniej proces. Ten, który święty Paweł w Liście do Rzymian nazywa „bólami porodowymi”.
„Wiemy, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując przybrania za synów – odkupienia naszego ciała. W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni”. Dzielimy ze sobą skutki tej samej katastrofy, więc dlaczego misja ratunkowa miałaby przybyć tylko po człowieka, a świat, wszystko, co wokół nas, pozostawić same sobie, na pastwę konsekwencji Upadku? Odzyskany Raj nie będzie się mieścił gdzieś w zaświatach, w innym wymiarze. Urodzą go, wydadzą z siebie już istniejące skwery i ogrody. Obecnie trwa po prostu któryś z „dziewięciu miesięcy” historii stworzenia. Przyjdzie na świat w bólu i krzyku, nie obejdzie się też pewnie bez rozlewu krwi. Ale to będzie dopiero początek.
Człowiek, który nie chce już zostać Odkupiony, w inny sposób patrzy nie tylko w kierunku Nieba, ale też wokół siebie. Przyroda staje się terenem podboju, czymś niemym i głuchym. Nie mamy ze sobą o czym rozmawiać. Stworzenie może sobie jęczeć, ważne tylko, żeby wykonywało nasze rozkazy. Świat odczarowany staje się światem eksploatowanym.
Wstyd suwerena
Trzymając się porównania z pękniętą wazą – nowoczesny człowiek nie chciał się już bawić w jej sklejanie, pokrywanie pęknięć złotem boskiej łaski. Postanowił stworzyć wazę z jakiegoś ultratrwałego, nietłukącego się materiału: aluminium, stali czy karbonu. Ulepszyć, naprawić człowieka oznaczało stworzyć go na nowo. Idee Bacona i transhumanizmu w historii świata dzieli kilka ładnych stuleci, ale w porządku myśli są sobie dużo bliższe. Dzieli je tylko jeden etap. Uczucie wstydu.
Człowiek, który szykuje się do „skoku na doskonałość”, jak dotąd – rozumie się samo przez się – jeszcze jej nie osiągnął. A zdążył już odsunąć na bok propozycję Odkupienia. Żyje więc w ścisłej bliskości ze świadomością własnej ułomności. Odczuwa Upadek każdego dnia; dręczy go on jak nierozwiązane równanie. Nie może przestać o nim myśleć, jak garbus o tym, co nosi na grzbiecie. Im dalej posunął się w planowaniu własnej doskonałości, im dokładniej ją sobie zwizualizował, tym głębiej wstydzi się tego, czym jest teraz. Ciała, skończoności, własnych ograniczeń.
A jednocześnie przyroda, z której się wyłączył i którą próbował sobie podporządkować, przyszykowała już na niego pułapkę. Dopóki był jej częścią, koroną, dopóty pozostawaliśmy ze sobą w zgodzie. Ale króla bardzo mało dzieli od wyrzutka. Uzurpatora od wygnańca.
Julian Huxley, dwudziestowieczny filozof, twórca terminu „posthumanizm”:
Jedyne znaczenie, jakie możemy dołączyć do miejsca człowieka w przyrodzie, jest takie, że chcąc nie chcąc jest on włączony w gigantyczny eksperyment ewolucji, poprzez którą życie może osiągnąć nowe poziomy realizacji i doświadczenia.
Od suwerena do efemerydy – tak powinien brzmieć podtytuł „Historii nowoczesnego człowieka”. Od władcy absolutnego do strąconego z tronu, wyśmiewanego na ulicach żebraka. Wielkie – mierząc nie tylko własną wagą gatunkową, ale też skalą poświęcanej im uwagi – tematy współczesnych dyskusji, takie jak koniec epoki antropocenu (świata, w którym człowiek odgrywał największą spośród wszystkich stworzeń rolę) czy inwazja sztucznej inteligencji. Wszystkie one zaczynają się w tym samym miejscu. Na moście przerzuconym ponad Upadkiem. W chwili wyboru między Odkupieniem a samozbawieniem. Przyjęciem łaski z jednej, roszczeniem do wszechmocy – z drugiej strony.
A ta wszechmoc wcześniej czy później zawsze się człowiekowi wymyka. Dzieje się to właśnie przed naszymi oczami. Chwila, w której na horyzoncie zaczyna majaczyć coś doskonalszego od nas samych, samoświadoma Sztuczna Inteligencja, jest wystawieniem rachunku za trwające kilka wieków ambicje „odkupienia na własną rękę”, przy użyciu nauki i technologii.
Każda odrzucona łaska robi miejsce przekleństwu. A im większa była ta pierwsza, tym szerzej rozleje się drugie. Tu także bilans musi wyjść na zero.
Jan Maciejewski
Urodzony w 1990, eseista, pisarz, stały felietonista magazynu „Plus Minus”.
Były redaktor naczelny czasopisma idei „Pressje”. Autor książek Milczenie katedry, Już pora (Wydawnictwo Teologii Politycznej) oraz Nic to! Dlaczego historia Polski musi się powtarzać? (Wydawnictwo Literackie). Mąż Oli, tata Juliusza, Anieli, Stefana i Urszuli. Mieszka w Krakowie.
Jan Maciejewski
Urodzony w 1990, eseista, pisarz, stały felietonista magazynu „Plus Minus”.
Były redaktor naczelny czasopisma idei „Pressje”. Autor książek Milczenie katedry, Już pora (Wydawnictwo Teologii Politycznej) oraz Nic to! Dlaczego historia Polski musi się powtarzać? (Wydawnictwo Literackie). Mąż Oli, tata Juliusza, Anieli, Stefana i Urszuli. Mieszka w Krakowie.
Przeczytaj cały numer