Kochać nieskończenie rzeczy skończone

Młode spojrzenie

„Tendresse. Wolę to słowo niż polskie czułość. Kiedy ściska w gardle, dlatego że istota, na którą patrzę, jest tak bardzo krucha, ranliwa, śmiertelna, wtedy tendresse”. (Czesław Miłosz)

Nie będę porywać się tutaj na definicję bliskości – pozostawiam to lepszym i mądrzejszym ode mnie. Wydaje mi się ona zresztą jednym z tych słów, które im mocniej próbuje się wepchnąć w precyzyjne ramy, tym bardziej tracą swoje znaczenie. Bo czym jest bliskość na progu drugiego ćwierćwiecza? Słyszymy, że pora radykalnie przeformułować pojęcia rodziny, małżeństwa, przyjaźni. Nasze staromodne rozumienie relacji jako więzi opartych na bezpośrednim, fizycznym kontakcie nie wytrzymuje próby czasu. Przyjaźnie i związki utrzymywane na odległość mają spełniać nasze społeczne i emocjonalne potrzeby równie dobrze jak dawne wspólnoty, wytworzone na gruncie wspólnego języka, miejsca zamieszkania, a przede wszystkim wspólnego interesu. Wspólnota jest niezbędna dla przetrwania – komunał, który nieustannie trzeba przypominać.

We współczesnym wydaniu demokratyzmu – który zakłada, że wszyscy ludzie są równi, ponieważ każda tożsamość i styl życia są tak samo wartościowe – poczucie bliskości ulega szczególnemu rozbiciu. Przedstawiamy tożsamości etniczne, ideologiczne i klasową – czyli szeroko rozumianą różnorodność doświadczeń – jako czynniki, które nas indywidualizują. Aby zapobiec wyalienowaniu i wzajemnemu zwalczaniu się owych tożsamości, orzekamy, że budowanie wspólnoty powinno polegać na poszerzaniu tolerancji wobec każdej z tych grup i włączaniu ich w obręb wspólnoty, nie zmuszając do asymilacji. To sprawia, że wspólnota traci swoje uniwersalizujące fundamenty, ponieważ musi zrezygnować z własnej tożsamości, ewentualnie oprzeć ją wyłącznie na dzielonym interesie.

Pragniemy reprezentacji i identyfikacji, więc wynajdujemy kolejne mikrowspólnoty, przez co tracimy poczucie, że ponad różnorodnością, która nas dzieli, łączy nas coś znacznie większego i bardziej uniwersalnego niż wybrane przez nas środowisko. Jest to wspólnota ogólnoludzka.

Komunia ludzkiego doświadczenia umożliwia nam dotarcie do bliźniego ponad podziałami. Pozwala nam czuć się tak samo blisko renesansowego poety jak koleżanki z klasy. Pozwala uznać człowieka głosującego na odmienną opcję polityczną za równie rozsądnego jak my sami. Pragnienie, by tę komunię przechować i przekazać dalej, motywuje nas do zatroszczenia się o przyszłe pokolenia, chociaż wymaga to wyrzeczeń z naszej strony. Bez tej komunii nie mamy żadnego kontaktu ani z przeszłością, ani z przyszłością.

*

Bliskość, wbrew swojej nazwie, oznacza często wyjście, oddalenie się. Wyjście ze strefy komfortu, spojrzenie na siebie z dystansu, zrozumienie wyborów sprzecznych z naszymi. Oddalenie się – bo „pokochać siebie” może znaczyć „spojrzeć na siebie oczami kogoś, kto mnie kocha”. Nagle dowiadujemy się, jak daleko od siebie jesteśmy.

Możemy, jak Werter, szukać świata w sobie, i załamać się pod jego ciężarem. Chętnie bierzemy na barki jarzmo wojenek o rację. Wojenek, których śmieszność jest tym tragiczniejsza, że często wynikają z autentycznego przejęcia. Większość współczesnych histerii pochodzi ze szczerej troski o drugiego człowieka, która napotkawszy barierę oschłości i cynizmu, rozlewa się na ogół ludzkości. Trwonimy wtedy czas na walkę za sprawy, których świętości jesteśmy pewni, choć podebraliśmy je z innego kontynentu.

Możemy też wrócić do siebie, by odnaleźć prawdę. Allan Bloom, amerykański filozof, odwołując się do Platona i Jeana Jacques’a Rousseau, twierdził, że poszukiwanie dobra wymaga wyjścia z jaskini kultury – w tym celu musimy wsłuchać się w swoją naturę. Ale do tego potrzebujemy zaufania. Zaufania do siebie – że nasz osąd jest właściwy, nieskażony manipulacją i zgiełkiem, że podążamy za głosem płynącym z najgłębszego wnętrza, chociaż jest „słabo słyszalny / i prawie nieartykułowany”. Zaufania do drugiego człowieka – że jego osąd nie wynika z podłości czy głupoty, lecz wypowiada go taki sam głos wewnętrzny, jaki mówi do nas. Nie możemy zatem ulegać demagogicznej retoryce, która rości pretensje do naszej moralności. Co więcej – często musimy kwestionować własne sądy z pełną świadomością, że nikt ich jednoznacznie nie rozstrzygnie – nie zapominając, że to wcale nie oznacza relatywizmu dobra i zła.

Zaufanie to wybór. Mówimy, że „obdarzyliśmy” kogoś zaufaniem, a on albo jest go „godny”, albo je „stracił”. Zaufanie jest skarbem, który można zgubić – częściej z niedbałości i nieuwagi niż ze złej woli. Kiedy nasze zaufanie zawiedziono, ale pomimo zranienia postanawiamy kogoś nim obdarzyć, często wcale nie ufamy tej osobie. Podejmujemy świadomy wybór, by jej zaufać. To jest krok wiary. Ten pierwszy krok musimy zrobić sami. Reszta dzieje się po drodze.

Mówię o zaufaniu, ponieważ bliskość to także odpowiedzialność. Nie wierzę, że nie mamy prawa niczego oczekiwać od innych, a o swoje potrzeby musimy dbać zupełnie sami. Doznajemy erozji więzów zależności i odpowiedzialności – przy czym coraz trudniej znaleźć argumenty, dlaczego właściwie powinniśmy je pielęgnować. Miłosierny Samarytanin wychodzi ze słownika. A przecież poczucie obowiązku wobec drugiego człowieka, nawet jeśli jego dopełnienie jest nieprzyjemne, zbudowało naszą cywilizację. Inaczej zostawialibyśmy rannych współplemieńców na pastwę losu.

Wydaje mi się, że w dobie politycznej polaryzacji szczególnie ważne jest, by dostrzec ten aspekt bliskości. Bliskość znaczy: widzę ogromną przepaść, która mnie od ciebie dzieli. Wiem, że nasze doświadczenia sprawiają, że mówimy zupełnie różnymi językami i nie mamy szans na porozumienie. Widzę też, że jest jakiś poziom, na którym rozumieją się wszyscy ludzie, wspólnota doświadczenia ludzkiego, którego istotą jest kruchość i przemijanie. I widzę poziom, na którym rozumiemy się ponad tym wszystkim, ponad innymi ludźmi, z którymi nas coś łączy i dzieli. Bliskość jest wtedy, kiedy robimy ten krok nad przepaścią.

*

Jako ludzie być może nigdy nie pogodzimy się z istnieniem czasu. Dla świętego Augustyna pytanie o temporalność było jednym z podstawowych. Jak to możliwe – zastanawiał się – aby Bóg stworzył świat za pomocą słowa, skoro dźwięk roznosi się dzięki sile materialnej? Aby powstała przestrzeń, w której mogłoby wybrzmieć przemijające słowo, musiałby ją stworzyć bez udziału słowa. Augustyn wyciąga z tego wniosek, że Słowo, w którym wszystko jest wypowiadane, rozbrzmiewa wiecznie. Inaczej nie byłoby niezmienne, lecz podlegałoby władzy czasu. A wówczas nie byłoby wieczności. Ojciec Kościoła odpiera argumenty manichejczyków (sprowadzające się do tego, że Bóg nie mógłby niczego stworzyć, samemu nie ulegając zmianie), którzy chcieliby zasmakować nieśmiertelności, chociaż ich myśl szamota się między ruchami rzeczy przeszłych i przyszłych, nie mogąc osiągnąć stałości. „Gdyby ktoś ujął ich myśl, uspokoił ją i nadał jej stałość choćby na krótką chwilę, to przynajmniej w owej chwili ujrzeliby blask zawsze spokojnej wieczności”. Twierdzi, że długość czasu wynika tylko z sumy przemijających po sobie ruchów, więc nie da się jej zbadać w obiektywny sposób. Jej rozciągłość mierzymy wrażeniem. Rzeczy przyjemne zdają się nam trwać krócej, a męki ciągną się w nieskończoność. Przeszłość i przyszłość nie istnieją, lecz są teraźniejszością poddaną procesom przemijania. Teraźniejszość nie ma żadnej rozciągłości, ponieważ ciągle staje się przeszłością. Możemy nią nazwać tylko niepodzielny, nieuchwytny moment. To uwaga człowieka przeprowadza przyszłość (której władzą jest oczekiwanie) do przeszłości (której domeną jest pamięć).

Przez media cyfrowe czujemy się zamknięci w pętli teraźniejszości. Osaczają nas newsy z ostatniej chwili i dziesięciosekundowe filmiki. Rozciągłość czasu ulega zniekształceniu. Chociaż uczestniczymy w codzienności, nie możemy uczestniczyć w niej w pełni, ponieważ nasza uwaga jest rozdarta pomiędzy stuporem i maksymalnym napięciem. Rozmywają się kategorie przeszłości i przyszłości, gdyż w internecie nic naprawdę nie mija, a ciągle coś przychodzi. Porywa nas natłok coraz to nowszych komunikatów, które zatrzymują nasze ciała i umysły w bezruchu. Jesteśmy zatrzaśnięci w chwili, jednocześnie w ogóle w niej nie będąc. Tracimy pamięć o naszej przeszłości, pamiętając wszystko (wszak w internecie nic nie ginie), tkwimy w „tu i teraz”, ale nie poświęcamy temu uwagi, i oczekujemy czegoś, co nudzi nas prędzej, niż odchodzi. Dusza, która według teologa miała być zdolna do zespolenia temporalnych wymiarów dzięki połączeniu swoich władz, obumiera zawieszona w limbo nieczasu.

Augustyn uważał, że źródłem grzechu jest nawyk, czyli zamknięcie w cyklu, który przerwać może wyłącznie miłość. Łatwo sprowadzić bliskość do rozstań i powrotów. Nie ma w nich nic złego, a bezsensowny sprzeciw wobec przemian pór roku i rutyny kontaktów międzyludzkich leży u podstaw tego, co Johann Wolfgang von Goethe nazywał Weltschmerz, bólem świata. W duszy łaknącej ciągle nowych wrażeń, odmawiającej uznania twardych praw natury i konwencji, dojrzewa śmierć. Ratunek znajduje w zgodzie na warunki istnienia, które zostały jej narzucone, i wypełnianiu obowiązków.

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach, w których przyzwyczajenie zawiera sojusz z nienasyceniem podnietami. Pielęgnowanie bliskości wymaga ogromnego wysiłku, może nawet tresury uwagi, jak określiłaby to Simone Weil. Pisała ona, że jeśli nie utrzymujemy naszej uwagi ciągle w maksymalnym napięciu, jeśli pozwalamy światu i jego pięknu umknąć, gdy jesteśmy zajęci czymś innym, jeśli odwracamy naszą uwagę od bliźniego – to może nie ma cięższego grzechu. Przeciwstawiała temu mierność, której podstawową cechą jest nuda. Nuda – także taka, której nie są w stanie zabić przyjaciele ani nawet piękno zakochania – zawsze była w literaturze znakiem końca epoki. To nuda prowadzi do (również intelektualnej) rozwiązłości. Simone Weil była nieufna wobec wyobraźni, która ze zła robi coś pociągającego, a z dobra monotonnego – chociaż rzeczywiste zło jest jałowe, a rzeczywiste dobro zawsze nowe i upajające. Zbigniew Herbert w odpowiedzi proponował, aby wyobraźnia była ruchem wahadłowym od cierpienia do cierpienia. Jestem przekonana, że bez tego ruchu nie ma bliskości.

*

„Istoty, które kocham, są stworzeniami. Urodziły się z przypadku. Moje spotkanie z nimi jest również przypadkiem. Wiem, że umrą. Co myślą, co czują, co robią, jest ograniczone i jest mieszaniną dobra i zła. Wiedzieć to całą duszą i kochać je nie mniej. Naśladować Boga, który kocha nieskończenie rzeczy skończone jako skończone”. (Simone Weil)

Poświęcamy nasz krótki, śmiertelny czas obcowaniu z umarłymi. Co to mówi o człowieku? Myślę, że coś niezwykłego. Kochamy naszych umarłych z niewiarygodnego dystansu, jaki nas od nich dzieli. Możemy oglądać transmisje z placu Świętego Piotra i otrzymać w ten sposób odpust zupełny, możemy łączyć się ze współpracownikami po drugiej stronie globu i zdobywać cyfrowe książki zza oceanu. Ale do umarłych nie ma żadnego telefonu. Śmierć budzi sprzeciw, ponieważ zaprzecza wszystkiemu, czym zalecają się do nas algorytmy. Prowadzi to do tego, że społeczeństwo cyfrowe próbuje zaprzeczyć śmierci, prowadząc profile nieżyjących na Facebooku oraz zaszczepiając kult chwili, ciała i młodości.

Ich nieobecność na zawsze zmienia to, jak liczymy swój czas na ziemi. Nie chodzi tylko o uświadomienie sobie własnego końca. Dystans, który osiągamy w tej chwili, pozwala nam spojrzeć na drogą osobę z perspektywy wcześniej niedostępnej – często śmielszej, ale też bardziej wrażliwej. Nasza przyszłość zostaje negatywnie zdefiniowana przez brak – brak ukochanej twarzy przy stole. Brak wsparcia najbliższej osoby, gdy najbardziej jej potrzebujemy. Łapię się na wykręcaniu jej numeru telefonu, by podzielić się moją radością albo strachem. Jeśli cokolwiek oburza mnie w śmierci, to jej zazdrość. Andrzej Wróblewski wielkim tematem swojego malarstwa uczynił moment, kiedy ciepłe, oddychające, ukochane ciało zmienia się w przedmiot, który trzeba zutylizować. Kradzież ciała, które kocham – tego śmierci nie wybaczę. Czesław Miłosz miał pełną rację, gdy postulował, że w Raju musi zachować się cielesność rzeczy, „(…) ruch krwi / Tam powinien być dalej triumfalnym ruchem / Wyższego, że tak powiem, stopnia”.

Ze zmarłymi nie dzielimy interesu, a sięgamy do nich ponad największą przepaścią, bez nadziei, że ktoś złapie nasze palce. Właściwie często nam przeszkadzają. Józef Czapski, świadek katastrof XX wieku, cudem ocalały ze zbrodni katyńskiej, w swoich dziennikach nieustannie z nimi rozmawiał. W Dzień Zaduszny 1961 roku zanotował:

„Ta moja obojętność nie jest obojętnością, jeżeli jestem w robocie, jeżeli dla roboty opuszczam Was – Mszę za Was czy Wasz cmentarz. Bo wtedy może jesteście ze mną i we mnie, gdy pracuję. Ale jeżeli Was opuszczam, a jeszcze pcham się, żeby «żyć», «użyć» (jak to jest encore une minute, mounsier le bourreau), to wtedy naprawdę Was zdradzam”. Może to, że potrafimy kochać z takiej odległości, mogłoby nas nauczyć czegoś o bliskości w czasach dystansu.

Zofia Becker
Studentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, stypendystka m.st. Warszawy im. Jana Pawła II.
Interesuje się literaturą romantyzmu i XX wieku.


Opublikowano 03.09.2025

ZOBACZ RÓWNIEŻ

PIąty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.
Pierwsze spektakle Festiwalu Nowe Epifanie, warsztaty z higieny cyfrowej w ramach nowego projektu „Ciszej…” i wiele więcej. Co wybieracie z naszych lutowych propozycji?
Rozpoczynamy nabór do Chóru Centrum Myśli Jana Pawła II. Tym razem szczególnie zapraszamy głosy męskie.
Czwarty odcinek specjalny podcastu „Słuchając drogi” już dostępny! To seria rozmów przygotowanych w ramach Festiwalu Nowe Epifanie.

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.