Wywiad z Krzysztofem Jarymowiczem, pomysłodawcą i koordynatorem Etnoligi, która ma na celu zbliżenie Warszawiaków i cudzoziemców poprzez piłkę nożną, bazując na pięknej wizji sportu.
Jakie są korzenie Etnoligi, skąd wyrasta, jaki postawiliście sobie w niej cel?
Krzysztof Jarymowicz: Etnoliga to przede wszystkim projekt sportowy, ale ma też cel integracyjny – została wymyślona po to, żeby przybliżyć warszawiakom cudzoziemców, a cudzoziemcom Polaków, żeby poprzez wspólną aktywność mieli okazję się poznać.
Wszystko zaczęło się 19 lat temu. Chciałem poznać te osoby: migrantów, cudzoziemców, a w szczególności uchodźców. Wiedziałem, że oni w Polsce są, ale nie był to temat specjalnie w Polsce znany. Miałem poczucie, że fajnie by było jakoś do nich trafić. Pomysł podsunęła mi żona. Znalazła ogłoszenie w prasie, że są dostępne minigranty z zagranicy – pamiętam doskonale, że to było 400 euro – na to, żeby zorganizować aktywność sportową, która przybliży różne społeczności. Poszedłem do ośrodka dla uchodźców na Siekierkach w Warszawie, gdzie byli głównie Afrykańczycy. Czułem się trochę skrępowany, bo byłem dosyć młodą osobą i nie wiedziałem, czego oczekiwać. Wszedłem do ośrodka i w ciągu kwadransa się zorientowałem, że to jest trafiony pomysł: „Super, chcemy grać, tutaj w ośrodku nie mamy co ze sobą zrobić, nudzimy się”. Większość z nich nie miała wtedy pracy (do tej pory uchodźcy w Polsce przez pierwsze pół roku w ogóle nie mogą pracować), więc siedzieli tam bez celu. Kierowniczka ośrodka powiedziała: „Zróbmy to!”.
Zaprosiłem też mieszkańców innego ośrodka, to byli głównie Czeczeni i inne osoby z Kaukazu. Powiedzieli, że oni w piłkę to tak średnio, ale skoro mogą wyjść z ośrodka, to może to jest dobry pomysł. Problem polegał na tym, że nie mieli butów sportowych, więc ja te 400 euro do ostatniego centa wydałem na buty. Zanim zaczął się turniej, zdążyli już je sprzedać. Powiedzieli, że były im bardzo potrzebne pieniądze. Przyznam, że byłem trochę zły. Nie bardzo rozumiałem jeszcze te realia, jak to jest być uchodźcą zamkniętym w ośrodku, bez nadziei na to, że jakoś ci się w życiu ułoży.
I tutaj ciekawostka. Na turniej przyjechała jedna Nigeryjka. Czeczeni zareagowali tak: „Hm, dziewczyna będzie z nami grała, to jakiś śmiech na sali”. Ale ona w pierwszym meczu strzeliła im cztery bramki. To był dla mnie bardzo ważny moment, bo pomyślałem: kurczę, właściwie dlaczego mam ograniczać ten pomysł tylko do cudzoziemców? Chcę też pokazać, że dziewczyny grają w piłkę.
Turniej bardzo się udał także pod tym względem, że dużo osób się zaangażowało, ktoś przyniósł jedzenie, młodzież szkolna przygotowała zupełnie spontanicznie wystawę rysunków na temat wielokulturowości. A po turnieju chłopaki z Afryki wyciągnęli bębny. Okazało się, że wśród moich znajomych też są jacyś muzycy. Nie wiem, skąd oni to wszystko wytrzasnęli, ale znalazła się jakaś gitara, nawet perkusję ze szkoły wynieśli i zorganizowali dwugodzinny jam session. Wszystkim się to strasznie podobało. Więc jak turniej się skończył i zaczęliśmy się rozchodzić do domu, to uczestnicy się pytali, kiedy się znowu spotykamy.
Piękne początki. Czy wtedy udało się zorganizować Etnoligę w obecnym kształcie?
KJ: Proces trochę trwał, bo przez pierwsze cztery lata spotykaliśmy się tylko raz w roku, jesienią, w ramach akcji „Football People”. W 2009 albo 2010 roku złożyłem wniosek do Funduszu Azylu, Migracji i Integracji Unii Europejskiej i dostałem nagle duże pieniądze. Pomysł miałem taki, że jeżeli ci ludzie mają się dobrze poznawać, to muszą się regularnie spotykać, co tydzień. I zorganizowałem ligę.
Ta idea od początku wykraczała daleko poza piłkę nożną. Miałem w pamięci tamte spontaniczne działania wokół: jedzenie, koncert, wystawę. Pomyślałem, że fajnie by było, żeby co tydzień jedna drużyna jakoś się zaprezentowała. I to się świetnie udało. Jedna drużyna była gospodarzem danego dnia, przynosili jedzenie, robili prezentację, pokazywali zdjęcia ze swoich krajów, opowiadali, skąd pochodzą, jak tam się żyje, czym to się różni od życia w Polsce, ludzie zadawali pytania. To często były kraje bardzo dla nas egzotyczne. Widziałem uśmiech zawodników i zawodniczek, że oni mogą to opowiedzieć, że ktoś ich słucha z zainteresowaniem.
Mam dużo informacji zwrotnych od osób, które już wyjechały, że poczuły się dzięki Etnolidze dobrze w Polsce, że to było pierwsze miejsce, gdzie mogły być sobą, gdzie mogły odpocząć, gdzie nikt ich do niczego nie zmuszał, przekonywał. Kiedy migranci chodzą na kurs języka polskiego, na jakieś warsztaty, muszą przełamywać barierę języka, nieśmiałości, a tutaj wszystko odbywa się naturalnie. Jak ktoś przychodzi na boisko, to od razu wie, co ma robić, nie trzeba mu nic tłumaczyć.
Czy zdarza się, że spotkania, zamiast służyć integracji, stają się areną konfliktów?
KJ: Podstawową zasadą Etnoligi są mieszane drużyny, ale nie zawsze tak było. Drużyny narodowe tworzą się w naturalny sposób, bo ludzie z Wietnamu zapraszają swoich znajomych i mamy wietnamską drużynę, Nigeryjczycy tak samo, Czeczeni tak samo i tak dalej. To jednak czasami buduje napięcia, więc zaproponowałem, żeby nie było takiej sytuacji, że w jednej drużynie grają wyłącznie osoby jednej narodowości. Z czasem wprowadziliśmy zasadę, że zawsze muszą być przynajmniej dwie dziewczyny na boisku.
Czasami pojawiają się konfliktowe sytuacje poza boiskiem, na przykład, ktoś napisze w Internecie, że trzeba wyrzucić muzułmanów z Polski. Wtedy rozmawiamy z taką osobą: słuchaj, przecież masz w drużynie kolegę muzułmanina, w tamtej drużynie gra pięciu innych, ich też chcesz wyrzucić? I wtedy rzeczywiście ludzie zaczynają myśleć. Nauczyliśmy się tego, że jesteśmy różni, że mamy różne poglądy, ale jesteśmy jedną społecznością i uczymy się od siebie nawzajem. Jesteśmy różni, ale bardzo dużo nas łączy. Przede wszystkim łączy nas piłka nożna – i to już jest coś. Często okazuje się, że chłopaka z Bródna łączy więcej z Kongijczykiem niż z sąsiadem z Bielan, dlatego że kibicują tej samej drużynie piłkarskiej, że mają tego samego idola, okazuje się, że mają wspólne zainteresowania pozapiłkarskie i na tej bazie rozwijają się znajomości, przyjaźnie.
Robiliśmy ewaluacje tego projektu. Zapraszaliśmy osoby z zewnątrz, żeby porozmawiały z naszymi uczestnikami. Pojawiały się w nich głosy, że ktoś miał pierwszy raz okazję uścisnąć dłoń Afrykańczykowi. Jeden chłopak mówił nawet: „Teraz strasznie mi zaczęło przeszkadzać, że moi koledzy z podwórka cały czas jakieś rasistowskie dowcipy rzucają, dawniej tego nie słyszałem, po prostu wszyscy tak gadali, a teraz im mówię: chłopaki, ale co wy, już dajcie spokój, przecież czarny jest taki sam jak my”. To być może moja trochę idealistyczna wiara, że coś się zmienia, ale uważam, że jednak trochę tak.
Mam wrażenie, że odwołujecie się do wizji sportu, która niestety dzisiaj jest mało popularna. Sportu, który może być okazją do dobrej zabawy, miejscem spotkania. To wizja niezwykle piękna, ale trochę idąca w poprzek stereotypów, które mamy na temat sportu. Kojarzy się on z agresją stadionową, z duchem rywalizacji, z budowaniem podziałów.
KJ: Nie wiem, czy idzie w poprzek, ja bym powiedział, że w poprzek idą te rzeczy, o których pan mówi. Piłka nożna została wynaleziona w XIX wieku w Wielkiej Brytanii jako gra dla robotników. To była gra skierowana do osób z niższych warstw społecznych, która miała zapewnić im rozrywkę, budowanie zespołu. Na Zachodzie istnieje dalej ten styl równościowy drużyn piłkarskich. Warto, żeby dziennikarze prezentowali takie inicjatywy, bo ich jest sporo. W Europie to są setki, jak nie tysiące małych klubików, w których są organizowane akcje antyrasistowskie albo na rzecz uchodźców. W naszych największych klubach zaczyna się to pomału dziać, ale na przykład w Niemczech to jest standard, że każdy duży klub ma bardzo rozbudowaną działalność edukacyjną, zaprasza osoby z różnych środowisk na stadion, pokazuje im wielokulturowość, ale też otwiera się na osoby z niepełnosprawnościami.
Czy prawie 20 lat pracy ma pan jakieś doświadczenie czy wspomnienie, które odcisnęło w panu ślad i do którego pan często wraca?
KJ: Pamiętam taką historię, nie mieliśmy jeszcze wtedy parytetów, były drużyny kobiece, były drużyny męskie i takie bardziej narodowe. Mieliśmy drużynę, nazywała się Chrząszczyki, feministki, progresywne dziewuchy, a z drugiej strony dosyć konserwatywne towarzystwo z Czeczenii, sami chłopcy. Oni się bardzo dziwili, że będą grać z dziewczynami, i mówili mi: „słuchaj, my poza swoją żoną czy siostrą nie możemy dotykać kobiet, jak ty sobie to wyobrażasz, przecież piłka nożna to jest sport kontaktowy”. Ale jakoś ich namówiłem. Dziewczyny wyszły na boisko, a ci chłopcy nie przychodzili. Czekały trochę zdziwione, trochę wkurzone. W końcu oni przyszli – z różami. A dziewczyny: „cholera jasna, my nie chcemy róż, my chcemy grać w piłę, nie chcemy, żeby na nas patrzeć przez pryzmat naszej kobiecości”. Przyjęły te róże z zażenowaniem, rozegrali mecz, a potem jakoś tak się stało, że obie strony zrozumiały, że trzeba się trochę posunąć, zaakceptować. Dziewczyny zrozumiały, że dla tych chłopców to był naturalny gest, że tak w ich kulturze należy potraktować kobietę. A oni w trakcie meczu zobaczyli w nich też piłkarki. I jak przyszedł kolejny mecz, zaczęli sobie nawzajem kibicować. To był moment, kiedy spotkały się dwa zupełnie różne światy i wydawało mi się, że to się nie może udać. A jakoś się udało.
Jeżeli ktoś chciałby przyjść i dołączyć do Etnoligi, jak to może zrobić?
KJ: Najlepiej wejść na etnoliga.org, tam jest wszystko napisane. Przed rozpoczęciem sezonu można zapisać swoją drużynę, zgodnie z naszymi zasadami – czyli trzeba mieć dziewczyny, osoby z różnych krajów. Można też na stronie internetowej znaleźć link do naszej społeczności na WhatsAppie, można tam dołączyć i zadawać pytania czy poszukać drużyny dla siebie.
Rozumiem, że można też po prostu przyjść i popatrzeć, pokibicować. KJ: Można przyjść zawsze, nasze zajęcia są bezpłatne i otwarte, jeżeli ktoś chce pokibicować, to bardzo zapraszamy. U nas ludzie nie wracają zaraz po meczu, tylko zostają często cały dzień, siedzą, bo mają znajomych, bo chcą komuś pokibicować. I właśnie to tworzy naszą społeczność, nie tylko sama gra w piłkę.
Rozmawiał: Marcin Nowak – menadżer kultury, socjolog, publicysta, autor podcastów CMJP2 „Słuchając drogi”.
Przeczytaj cały numer