Kiedy na teatralnych deskach oglądamy adaptacje dzieł literackich, zwykle odruchowo sięgamy pamięcią do oryginału, porównując spektakl z książkowym pierwowzorem. „Dziennik Anne Frank” w reżyserii Zbigniewa Brzozy wystawiany w Teatrze Lalka (premiera: sierpień 2024), oprócz tej naturalnej analizy, uruchomił we mnie coś jeszcze: wspomnienia z lutego 2022 roku.
Rozścielone łóżko, stół przygotowany do śniadania, funt mięsa dla kota w kuchni, wszystko to sprawiało wrażenie, jakbyśmy uciekali na łeb na szyję. Nie zależało nam na wrażeniach, uciec chcieliśmy, jedynie uciec i bezpiecznie przybyć na miejsce, nic więcej” – tymi słowami trzynastoletnia Anne Frank w jednym z pierwszych wpisów na kartach swojego dziennika, datowanym na 8 lipca 1942 roku, opisuje moment opuszczenia mieszkania i przenosiny do kryjówki w oficynie, która na kolejne dwa lata stanie się domem dla ośmiu osób.
Kiedy Tatiana z ośmioletnią córką Kariną, wygonione kolejnym alarmem, opuszczały swoje mieszkanie na kijowskim blokowisku w sąsiedztwie lotniska, Tania była akurat w trakcie robienia syrniczków. Na blacie pozostała rozsypana mąka i zagniecione ciasto. Gdy Sasza, ojciec rodziny, wrócił do pustego domu po kilku tygodniach, na kuchennym stole zastał rozsypaną mąkę i porzuconą bryłę ciasta, która zdążyła pokryć się pleśnią. Jedna z nielicznych ulubionych potraw córki-niejadka i kuchenna krzątanina żony, które zwykle kojarzyły się z ciepłem rodzinnego domu, stały się wymownym symbolem rozstania i przymusowej emigracji. Właśnie ta opowieść Tani, która w lutym 2022 roku wraz z córką i siostrą na kilka miesięcy stała się naszą współlokatorką, powróciła do mnie, gdy sceniczna Anne (w tej roli znakomita Hanna Turnau) opisywała ucieczkę rodziny Franków.
Kryjówkę przygotowywano od tygodni, ale bezpośrednim impulsem do przedwczesnego schronienia się w niej, było wezwanie z SS dla Ottona Franka, ojca Anne. Stanowiąca element scenografii szafa w oficynie, do której bohaterka odwiesza zdejmowane z siebie ubrania założone „na cebulkę”, i wyświetlany w tle film pokazujący bohaterów spektaklu w skupieniu i napięciu wędrujących ulicami Amsterdamu do swojego tymczasowego domu, świetnie oddają zarówno przygotowanie do tamtej chwili, jak i pośpiech oraz element zaskoczenia, który towarzyszył przenosinom.
Choć wątku tego nie ma w dzienniku, tylko w jego opracowaniach, więc siłą rzeczy nie trafił także do scenariusza, przejście do kryjówki w lipcu 1942 roku nie było pierwszą ucieczką bliskich Anne.
Osiem lat wcześniej, w 1934 roku, dziewczynka razem z rodzicami i starszą siostrą Margot wyemigrowała z Frankfurtu nad Menem właśnie do Amsterdamu, by uniknąć odczuwalnych już wtedy w Niemczech skutków polityki rasowej, konsekwentnie wprowadzanej przez partię nazistowską.
Względny spokój trwał krótko.
Maski
„Żydzi muszą nosić gwiazdę Dawida; Żydzi muszą oddać swoje rowery; Żydom nie wolno do tramwaju, Żydom nie wolno do auta, także do prywatnego, Żydzi mogą robić zakupy tylko od godziny 15:00 do 17:00; (…) Żydom nie wolno publicznie uprawiać żadnego sportu; Żydom nie wolno już siedzieć w swoim ogrodzie po godzinie ósmej wieczorem; ani u znajomych; Żydom nie wolno przychodzić do domów chrześcijan…” – notuje Anne Frank w swoim dzienniku, jeszcze w czerwcu, a więc przed przejściem do kryjówki. W spektaklu kwestie te wypowiadają, jeden przez drugiego zgromadzeni przy stole bohaterowie, jakby w formie retrospekcji, jednocześnie kreśląc świadectwo epoki i miejsca, świadectwo strachu i nienawiści, która przybiera coraz bardziej zorganizowane formy, niepodważalny dowód staczania się ludzkości… Najmocniej wybrzmiewa jednak kwestia Anne, która dźwięczy w uszach jeszcze długo po wyjściu z teatru: „Teraz jesteśmy tylko Żydami”… Zdanie jest gorzką, cyniczną pigułą, w której streszcza się cała teoria rasowa i gromadzą wszystkie stereotypy dotyczące żydowskiego pochodzenia. A w mojej głowie powoduje ono dodatkowo odtworzenie innej celnej, ironicznej frazy, która świetnie opisuje sytuację pozbawionych domu osób i rezonuje z konstatacją Anne. To fragment piosenki zespołu Lao Che z wydanego w 2018 roku albumu „Wiedza o społeczeństwie”: „Uchodźcą jestem / Zmuszony uchodzić jestem / Za kogoś, kim nie jestem…”.
Podkreśleniu odczłowieczenia bohaterów, którzy dla niemieckiego prześladowcy stają się zbitą, jednolitą masą, służą w spektaklu między innymi świetnie zaprojektowane maski autorstwa Anny Redy. Pojawiają się na twarzach bohaterów, gdy odczuwają oni paraliżujący strach, są jakby zamrożeni, być może chcieliby krzyczeć, ich krzyk musi jednak pozostać stłumiony. Atmosferę grozy podkreślają w tych momentach także rozdzierające kompozycje Mikołaja Trzaski, doskonale łączące się z ruchem scenicznym aktorów.
Nakreślona w spektaklu, zapadająca w pamięć postać Anne i jej książkowy pierwowzór wydobywają żydowskich bohaterów z krzywdzącego worka anonimowości. Przestają być jednymi z 11 milionów przeznaczonych do unicestwienia „podludzi”. Podobnie jak przybysze z Ukrainy zyskali dla mnie na zawsze twarz Tani, Kariny i Lili…
Cielesność i emocje
Dziennikowa Anne była przede wszystkim człowiekiem, nastoletnią dziewczyną, spragnioną przyjaźni i miłości, z którą dzięki spektaklowi Brzozy utożsamić się może współczesny nastolatek. To właśnie marzenie o przyjaźni zaprowadziło ją do stworzenia wyimaginowanej przyjaciółki Kitty, do której adresowała swoje diarystyczne zapiski. Jej dojrzewanie przypadło na czas ukrywania się – reżyser zdecydował się włączyć do spektaklu scenę, w której Anne pełna emocji oczekuje na pierwszą miesiączkę. Scena ta świetnie pokazuje, że czasy szczególne nie zawieszają w żaden sposób naszej fizjologii, przeciwnie: życie toczy się bez względu na okoliczności. Podobnie jak towarzyszące dorastaniu nieporozumienia z rodzicami czy zakochanie – zacieśniająca się na poddaszu relacja między Anne a współlokatorem Peterem staje się ważną częścią reżyserskiego wyboru z dziennika.
Spektakl pełni więc dwojaka funkcję. Zawiera solidną dawkę opowiedzianej w nowoczesny sposób historii: widzimy dojrzałą refleksję dziewczyny, która – wysłuchawszy w radiu wezwania holenderskiego ministra szkolnictwa na emigracji do zbierania świadectw cierpienia narodu – nabiera świadomości, że jej dziennik może stać się kiedyś znaczącym źródłem historycznym. Przedstawienie ma jednak także silny emocjonalny rys, który stanowi rodzaj nałożonego na wydarzenia filtra, oddającego uczucia autorki, reżysera i odtwórczyni tytułowej roli oraz przenoszącego spektakl w uniwersalny, ponadczasowy wymiar. Adaptacja „Dziennika Anne Frank” w Lalce nie doczekała się jeszcze zbyt wielu recenzji. Być może to odwet środowiska teatralnego na Zbigniewie Brzozie, za którym ciągnie się zła sława zwolnień pracowniczych w Teatrze im. S. Jaracza w Olsztynie… Mam jednak przekonanie, że sam spektakl nie zasługuje na przemilczenie. Wciąż potrzeba kinowych i teatralnych produkcji dla młodzieży, które w przejmujący sposób, bez patosu i wielkich słów, przybliżą okrucieństwo wojny. Przygotowana na Festiwal Singera premiera spełnia ten postulat, sięgając po język i wrażliwość nastoletniej Anne. I choć Holocaust był wydarzeniem bez precedensu i nie mam zgody na zrównywanie Zagłady ze zbrodniami przeciw ludzkości podczas innych wojen, to jednak spektakl jest zaskakująco aktualny właśnie ze względu na trwające dziś wojny! Świeże doświadczenia uchodźców zza wschodniej granicy, nieanonimowe opowieści wojenne naszych czasów, pozwalają lepiej zrozumieć ogrom cierpienia ofiar niemieckiego nazizmu. I odwrotnie: wystawiony na scenie tekst dziennika z lat 1942-1944 przywołuje wyrazistą postać młodej Anne, która w amsterdamskiej kryjówce przeżywa podobne bolączki, namiętności i niepokoje wieku dojrzewania, co jej współcześni równolatkowie zmuszeni opuścić rodzinne strony. Oby mogli znaleźć bezpieczne schronienie, a kiedyś powrócić do swoich domów. Anne nie miała tego szczęścia.
Agata Madaj
Redaktorka, specjalistka ds. komunikacji i kontaktu z publicznością.
Przeczytaj cały numer