Msza św. z Benedyktem XVI

26 maja we Mszy św. z Papieżem Benedyktem XVI na placu Piłsudskiego w Warszawie wzięli udział pracownicy i współpracownicy Centrum Myśli Jana Pawła II oraz około 60 stypendystów (najmłodsi wraz z rodzicami). Zajęliśmy miejsca w dwóch sektorach: E3 i E5. Najgorliwsi (i najwytrwalsi) pracownicy Centrum (z Dyrektorem na czele!) czuwali już od godziny 3.00 nad ranem. Pierwsza grupa stypendystów (studenci) zebrała się o 4.30.


Aby lepiej przygotować się do spotkania z Papieżem, usiłowaliśmy w czasie oczekiwania czytać tekst kard. Ratzingera (Joseph kard. Ratzinger, Kościół u progu trzeciego tysiąclecia, [w:] Kościół. Pielgrzymująca wspólnota wiary, Wydawnictwo M, Kraków 2005, s. 261-274), co jednak bardzo utrudniał nam ulewny deszcz. Druga grupa stypendystów (młodsi) spotkała się o 6.30 – w sektorach czekały na nich miejsca zajęte przez starszych kolegów. Każdy uczestnik otrzymał żółtą chustę. Mieliśmy też trzy duże banery z naszym logo oraz napisem „Trwamy w wierze” (po polsku, niemiecku i łacinie).

Serdecznie dziękujemy za udział we Mszy św. celebrowanej przez Papieża Benedykta XVI. Mamy nadzieję, że mimo wczesnej pory zbiórki, długiego oczekiwania, strug deszczu i przeszywającego chłodu było to dla wszystkich wielkie przeżycie.

Nie możemy pozwolić, aby wspomnienia z tak ważnego wydarzenia poszły w niepamięć. Dlatego – póki wrażenia są wciąż żywe, a zdjęcia dopiero co odebrane od fotografa – zapraszamy do podzielenia się refleksjami z pobytu Papieża Benedykta XVI w Warszawie i naszego udziału w spotkaniach z nim. Czekamy na Wasze listy i fotografie! Prosimy o przesyłanie ich na adres centrum@centrumjp2.warszawa.pl z dopiskiem B16. Można je także przynieść osobiście do biura Centrum przy ul. Foksal 11. Ze wszystkich tych materiałów zostanie niebawem przygotowany na naszej stronie serwis popielgrzymkowy. Do dzieła!

Refleksje uczestników

Przemoczeni, zziębnięci, ale SZCZĘŚLIWI!!!!!!!!!
26 maja uczestniczyłam we Mszy św. z Papieżem Benedyktem XVI na placu Piłsudskiego w Warszawie. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w tego typu uroczystościach, zazwyczaj oglądałam transmisje w telewizji. Dlatego byłam szczęśliwa i niecierpliwie czekałam na to spotkanie. Mimo iż musiałam wstać rano, a potem parę godzin stać, z radości nie czułam zmęczenia. Nie przeszkadzał mi deszcz i zimno. Atmosfera była wspaniała. Razem z innymi śpiewałam i wołałam „Niech żyje Papież!” Mój sektor miał dobre położenie. Widziałam dokładnie ołtarz, a co ważniejsze: Papieża. Gdy przejeżdżał w papamobilu obok mnie, czułam coś wspaniałego w sercu – trudno określić, co to było. Słowa, które Papież wypowiedział w czasie Mszy, pozostaną mi długo w pamięci. Moim zdaniem, spotkanie to zjednoczyło pod pewnym względem ludzi uczestniczących w tej uroczystości, a także tych oglądających transmisję w telewizji. Dzięki Wam mogłam tam być. Bardzo się z tego cieszę.
Aneta Ambroziak

26 maja byłam na placu Piłsudskiego w Warszawie na Mszy św. sprawowanej przez Papieża Benedykta XVI. Spotkanie z tak wielkim człowiekiem zrobiło na mnie duże wrażenie. Nigdy nie byłam na takiej uroczystości, przeważnie oglądałam relacje w telewizji. W tym roku postanowiłam to zmienić. Moja siostra dostała 2 bilety wstępu na Mszę św. od Was. Mimo dokuczającej mi alergii, wybrałam się z nią. Trzeba było wcześnie wstać, ale ja nie martwiłam się tym. Dla mnie najważniejsze było to, aby być blisko Papieża. Dobrze się złożyło, że stałam przy barierce i tuż przy mnie przejeżdżał papamobil. Miałam dobry widok na ołtarz. Często wołałam z innymi: ,,Niech żyje Papież!” i „Benedetto!”. Słowa, które Papież wypowiedział, zostaną we mnie do końca życia. Następnego dnia miałam konkurs matematyczny, szłam na niego spokojna, pełna
energii i wiary w siebie. Mimo deszczu, zimna i zmęczenia chciałabym jeszcze kiedyś być na Mszy św. z Papieżem. Bardzo Wam dziękuję, że mogłam uczestniczyć w tak wspaniałej Mszy św.
Sylwia Ambroziak

Witaj mi, Benedetto!!!
Pielgrzymka Ojca Świętego okazała się dla mnie swego rodzaju punktem zwrotnym, wyrwała mnie z marazmu podyktowanego kryzysem czwartego roku, nieustannego przeżuwania: co dalej? gdzie iść? co ze sobą zrobić? Przypomniała ,że najważniejsze to być w zgodzie z samym sobą… być, nie: mieć!!! Rozwijać się, iść do przodu, pomimo górek, dolinek i zakrętów!!! Przecież można je obejść i wtedy zobaczyć jeszcze więcej… krótszą drogą zdecydowanie łatwiej, ale długa jest ciekawsza, bardziej owocna! Ciągły stres, pośpiech, wahania, niepewności… ale cel coraz bliżej… Gdzie jest sens? – pytamy. „Wpatrujcie się w niebo… w Nim kryje się ostateczny sens naszego życia”.
Tymczasem kryzys gonił kryzys, nadzieja przewróciła się, zbiła kolano i nie chciała nigdzie się ruszyć, a duszek potrzebował pożywienia, bo z każdym dniem tracił na wadze! Potrzeb – ogrom, gorzej z motywacją, bo przecież najłatwiej usiąść i poużalać się nad sobą, niż podziałać! Dobra – mówię sobie – mam wejściówke, to idę! Przecież zobaczę nowego Papieża! Ale jak to będzie? To już nie ta sylwetka, nie ten głos, nie ta błogosławiąca ręka… Tysiące myśli przelatuje mi przez głowę, urywki wspomnień… Ale przecież będą nowe, nic nie zginie, ale urośnie, pójdzie do przodu! Trwajcie w wierze!!! Faktycznie, idziemy dalej, mamy się na kim oprzeć, będziemy kontynuować to, co Jan Paweł II tak długo i pięknie budował, i to wszystko unaoczni się w osobie Benedykta!!! Ja to przeżyję, zobaczę, doświadczę. Co tam, że trzeba zwlec zwłoki o 3.00 rano, by dotrzeć rozklekotanym nocnym 603 z Jelonek na Centralny, a potem z językiem na brodzie pędzić z buta na Foksal 11 do Centrum Myśli Jana Pawła II, gdzie stypendystów tłumek miał się zgromadzić! No, i jeszcze wdrapać się na te wielgaśne schody, ale to już może bliżej nieba?… Tak, tylko klucz nie pasuje, cierpliwości myślę, kiedyś wejdziemy, dostaniemy bilet wstępu…

Wreszcie! Udało się! Już ją mam, sektor E5, to z boku ołtarza, jest OK, profile też są fajne… Jeszcze woda, wafelek na pokrzepienie, żółta chustka, tekst na czuwanie. O, taki długi? – pytam zdziwiona. Na co riposta: no tak, trochę czasu mamy! Faktycznie, jest około 5.00. Przed nami 3,5 godziny trwania… Czy wytrwamy zatem? No, to w drogę… Tak wcześnie, a ludzie płyną ulicami Warszawy, wzywani na miejsce pielgrzymki, my też podążamy, stypendyści JP II, jakże różni, ale przecież coś nas łączy… Ktoś nas wybrał?

Plac Piłsudskiego tuż-tuż, ojej!!!, ale tłumy, a to dopiero początek. Trzeba przedrzeć się przez ochronę, bramki, uff!!!, mamy sektor… Niestety, złudne nadzieje na spokojny odpoczynek, przygotowanie i chwilę refleksji pryskają jak bańka mydlana. Trzeba podjąć walkę o miejsce… Tłum napiera, stołeczki, karimaty, leżaczki… Pretensje, bo za ciasno, proszę tu nie włazić, ała!!!, nadeptał mnie pan, nic nie widzę!!!, co za ludzie, po co tu przyszłaś? – słychać nieustannie… Cierpliwości – powtarzam w myślach, damy radę, bo przecież muszą się zmieścić jeszcze dzieciaki! Odliczam minuty, przyglądając się potokom narodu… Trochę mi zimno, może poskaczę? W przerwie kanapka, bo brzusio obwieszcza porę na śniadanko. Próbuję usiąść, ale gdzież tam, już jakaś staruszka rozbiła się z leżaczkiem w naszej strefie, chyba wybuchnę… Uspokój sie! OK. Próbuję grzecznie wyprosić ją z tej miejscówy, zresztą bezskutecznie. Cóż, myślę, pełne wyczucie i zrozumienie… Ile w takich momentach z ludzi wyłazi, to nic, że przyszedłem tu dla niego… dobra nasza, nawet po trupach do celu, a gdzie jego nauka? Zapomniało się, prawda? No, ale coś nas tu ciągnie, może chęć odbudowy? Oby się udało!!! Stoję tak zatopiona w myślach, a tu kap, kap, no nie!, jeszcze tego brakowało!!! Zdaje się, że wszystko sprzysięgło się przeciw nam… Dobrze, że mam płaszcz… Tylko jak się w niego uzbroić, gdzie jest otwór na rękę?… Dobra, udało się!!! Pewnie zaraz przejdzie… To tylko chmurka… Są dzieciaki!!! Oj, super! Można zrezygnować ze stanu wzmożonego pogotowia!!!… Teraz będzie lepiej… Hmmm?… Ale miała być jedna chmurka, a idą całe pochody, pewnie też witają Papieża, ale deszcz – po co on? Czyżby opłakiwał poprzednika?… Leje coraz bardziej, czuję, że butki mi nasiąkają, wszyscy chronią się, jak mogą… Co chwilę słychać spięcia: tu na mnie skapnęło, tu mi wsadziłeś druta od parasola, tu trzymasz go za wysoko… Pełna kultura oczekiwania!!!

Niebo sine, ale już 9.00, niedługo przybędzie, damy radę… Stoję w tym płaszczu, deszcz smaga, przysypiam… Jakieś poruszenie, chyba jedzie!!! Pełna gotowość. Stoję blisko bramki – faktycznie, zbliża się, zobaczę go?, wyciągam szyję!!! Mam, widzę, odwrócił się w naszą stronę, uśmiechnął i pomachał… Ależ on rozbrajający! Nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Ludzie są widocznie poruszeni, bo to przecież kolejny następca Piotra!!! Mimo zimna, czuję wewnętrzne ciepełko, uśmiecham się, nawet kobieta na leżaku mi nie straszna… Przecież jesteśmy tu wszyscy razem, właśnie dla Niego i dla siebie także, by podjąć dalszą wędrówkę z nowym przewodnikiem… Jak dobrze, że jestem w tym gronie, widzę skupienie, zadumę i radość… Nawet plucha już tak nie dokucza, może to próba cierpliwości, trzeba pokory…

Wstępuje na ołtarz biała postać, „skromny pracownik winnicy Pańskiej”, tłum szaleje, otwieram serducho, trzeba czerpać jak najwięcej… Słucham! „Trwajcie mocni w wierze!, wiara to oddanie w miłości, to głęboka relacja z Chrystusem oparta na miłości…”, wreszcie pytanie: ,,On pierwszy umiłował, a czy my odpowiadamy na tę miłość, czy ufamy? Bo wiara wymaga konkretnych decyzji, a nie tego, co wygodne… Dochowajcie wierności słowu Chrystusa, nawet gdy jest ono wymagające i po ludzku trudne do zrozumienia”. Wreszcie, jakby podsumowanie naszego oczekiwania w trudach i znoju: „Co to znaczy miłować? – ufać w godzinie próby i podążać także Drogą Krzyżową w nadziei, że niebawem nadejdzie poranek zmartwychwstania… Powierzając się Chrystusowi, nie tracimy nic, a zyskujemy wszystko”.

Od dziś będziesz moim Benkiem… W wierze, nadziei i miłości! Trwajmy zatem…Ufajmy!!!

Dominika Szewczyk

Przez papieża się nie wyspałem…
Nie żałuję, ponieważ…
Tak wiele zrozumiałem

26 maja – każdy o tym wie, że to Dzień Matki. Jak co roku, zamierzałem wstać trochę wcześniej, aby jako pierwszy złożyć mojej ukochanej mamie życzenia. Ale nie spodziewałem się, że w tym roku będę musiał wstać aż tak wcześnie. Zacznę jednak od początku.
O planowanej wizycie papieża Benedykta XVI – następcy naszego ukochanego Ojca Świętego Jana Pawła II – wiedziałem od dawna. O moim skrytym marzeniu, aby móc zobaczyć Go z bliska, nie wspominałem nawet rodzicom.

Nigdy nie miałem okazji „na własne oczy” zobaczyć Jana Pawła II. Gdy po raz ostatni był w Polsce – w 2002 roku – miałem zaledwie 8 lat. To, że już nigdy Go nie zobaczę, uświadomiłem sobie 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37. Pamiętam, że od rana w tym dniu był włączony telewizor, że rodzice, babcie i dziadkowie byli jakoś małomówni, że nie patrzyli mi prosto w oczy. Dopiero później zrozumiałem, że próbowali ukryć swoje wilgotne oczy. Pamiętam te smutne światła, które rozbłysły przed moją szkołą (im. Jana Pawła II), pamiętam, jak w moim kościele (parafia Świętego Jana Apostoła i Ewangelisty na Gołąbkach w Ursusie) zawisł portret naszego Papieża.

Ten portret ma specyficzną cechę. Jest tak namalowany, że gdzie bym nie stanął w naszym kościele, Ojciec Święty zawsze patrzy na mnie, zawsze patrzy mi w oczy, jakby chciał zapytać: „Jak tam Mateusz, wszystko w porządku?” To jest wzrok opiekuna. Ponieważ jestem ministrantem, często patrzymy sobie w oczy. Nieraz muszę się mu przyznać, że coś przeskrobałem, nieraz przychodzę do niego z radosną nowiną, a on zawsze patrzy na mnie z wyrozumiałością i życzliwością.

No, więc od ponad roku żyję w przeświadczeniu, że cały czas jest obok mnie ktoś, kogo już nigdy nie zobaczę, nie usłyszę… Ale ktoś, kto jak nikt inny mnie rozumie i kto zawsze ma dla mnie czas.

Wiem to na pewno, że moje marzenie o spotkaniu z Benedyktem XVI spełniło się dzięki opiekunowi – dzięki Janowi Pawłowi II. Na spotkaniu w Kościele Świętej Anny zapisałem się na listę Centrum Myśli Jana Pawła II, z nadzieją otrzymania wejściówki na Mszę Św. na placu Piłsudskiego. Moja nadzieja nie była zbyt wielka, gdyż wiedziałem, jak wiele osób na tę Mszę się wybiera. Ale wierzyłem… Mail z informacją o tym, że taką wejściówkę otrzymałem (mało tego, także wejściówkę dla opiekuna) dotarł w dniu, kiedy miałem dyżur ministrancki. Już w drzwiach kościoła poczułem na sobie to opiekuńcze spojrzenie – nie miałem wątpliwości, komu zawdzięczam spełnienie moich marzeń.

Rodzice postanowili, że pojadę z dziadkiem. Dziadek to jedyny człowiek, od którego nigdy nie usłyszałem: „Nie mam czasu. Później. Kiedy indziej”. Zawsze spełnia moje prośby. Tym razem wcale nie musiałem prosić. Ucieszył się jak dziecko, gdy zapytałem, czy ze mną pojedzie. Ale dziadek ma jedna wadę (według mnie): ma charakter żołnierza. Wszystko musi mieć perfekcyjnie przygotowane i wszędzie musi być przed czasem. Postanowił, że aby być na miejscu zbiórki (na Foksal) o godzinie 6.30, musimy wyjechać o 5.00, co wiązało się dla mnie z pobudką o… 4.00 (toż to przecież noc!).

Zaopatrzeni w płaszcze przeciwdeszczowe i prowiant wyjechaliśmy pierwszym autobusem. Oczywiście byliśmy pierwsi i zastaliśmy zamknięte drzwi. Ale po krótkim oczekiwaniu otrzymaliśmy wejściówki, chusty, modlitewniki i udaliśmy się na plac. Mój humor nie był najlepszy. Niewyspany, zziębnięty czekałem na rozpoczęcie mszy. Trochę mnie zdziwiło, że siedzące miejsca dla tzw. VIP-ów, które były przed naszym sektorem świeciły pustkami.

Tylu hierarchów kościelnych naraz nie widziałem nigdy. Ale przede wszystkim jeszcze nigdy nie widziałem z tak bliska papieża. Patrzyłem na niego, przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że to… Jan Paweł II. To wcale nie było trudne. Łagodne, pełne miłości spojrzenie Benedykta XVI było takie samo, jak znajome mi spojrzenie z portretu w naszym kościele.

Deszcz i wiatr wzmagały się, a z jego oblicza nie znikał słoneczny nastrój. Stałem po kostki w wodzie, po plecach ściekała mi woda – byłem kompletnie przemoczony. Ale wcale mi to nie przeszkadzało. Mało tego, to była najdłuższa Msza w moim życiu – a upłynęła tak szybko, jak co najmniej nabożeństwo majowe.

Z zapartym tchem czekałem na jeszcze jakieś słowa po polsku, na to, że spojrzy w moją stronę. I wtedy przypomniałem sobie, jak dzień czy dwa wcześniej w telewizji zobaczyłem starszą kobietę z Litwy, która (pielgrzymując na tę właśnie Mszę) powiedziała, że ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wielkim darem jest być blisko papieża, że my w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do wizyt Ojca Świętego i nie doceniamy tego. Zdałem sobie sprawę, że są na świecie miliony (miliardy?) ludzi, którzy nigdy nie będą mieli tej szansy, co ja.
Zrozumiałem coś jeszcze. Zrozumiałem, dlaczego Benedykt XVI tak często w swych słowach przywoływał Jana Pawła II. On wie, on zdaje sobie sprawę z tego, że został następcą Człowieka Wielkiego, Człowieka, który być może jak nikt inny, przez całe życie był tak blisko Boga, który – nie mam już najmniejszej wątpliwości – był największym Polakiem.

Zrozumiałem wreszcie, jak wielkie znaczenie ma dla mnie to opiekuńcze spojrzenie z portretu w moim kościele. Patrzy na mnie i chce mnie wysłuchać. Cieszy się ze mną i wspiera na duchu w trudnych chwilach. Mnie, młodego chłopca z Ursusa, który podziwiał pokorę Benedykta XVI wobec Jana Pawła II w strugach deszczu, który na Placu Piłsudskiego przeżył niezapomniane godziny, któremu Dzień Matki – 26 maja – już na zawsze będzie kojarzył się i z Najukochańszą Mamą, ale i ze zrozumieniem wielkości dwóch papieży – Jana Pawła II i jego następcy – Benedykta XVI.

Mateusz Stempel

Ta pielgrzymka była dla mnie osobiście wielkim przeżyciem. Była to pierwsza pielgrzymka papieska, w której uczestniczyłem. Niestety, nie miałem okazji być na pielgrzymce Jana Pawła II, chociaż bardzo tego pragnąłem. Na szczęście udało mi się uczestniczyć na Mszy św. celebrowanej przez Papieża Benedykta XVI. Warunki pogodowe na placu z pewnością odzwierciedliły hasło tej pielgrzymki: "Trwajcie mocni w wierze". Kto się nie przestraszył marnej pogody, może powiedzieć, że wytrwał. Niektórzy mogliby powiedzieć, po co moknąć, skoro równie dobrze można obejrzeć Mszę św. w telewizji. Na początku też tak myślałem, ale teraz już wiem, że panuje tam niesamowita atmosfera! Takie przeżycie głęboko zapada w pamięć, umacnia w wierze. Nie żałuję tego, że tam byłem. Przemoknięty, przemarznięty, ale wytrwałem i jestem z tego dumny.
Grzegorz Jędrzejewski

Dowiedziawszy się o pielgrzymce Ojca Świętego do Polski, wiedziałam, że muszę wziąć w niej udział. Oglądanie transmisji uznałam za niewystarczające. Jeszcze 2 lata temu moja decyzja mogłaby być inna, ale odkąd wraz ze śmiercią naszego Papieża Jana Pawła II na zawsze straciłam szansę uczestniczenia we Mszy świętej przez niego celebrowanej, wiedziałam, że umknęło mi coś bardzo ważnego. Postanowiłam wtedy, że już nigdy nie zaprzepaszczę okazji osobistego uczestniczenia w podobnych pielgrzymkach. Dlatego byłam na placu Piłsudskiego wtedy, gdy był tam Benedykt XVI i to przeżycie było mi potrzebne.
Każda pielgrzymka Jana Pawła II do Polski była wielkim wydarzeniem – niosła ze sobą przesłanie natury duchowej, jak i politycznej, a słowa homilii na długo pozostawały w uszach Polaków. Jak się okazało, Benedykt XVI poszedł w ślady swojego poprzednika.
Pielgrzymka do Polski nie była z pewnością oceniana przez wszystkich jednakowo. Przed przyjazdem można było usłyszeć obawy związane z rzekomą barierą między nowym papieżem a wiernymi, z ich tęsknotą za Janem Pawłem II. Pielgrzymka pokazała, jak bardzo te oceny były mylne.
Nowy papież udowodnił, że jest papieżem wszystkich wiernych, w szczególny zaś sposób jest papieżem Polaków. Już na kilka dni przed przyjazdem widać było na ulicach Warszawy napięcie wynikające z oczekiwania na głowę Kościoła. Nastrój radości utrzymywał się przez cały czas trwania pielgrzymki.
Msza św. na placu Piłsudzkiego była Mszą niezwykłą. Mimo strug padającego deszczu, już od najwcześniejszych godzin rannych przybywali wierni. Każdy chciał być jak najbliżej, by móc lepiej przyjrzeć się Ojcu Świętemu. Ja sam, dzięki pomocy Centrum, miałem szczęście oczekiwać w swoim sektorze na papieża nadjeżdżającego w papamobilu, co zostało ogłoszone biciem dzwonów.
Wszyscy w sposób szczególny czekali na słowa, które wygłosi Ojciec Święty. Główną kwestią poruszaną w homilii stało się hasło pielgrzymki: „Trwajcie mocni w wierze”. Wiarę określił jako całkowite oddanie się Chrystusowi. Wynika ona z podążania za Słowem Bożym. Papież przestrzegł przed zdawaniem się tylko i wyłącznie na swoją własną interpretację prawd wiary oraz przed odchodzeniem od wielowiekowej tradycji Kościoła, gdy ta wydaje się zbyt trudna i niewygodna. Podążanie za słowem Chrystusa nie było i nie jest łatwe, jednak osoba wierząca ma drogowskaz, którym jest Chrystusowa prawda. Nie może ona podlegać relatywizacji w przebiegu zmieniających się okoliczności. Nie jest to łatwa droga, ale wiara nigdy nie była sprawą prostą. Postawa stoicka jest godna naśladowania i nie oznacza konserwatyzmu w poglądach, a pewną stałość w cechach bycia katolikiem.
Potem nastąpiła Komunia święta, błogosławieństwo i wszyscy razem śpiewali „My chcemy Boga”. Ja sam odczuwałem poczucie wspólnoty, śpiewając razem z innymi. Papież potwierdził, że jest papieżem również dla Polaków, a Polacy potwierdzili, że są w stanie podjąć wyzwanie, które zostało im nakreślone w homilii. Wiele było spontaniczności wśród pielgrzymów, wiele radości, a wiara była obecna w sercach.
Chciałem serdecznie podziękować Centrum za umożliwienie mi udziału we Mszy
świętej, która była niezwykłym przeżyciem, za poczucie wspólnoty, którego doświadczyłem, za refleksje, które mogłem poczynić. Dziękuję.
Tomasz Michta

Bardzo serdecznie dziękuję Wam za to, że mogłam uczestniczyć we Mszy
świętej, której przewodniczył Ojciec Święty Benedykt XVI. Są to dla mnie
niezapomniane wspomnienia. Szczególnie wzruszające było, jak Ojciec Święty
zaczął mówić po polsku i to, że jest tak otwarty dla wszystkich ludzi.
Poznałem tam wspaniałych ludzi i wiem, że tego spotkania nigdy nie zapomnę.
Ania


Pielgrzymka Benedykta XVI do Polski 2006


Jako pierwsi dostąpiliśmy tego zaszczytu.
Czekaliśmy, trwając mocni w wierze.
A gdy emocje sięgnęły zenitu,
Usłyszeliśmy: „Czołem, żołnierze!”

Tak zaczęła się papieska podróż po kraju –
Ojczyźnie jego Poprzednika.
Trzy wyjątkowe dni w maju,
Gdy każdy wierny z miłością się stykał.

Słów Papieża nie zagłuszyły nawet deszcze.
Słuchaliśmy go z radością i w skupieniu.

Polskich akcentów chcieliśmy wciąż jeszcze,

By potem kontemplować w zamyśleniu

 
Każdy z nas do następnej wizyty czas odmierza,
Aby zobaczyć jego postać na kwiecistym kobiercu.

Bo ujrzeliśmy go jako Benedetta-pasterza,

Człowieka goszczącego w naszym sercu.

Inga Rüb

 

Dodano: