Bliskość – więź czy uwiązanie?

Debata

Zapis debaty na temat bliskości z udziałem dr Magdaleny Gawrych, terapeutki psychoseksualnej z Instytutu Psychologii Akademii Pedagogiki Specjalnej i prof. Tomasza Sobierajskiego, socjologa, kierownika Ośrodka Badań Socjomedycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Debatę prowadził Bartosz Wieczorek.

Magdalena Gawrych: Wszyscy pragniemy bliskości, ale bardzo trudno ją osiągnąć. Dlaczego? Ponieważ mamy coraz bardziej indywidualistyczne społeczeństwo, które nie priorytetyzuje relacji. Każda bliskość to ryzyko utraty komfortu. Według badań, żeby uzyskać bliskość w relacjach i żeby to było dla nas twórcze, budujące, otwierające, musimy mieć dojrzałą osobowość. To jest bardzo duże wymaganie. Bo co to znaczy dojrzała osobowość? Człowiek o dojrzałej osobowości potrafi odroczyć osobistą gratyfikację na rzecz dobra wspólnoty.

Jako aktywny psychoterapeuta i badacz zdrowia psychicznego dostrzegam, że w naszym społeczeństwie pojawiają się coraz to nowe objawy psycho-patologiczne. Coraz częstsze rozpoznania osobowości borderline, chwiejności w relacjach, nieumiejętności trwania w zwykłych, stabilnych, szarych, codziennych relacjach. Szukamy tego, czego sami zaznaliśmy, a coraz więcej ludzi dorasta w warunkach rozpadu rodziny, w rodzinach patchworkowych lub takich, w których tylko jeden rodzic zajmuje się dziećmi. Skutki takich warunków dojrzewania obserwuję na co dzień w pracy w gabinecie psychoterapeuty. Często niestabilność relacji w domach rodzinnych odzwierciedlana jest w późniejszych niestabilnych sposobach przeżywania relacji w dorosłości.

Zmienność relacji, indywidualizm, większe społeczne znaczenie sukcesu osobistego niż sukcesu wspólnoty dają taki efekt, że dla wielu z nas bliskość jest uwiązaniem. Czy żyjąc zgodnie z takim modelem, możemy być szczęśliwi? Z perspektywy psychoterapeutycznej – nie. Prędzej czy później przychodzą do gabinetu psychoterapeuty pary, rodziny, indywidualne osoby, które mówią: potrzebujemy bliskości, potrzebujemy dobrej relacji.

Nie jesteśmy uczeni właściwych sposobów budowania relacji. Potrzebujemy rzetelnych informacji, jak się komunikować, jak rozwiązywać spory, jak budować bliskość. Te praktyczne kompetencje są nam potrzebne między innymi po to, żeby nie tylko romantyczne początki relacji były dla nas atrakcyjne, ale żeby cieszyła nas również długoletnia więź. Co możemy zrobić? Po pierwsze spriorytetyzować relacje. Nie da się osiągnąć szczęścia w relacji, jeśli trzymamy się kurczowo osobistego sukcesu.

Zapewnianie sobie stabilnych więzi jest po prostu prozdrowotne. Badania pokazują, że gros osób z zaburzeniami depresyjnymi jest nieszczęśliwych w relacjach. Trudno stwierdzić, co jest przyczyną, co jest skutkiem, ale jest to wskazówka, że potrzebujemy mieć stabilną, wspierającą nas więź. Wtedy ona może być uskrzydlająca.

Tomasz Sobierajski: Rodzaje bliskości są różne – to może być bliskość cielesna, emocjonalna, wynikająca ze wspólnych doświadczeń. Co ważne, te doświadczenia wcale nie muszą być spektakularne – czasem wystarczy wspólne milczenie. Dla wielu osób to właśnie cisza bez skrępowania w obecności drugiego człowieka jest definicją dobrej relacji.

Jest też bliskość poznawcza – kiedy z kimś dzielimy podobne normy i wartości. Tego rodzaju bliskość odgrywa ogromną rolę w budowaniu trwałych relacji. Romantyczne związki i przyjaźnie tworzymy zwykle z osobami podobnymi do nas. Przeciwieństwa rzeczywiście potrafią się przyciągać, ale raczej na wczesnym etapie relacji. Potem różnice często okazują się trudne do pogodzenia.

Dawniej bliskość była silnie zinstytucjonalizowana i znormatywizowana – rodzina pełniła funkcję podstawowej komórki społecznej, w której „należało” doświadczać bliskości. Problem w tym, że często tej bliskości tam brakowało, a społeczeństwo nie oferowało alternatyw. Dziś mamy większą wolność – możemy szukać bliskości poza rodziną biologiczną, w ramach tak zwanej rodziny z wyboru, czyli wspólnoty ludzi, których wybieramy do swojego świata.

Rodzina biologiczna pozostaje jednak środowiskiem, w którym uczymy się bliskości. Jeszcze zanim dziecko zacznie rozpoznawać twarze, już reaguje na dotyk. Wie doskonale, czyje ręce je trzymają. Nie zna jeszcze pojęcia „ciocia” czy „babcia”, ale płacze, gdy trzyma je ciocia, mimo że nic złego mu się nie dzieje – a uspokaja się, gdy przechodzi do rąk babci.

Dotyk to fundamentalny element bliskości od pierwszych chwil życia. Niestety, tę formę bliskości we współczesnym społeczeństwie zaczynamy zatracać. Żyjemy w świecie „bezdotykowym” – rzadko przytulamy nawet bliskie osoby.

Badania nad ludzkim mózgiem potwierdzają, że dotyk wspiera relacje. Czasem wystarczy podejść i przytulić. Oczywiście reakcje mogą być różne – ale często dostajemy przytulenie z powrotem. Warto próbować, bo dotyk ma ogromne znaczenie, a obowiązujące dziś normy społeczne w tej kwestii są bardzo restrykcyjne.

Bliskość we współczesnym świecie czasem wymaga odwagi. Wymaga przekroczenia strefy komfortu.

Pomimo tych społecznych ograniczeń, potrafimy jednak zbudować silną więź, bliskość opartą na dotyku – tyle że… z przedmiotem. Jest coś, co traktujemy z czułością niemal jak dziecko. Rzucamy wszystko, gdy zapiszczy, zawibruje. Gdy stracimy go z oczu, odczuwamy dyskomfort. Głaszczemy, polerujemy, ubieramy w etui. Trzymamy cały czas w dłoni, jakbyśmy tylko z nim czuli się bezpieczni.

Smartfon stał się „personą”, z którą zbudowaliśmy relację pełną czułości. I jednocześnie – to przez niego tracimy bliskość z ludźmi. W badaniu przeprowadzonym w USA w zeszłym roku aż trzy czwarte par przyznało, że przynajmniej raz dziennie pojawia się sytuacja, w której jedna osoba poczuła się odrzucona, bo druga była bardziej zaangażowana w telefon niż w relację.

Bartosz Wieczorek: W pierwszym pytaniu chciałbym cofnąć się do początków, czyli do dzieciństwa. Na ile ważne są wzorce przywiązania, które wtedy otrzymaliśmy? Czy powinniśmy starać się tę przeszłość zgłębiać, czy lepiej starać się od niej uwolnić?

Magdalena Gawrych: Około 70 procent społeczeństwa ma bezpieczny styl przywiązania, czyli taki, w którym dana osoba jest przekonana, że jej najbliźsi odpowiedzą na wyrażane przez nią potrzeby. Ale nie wszyscy mogą się cieszyć bezpiecznym stylem przywiązania. Istnieją jeszcze style przywiązania lękowy i unikający.

W tworzeniu stylów przywiązania kluczowe są pierwsze lata życia. Jeśli opiekun – najczęściej rodzic – odpowiadał na wezwanie dziecka dopiero po nasilonym płaczu, w dziecku tworzy się lękowy styl przywiązania. Będzie stale czujne i stale w niepokoju, czy aby zostanie wysłuchane. Będzie miało także tendencję do nasilania sygnałów, że potrzebuje reakcji bliskiej osoby.

Jeśli jednak kogoś spotkało to nieszczęście, że miał rodziców, którzy w ogóle nie odpowiadali na wezwania albo krzywdzili dziecko, taka osoba zaczyna wyłączać system przywiązaniowy. Zaczyna unikać bliskości. Żeby nie bolało.

Tomasz Sobierajski: Bardzo się cieszę, że został przywołany fakt, iż około 70 procent z nas ma bezpieczny styl przywiązania. To ważne przypomnienie, zwłaszcza w kontekście dyskusji toczących się w przestrzeni internetowej, gdzie często pojawiają się uproszczone narracje – nierzadko formułowane przez osoby bez przygotowania terapeutycznego.

Zdarza się, że ktoś opowiada: „Płakałem kiedyś piętnaście minut i matka nie przyszła – dlatego dziś moje życie jest nieszczęśliwe”. I wokół takiego doświadczenia buduje się cały schemat tłumaczący niepowodzenia i cierpienie. Matka staje się główną winowajczynią, a osoba wypowiadająca te słowa czuje się w ten sposób zwolniona z odpowiedzialności – może pozostać w roli skrzywdzonego dziecka i tłumaczyć swoje trudności tym jednym doświadczeniem z przeszłości.

Oczywiście, w moim przykładzie jest pewne uproszczenie, ale robię to celowo, żeby wybrzmiało coś bardzo ważnego: nawet jeśli mamy za sobą trudne, bolesne dzieciństwo, nie jesteśmy skazani na samotność czy zaburzone relacje. Możemy budować bliskość z drugą osobą, pomimo deficytów z przeszłości. W większości przypadków zmiany wynikające z wczesnych doświadczeń są odwracalne. Dopiero głębokie zmiany neurologiczne mają nieodwracalny wpływ.

Pojawia się jednak ważne pytanie: co może zrobić osoba z lękowym stylem przywiązania? Czy lepiej, żeby związała się z kimś o podobnym stylu, kto „rozumie”, bo czuje podobnie? A może z osobą o bezpiecznym stylu przywiązania, która będzie potrafiła wprowadzić więcej spokoju i stabilności do relacji?

Magdalena Gawrych: Zawsze łatwiej stworzyć bliskość z osobą o bezpiecznym stylu przywiązania. Taka osoba ufa innym, czuje się bezpiecznie w relacjach, dlatego potrafi odpowiedzieć na potrzeby partnera, nieważne, czy partner będzie mówić, że teraz nie, proszę nie przytulać, bo jest ciebie za dużo, czy powie, że za mało mnie przytulasz. Osoba o bezpiecznym stylu przywiązania będzie widziała, co się dzieje, i będzie w stanie sprawić, że bliska jej osoba poczuje się bezpieczniej.

Tomasz Sobierajski: I jest duża szansa, że na taką osobę trafimy, bo stanowią one 70 procent społeczeństwa.

Magdalena Gawrych: Jest duża szansa, całe szczęście. Natomiast trudno wyobrazić sobie szczęśliwą relację dwóch osób z unikającym stylem przywiązania. To jest relacja, w której obie strony nie potrafią się wobec siebie odsłonić. W której, nawet jeśli jest życie seksualne, w ogóle się tego życia seksualnego nie omawia. Nie ma jak budować intymności i emocjonalnej bliskości, ponieważ dwie osoby mają wyłączony ten system po to, żeby się chronić.

Osobom z lękowym stylem przywiązania będzie trochę łatwiej, ale też wymaga to od nich bardzo dużo wysiłku. Naprawdę trudno jest na co dzień odpowiedzieć na wszystkie potrzeby dorosłego człowieka, który ma deficyty.

Bartosz Wieczorek: Kiedy ktoś ma problem z tworzeniem bliskich relacji, po czym możemy rozpoznać, że jest to jakiś rodzaj zaburzenia, a kiedy jest to jakaś wypadkowa sił zewnętrznych? Kiedy powinniśmy udać się do specjalisty?

Magdalena Gawrych: Myślę, że każdy z nas ma jakiś „defekt”. Nie wierzę – jako matka, jako człowiek, jako terapeutka również – że możemy zrobić selekcję: „normalni” na prawo, reszta na lewo. Większość z nas byłaby po lewej stronie, ja też bym musiała tam pobiec. Kluczem do decyzji o udaniu się do specjalisty jest zawsze odczuwane cierpienie i niezdolność do funkcjonowania w sposób, który byłby dla nas pożądany.

Tomasz Sobierajski: Zawsze wiemy, kiedy jest nam dobrze. I zawsze wiemy, kiedy jest nam źle. Tylko sami przed sobą nie chcemy tego przyznać. Racjonalizujemy nasze wybory. Z tego powodu wiele osób tkwi w relacji, która jest bardziej uwiązaniem niż więzią. Powodów może być mnóstwo – od norm społecznych, przez emocjonalne przywiązanie, aż po racjonalne kwestie, jak choćby to, że odejście oznaczałoby utratę dachu nad głową.

Bardzo trafna wydaje mi się metafora ciasnej kuchni. Wyobraźmy sobie przestrzeń zupełnie niewygodną – meble ustawione tak, że każda obca osoba by się o nie obijała, coś by spadło, coś się potłukło, może nawet kuchenka by wybuchła. Ale my? My potrafimy się w tej kuchni poruszać nawet po ciemku. Znamy każdy kant, każdy uchwyt, każdy element wyposażenia. I choć czasem, leżąc w łóżku w bezsenną noc, pojawia się myśl: „Gdyby było mnie stać na większą kuchnię – czy to byłoby dla mnie dobre?” – to zaraz pojawia się też niepokój. Lęk przed zmianą. Czy to normalne? Tak – mamy prawo się bać.

Bywa, że wszyscy wokół mówią nam, że powinniśmy zakończyć związek. Ale to wcale nie znaczy, że wszyscy mają rację. Być może ta relacja – nawet jeśli daleka od ideału – spełnia nasze potrzeby. Takie, jakie mamy właśnie teraz.

Magdalena Gawrych: Zgadzam, że zawsze wiemy, czy coś nam służy, czy nie. My to wiemy w ciele, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy. Mamy objawy psychosomatyczne, mamy nasilenie starych chorób, mamy dolegliwości bólowe, mamy zaburzenia seksualne. Często się zdarza, że osoby najpierw przychodzą z zaburzeniami z ciała, twierdząc, że w ich życiu, a także w ich związku wszystko jest bardzo dobrze, bardzo. A po dwóch latach się okazuje, że ich podstawowe potrzeby nie są zaspokajane, że w tym związku jest przemoc emocjonalna, którą te osoby dopiero wtedy zaczynają nazywać.

Bartosz Wieczorek: W narracjach rodziców dorastających nastolatków pojawia się skarga, że w zamian za okazaną dzieciom bliskość, otrzymuję się coś przeciwnego. Czy to zjawisko zawodu bliskością jest dość powszechne? Jak sobie z nim radzić?

Tomasz Sobierajski: Moim zdaniem najgorsze, co możemy zrobić wobec nastolatka, to zacząć gderać: „Ja się tak bardzo starałem, a ty…?”. W ten sposób nie budujemy bliskości. Nie wiem czemu tak szybko zapominamy o tym, jak to było, gdy sami byliśmy nastolatkami. Co nami wtedy rządziło. Hormony! Do dziś pamiętam słowa, które wypowiadałem do rodziców – co innego myślałem, co innego czułem, a jeszcze co innego mówiłem. Kiedy żałowałem swoich słów, nie potrafiłem powiedzieć „przepraszam”, bo przecież budowałem swoją niezależność. I przepraszanie do niej nie pasowało.

Czasem mówimy z wyrzutem: „Moje dziecko już się do mnie nie przytula”. To ty je przytul. Wstań i po prostu przytul. Może nie odpowie. Może się skrzywi, powie: „Przestań”. Ale zazwyczaj, nawet jeśli tego nie okaże, będzie szczęśliwe, że zostało przytulone.

Ważne, żebyśmy pamiętali, że każda relacja się zmienia – a razem z nią zmieniamy się my sami. Czasem nie nadążamy nawet za własnymi zmianami. I właśnie wtedy bliskość daje szansę, żeby usiąść i powiedzieć: „Z czymś jest mi trudniej”, „Kiedyś było inaczej, teraz jest tak”, „Co możemy z tym zrobić?”. Bez bliskości nie ma szans, żeby taka rozmowa w ogóle się wydarzyła.

Magdalena Gawrych: Możemy oczekiwać bliskości od dorosłego partnera. Dziecko będzie dzieckiem i powinno funkcjonować jak dziecko. Pytanie brzmi, do kogo my adresujemy nasze potrzeby emocjonalne. W moim przekonaniu niezdrowo jest adresować je do niedojrzałych jednostek.

Tomasz Sobierajski: Niezależnie od wieku.

Magdalena Gawrych: Tak, oczywiście niezależnie od wieku. Myślę jednak, że dzieci są szczególnym przykładem bezzwrotnej inwestycji. Jeśli oczekujemy zwrotu, na pewno się zawiedziemy. Z moich obserwacji klinicznych wynika, że tam, gdzie pojawiają się takie oczekiwania wobec dzieci, tam jest często pominięty partner dorosły. To jest niezdrowe i bardzo obciąża tego nastolatka.

Bartosz Wieczorek: Bliskość jest jakimś stanem fizycznym, emocjonalnym, ale też jest jakiegoś rodzaju zadaniem. Jest to nieustanna, codzienna praca. Jak sobie z tym poradzić, żeby codziennie wstawać z tym uśmiechem, radością i z tą chęcią budowania tej relacji?

Tomasz Sobierajski: Osoby, które codziennie wstają z uśmiechem i radością, powinny się zastanowić, czy nie warto skonsultować się ze specjalistą. Oczywiście to żart. Rzeczywistość jest taka, że mamy w życiu bardzo różne momenty – i to jest zupełnie normalne. Bliskość wymaga czasu przeznaczonego dla drugiej osoby i spędzonego z nią naprawdę. Oczywiście narzekamy, że tego czasu nie mamy. Ale wystarczy spojrzeć na nasze relacje z telefonami. Zdarza się, że jedziemy gdzieś na wakacje, odcinamy się od internetu – choćby dlatego, że za granicą pakiet danych jest za drogi – i nagle dzień okazuje się długi, nienaturalnie wręcz długi. Nudzimy się. Zaczynamy robić rzeczy, na które wcześniej „nie było czasu”.

Nie da się zbudować bliskości bez przeznaczenia na nią uwagi i czasu. To dziś najcenniejszy zasób. Ale nie chcę, żeby zabrzmiało to jak kolejny obowiązek. Bliskość to nie praca ponad siły. Czasami wszystko toczy się samo – jak dobrze naoliwiona maszyna. Trzeba jej tylko dać szansę. Trzeba jej dostarczyć energii, żeby mogła pracować.

Magdalena Gawrych: Wierzę w praktyczne rozwiązania. Każdy z nas ma kalendarz w telefonie. Można sobie ustawić alarm raz w tygodniu na rozmowę z bliską osobą na ważne tematy. Na przykład zawsze we wtorki od 21 do 22 rozmowa o uczuciach, bez wymówek. Pierwszy raz – głupia sprawa, niezręcznie. Drugi raz też, zwłaszcza jak się ma dwudziestopięcioletni staż w związku. Ale po dwóch latach widać już doskonale, jak bardzo taka rutyna zmienia perspektywę, jak bardzo zwiększa poziom intymności. Wszyscy kochamy spontaniczność, ale tego typu rutyny ratują związki. Zwłaszcza, że – jak mówił profesor Bogdan Wojciszke – w kulturze Zachodu, jeśli zanika intymność, czyli bliskość, czujemy się uprawnieni, żeby poszukać sobie nowego związku.

Tomasz Sobierajski: Podobnie jest z dotykiem. To też jest kwestia praktyki. Niestety, dotyk w naszej kulturze coraz częściej kojarzy się z czymś niepożądanym, ze „złym dotykiem”. Kiedy wsiadamy do zatłoczonego metra, wielu z nas niemal automatycznie aktywuje miejską strategię: potrafimy przecisnąć się przez cały wagon, nie dotykając nikogo, nawet nie muskając. I absolutnie nie chodzi mi o to, żebyśmy zaczęli się przytulać w metrze do obcych ludzi.

Chodzi raczej o to, by wrócić do dotyku z bliskimi. Zacząć od prostych gestów – dotknięcia, pogłaskania, mocniejszego przytulenia. My naprawdę bardzo tego potrzebujemy. I warto tę gotowość na dotyk odnaleźć – zarówno w sobie, jak i w drugiej osobie.

Pytanie z sali: Jedno z pytań dotyczyło kryteriów oceny, kiedy powinniśmy wyjść z relacji. Chciałbym zadać odwrotne pytanie: kiedy możemy mówić o sytuacji, że ktoś kończy relację, chociaż słusznie byłoby ją zachować? Przecież problemem naszych czasów, jest ucieczka od relacji.

Magdalena Gawrych: Rzeczywiście, skąd wiemy, że decyzja o rozstaniu była dobra? Ja nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ale mam klientów, od których się uczę. Są tacy, którzy mimo że są zdradzani, stracili zaufanie, bliskość, potrafią powiedzieć: „Mam plan. Nie da się sprawić, żeby w jeden dzień odzyskać szczęśliwą relację. Było wiele czynników, które to popsuło. Umiem je zidentyfikować. Teraz trzeba się wziąć do roboty i ja to zrobię”. Podziwiam takie osoby. Całe zaplecze naukowe twierdzi, że, biorąc pod uwagę obiektywne wskaźniki, trzeba taką relację zerwać. Jest jakiś rodzaj odwagi w takiej determinacji w ratowaniu związku.

Bartosz Wieczorek: Jedno z badań, które czytałem, przygotowując się do rozmowy, wskazywało, że ponad 70 procent osób po upływie dłuższego czasu zaczyna żałować rozstania.

Magdalena Gawrych: To dość przerażające – wchodzenie w kolejne i kolejne związki bez zrozumienia, co niosę w moim plecaku. Jeśli rozpadowi relacji nie towarzyszy pogłębiona refleksja, to znaczy, że kolejny związek rozpocznie się z całym intrapsychicznym bagażem, który zaciążył na poprzednim związku. Nie dziwi to, że ludzie mogą na koniec życia żałować, że się rozstali. Jak w dowcipie, że trzecia żona podobna do drugiej, a ta z kolei do pierwszej. Więc po co tyle zachodu? A to chodzi o to, co mam w plecaku.

Pytanie z sali: Jak rozpoznać dojrzałość w sobie i w bliskiej osobie?

Tomasz Sobierajski: Polecam książkę, którą napisałem wspólnie z Elizą Michalik „Dojrzałość. Jak się odnaleźć w kulturze zdziecinnienia”. Rozpatrujemy w niej pojęcie dojrzałości z różnych perspektyw, bo rzeczywiście mamy dziś do czynienia z wieloma osobami, które są dorosłe metrykalnie, ale niedojrzałe emocjonalnie.

W przestrzeni publicznej często powtarza się narrację, że dojrzałość nie jest atrakcyjna, że dorosłość jest trudna i nudna. Tymczasem mamy sporo ludzi, którzy – choć noszą garnitur, mają samochód, stanowisko, teczkę – w środku wciąż pozostają dziećmi.

Magdalena Gawrych: Pierwszym wskaźnikiem dojrzałości jest zdolność do autorefleksji. To jest już solidna podstawa. Jeśli doprowadzi do zrozumienia, że nie jesteśmy idealni, to jest już bardzo dobrze. Kolejnym krokiem jest zdolność wykrzesania z siebie motywacji do pracy nad sobą. To mogą być drobne sprawy, żeby na przykład nauczyć się przestawiać kubek tam, gdzie ktoś prosił, żeby go przestawiać.

Pytanie z sali: Spotkałam się z przypadkiem dorosłej osoby na terapii z zespołem stresu pourazowego. Okazało się, że jako dziecko była wręcz atakowana miłością, że była cały czas przytulana, chociaż tego nie chciała. Czy jest jakiś sposób, żeby oswajać z bliskością osobę, która jej nie chce, bo się jej boi?

Tomasz Sobierajski: Trzeba dać drugiej osobie czas. Często jest tak, że po kłótni samo przytulenie niczego nie załatwia i w niczym nie pomoże – potrzebna jest rozmowa. Ale gdy nie mamy pewności, warto po prostu zapytać. Usłyszymy wtedy „tak” albo „nie” – i to jest w porządku.

Każdy z nas ma inne granice. To dobrze widać, gdy jedziemy na wakacje – do Włoch, albo jeszcze dalej, na przykład do krajów północnej Afryki. Tamte standardy bliskości fizycznej, nawet między obcymi ludźmi, mogą nas zaskakiwać albo wręcz przerażać. Mamy wtedy pełne prawo powiedzieć: „nie chcę”, „nie lubię tego”, „nie czuję się z tym dobrze”. I to też jest element dojrzałości w relacjach – że potrafimy powiedzieć drugiej osobie, że coś nam nie odpowiada.

Magdalena Gawrych: Nie tylko w różnych kulturach, ale również w naszych domach ludzie mają różne potrzeby kontaktu fizycznego. Może tak być, że stałe dotykanie osoby, która jest nadwrażliwa dotykowo, może być dla niej trudne, nawet traumatyczne. A są osoby, które potrzebują bardzo dużo dotyku, silnego dotykania. W parach to jest bardzo częsty problem. Jak to zrobić, żeby ta bliskość znaczyła dla nas to samo, też w obszarze dotyku, też w obszarze seksualności, która jest przede wszystkim sensoryczna? W takich parach konieczne są nie tylko rozmowy, ale też na przykład trening dotykowy.

Pytanie z sali: Na warsztatach z teologii ciała Jana Pawła II analizujemy piękną metaforę stworzenia człowieka. Można ją interpretować w ten sposób, że Adam „zasłużył” na Ewę, dopiero, kiedy się zorientował, kim jest, że jest sam i że potrzebny mu jest drugi człowiek. A więc kiedy dojrzał – sam ze sobą.

Tomasz Sobierajski: Chociaż rzeczywiście kultura indywidualizmu sprawia, że się od siebie oddalamy, to mówimy tu o źle pojmowanym indywidualizmie. Nie ma nic złego w tym, że chcemy się rozwijać – przeciwnie, to jest potrzebne. Żeby bliskość mogła istnieć, musimy najpierw poznać samych siebie. Spojrzenie w siebie jest potrzebne – ale ważne, żeby się w tym nie zatracić.

Trzeba pamiętać, że oprócz „ja” jest jeszcze „my”  w bardzo różnym zakresie: w relacjach, w środowisku sąsiedzkim, w miejscu pracy, w społeczeństwie. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Jesteśmy zależni od innych ludzi – i to właśnie dzięki nim możemy przetrwać. Bliskość z innymi jest nam po prostu niezbędna.

Tomasz Sobierajski
Profesor socjologii, specjalista z zakresu nauk medycznych i zdrowia publicznego, trener komunikacji interpersonalnej i medycznej, kierownik Ośrodka Badań Socjomedycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

Magdalena Gawrych
Doktor psychologii klinicznej, terapeuta psychoseksualny, trener doradca i psychoterapeuta systemowy, Instytut Psychologii, Zakładu Psychologii Klinicznej Człowieka Dorosłego Akademii Pedagogiki Specjalnej.

Opublikowano 19.08.2025

ZOBACZ RÓWNIEŻ

PIąty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.
Pierwsze spektakle Festiwalu Nowe Epifanie, warsztaty z higieny cyfrowej w ramach nowego projektu „Ciszej…” i wiele więcej. Co wybieracie z naszych lutowych propozycji?
Rozpoczynamy nabór do Chóru Centrum Myśli Jana Pawła II. Tym razem szczególnie zapraszamy głosy męskie.
Czwarty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.