Pierwsze dekady III Rzeczypospolitej upłynęły pod znakiem antyspołecznej i antywspólnotowej optyki liberalnej. Ostatnie kilkanaście lat to częściowe odrodzenie myślenia w kategoriach wsparcia słabszych, potrzebujących, mniej „rozwiniętych”. Czy ta zmiana będzie trwała?
Upadek komunizmu nastąpił w okresie popularności ideologii neoliberalnej. Zrodzony w Polsce wyjątkowy ruch społeczny „Solidarności”, bazujący na robotnikach, związku zawodowym i przemyśle, nieoczekiwanie zderzył się z zupełnie innym Zachodem niż ten, który sobie wyobrażano. W jednym z wywiadów Zbigniew Romaszewski, ważna postać opozycji demokratycznej, trafnie zauważył: „Jeśli wiedzieliśmy coś o kapitalizmie, to raczej w wersji »państwa dobrobytu« Galbraitha czy Keynesa – oglądanego oczyma tych szczęśliwców, którzy je widzieli – niż systemu produkującego również nierówności i kryzysy gospodarcze. Podobnie jak ludy pierwotne wyniszczone przez zarazki przyniesione przez Europejczyków, byliśmy zupełnie pozbawieni odporności na wirusa liberalizmu”.
Był to moment triumfu doktryny symbolizowanej przez Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Choć w powszechnym polskim odbiorze postaci te są przywoływane wraz z Janem Pawłem II w kontekście obalenia komunizmu, to ideologia i skutki neoliberalizmu miały niewiele, jeśli nie zgoła nic, wspólnego z wymową społecznych encyklik Laborem exercens, Centesimus annus czy Sollicitudo rei socialis. Choć zgodnie z duchem ówczesnej epoki podejmowano liczne próby uwikłania nauczania papieża w doktrynę neoliberalizmu/neokonserwatyzmu, polegało to na dość cynicznym i doktrynalnym żonglowaniu cytatami, a przede wszystkim na niezrozumieniu wspólnotowej optyki społecznego nauczania Kościoła oraz na przemilczaniu społecznych skutków ekstremalnie pojmowanego wolnego rynku.
Ze skrajności w skrajność
Zachłyśnięcie się nową rzeczywistością wykluczało pojawienie się jakichkolwiek wątpliwości. Choćby takich, jakie sformułował John Gray – niegdyś doradca Thatcher i orędownik jej polityki, następnie krytyk społecznych skutków wdrażania doktryny wolnorynkowej. Zwrócił on uwagę nie tylko na dość dobrze rozpoznane w krajach Zachodu społeczno-ekonomiczne problemy, jak rosnące bezrobocie, ubóstwo, niszczenie przemysłu i związanych z nim społeczności. Gray wnikliwie analizował także przemiany w strukturze społecznej i strukturze kulturowo-
-moralnej. W tekście „Dziwna śmierć Anglii torysów” pisał: „Destruktywna polityka deregulacji rynku pracy, która w latach osiemdziesiątych rozbijała ruch związkowy, w latach dziewięćdziesiątych zaczęła niszczyć tkankę klas średnich wykonujących wolne zawody (…). Jednym z najważniejszych skutków zastosowanej w Wielkiej Brytanii po 1979 roku radykalnej strategii wolnorynkowej był demontaż tych koalicji interesów ekonomicznych i grup społecznych, które były rękojmią istnienia konserwatyzmu przedthatcherowskiego. (…) Średnioterminowym skutkiem neoliberalnej polityki konserwatystów w Wielkiej Brytanii jest erozja etosu w takich instytucjach jak służba państwowa i służba zdrowia, które poddano reformie zgodnej z receptami myślenia kontraktowego i menedżerskiego. Jakby było mało tej dewastacji znaczącego obszaru brytyjskiego dziedzictwa instytucji obywatelskich, owo neoliberalne dążenie do wtłoczenia życia społecznego w prymitywne ramy modelu wymiany rynkowej przyspieszyło delegitymizację takich instytucji jak monarchia i Kościół. (…) Anglia torysów – owa bogata sieć wzajemnie powiązanych interesów, więzi szacunku społecznego i odziedziczonych instytucji, sieć, którą zdolność polityczna torysów skutecznie chroniła i odtwarzała poprzez umiejętną jej adaptację do instytucji demokratycznych Wielkiej Brytanii – ta Anglia torysów jest dziś praktycznie martwa”.
Nie omieszkał on też skrytykować prób nadania „reformom szokowym” sznytu konserwatywnego. Pisał o prawicowych admiratorach polityki wolnorynkowej, iż lekceważą „podstawową sprzeczność w ich myśli i polityce – sprzeczność między wspieraniem permanentnej rewolucji globalizacji rynku a ochroną stabilnych form życia rodzinnego i społecznego”.
W ówczesnej Polsce nikt nie słuchał takich przestróg. Nie potrafiliśmy uczyć się na cudzych błędach, lecz zapamiętale brnęliśmy w ich lokalne wariacje, nierzadko nadając im swoiste turbodoładowanie. Ponad 20 pierwszych lat istnienia III RP było okresem polityki neoliberalnej, z niewielkimi wyjątkami realizowanej powszechnie i ponad podziałami politycznymi. Nie chodziło tylko o konkretne posunięcia gospodarcze realizowane w duchu liberalnej znieczulicy. Koszt społeczny wysokiego bezrobocia, niskich płac, ubóstwa, masowej emigracji za chlebem, dewastacji substancji przemysłowej itp. był ogromny – a nie wyczerpuje to listy spustoszeń. Narzucono wówczas indywidualistyczno-egoistyczne zasady i wartości także w mniej widocznych sferach życia. Ich skutki w pełnej okazałości dopiero odczujemy. Choćby wprowadzenia systemu zabezpieczenia na starość opartego o indywidualne konta emerytalne. W kraju wysokiego bezrobocia czy rozpowszechnionych tzw. umów śmieciowych oznacza to ubóstwo wielu seniorów. Z kolei indywidualistyczna logika podatkowa – np. „pieniądze idą za uczniem” czy finansowanie wydatków samorządów lokalnych głównie z podatków mieszkańców – sprawi, że w obliczu zapaści demograficznej będziemy likwidowali tysiące „nierentownych” niekomercyjnych podmiotów i podstawowych usług publicznych oraz funkcji społecznych świadczonych przez niezdolne je sfinansować wyludniające się miejscowości, gminy i regiony. Coś, co wydawało się remedium na komunistyczny kolektywizm, zaprowadziło nas ku kolejnej szkodliwej skrajności.
Krach i zwrot
Choć w owym okresie chętnie przywoływano w debacie publicznej postać Jana Pawła II, rzeczywistość pierwszych dekad III RP nie miała wiele wspólnego z jego nauczaniem. Choćby z przywołaną w Centesimus annus wizją i praktyką ustrojową: „W niektórych krajach i w pewnych dziedzinach podjęto konstruktywny wysiłek odbudowy po zniszczeniach wojennych społeczeństwa demokratycznego, rządzącego się sprawiedliwością społeczną, która pozbawia komunizm rewolucyjnego potencjału w postaci wyzyskiwanych i uciskanych rzesz ludzkich. Próby te polegają zwykle na staraniach o utrzymanie mechanizmów wolnego rynku, zapewnienie – poprzez stabilność pieniądza i pewność stosunków społecznych warunków stałego i zdrowego rozwoju gospodarczego, który ludziom pozwala własną pracą budować lepszą przyszłość dla siebie i dla swych dzieci. Równocześnie kraje te starają się o to, by mechanizmy rynkowe nie stały się jedynym punktem odniesienia dla życia społeczeństwa i dążą do poddania ich kontroli społecznej, która by urzeczywistniała zasadę powszechnego przeznaczenia dóbr ziemi. Stosunkowo liczne możliwości pracy, istnienie solidnego systemu ubezpieczeń społecznych i przysposobienia zawodowego, wolność zrzeszania się oraz skuteczna działalność związków zawodowych, zabezpieczenie w przypadku bezrobocia, środki zapewniające demokratyczny udział w życiu społecznym w tym kontekście sprawiają, że praca przestaje być »towarem«, i zapewniają godne jej wykonywanie”.
W dalszej części tej samej rozprawy papież wskazywał (w roku 1991) na niebezpieczeństwo, które w kolejnych latach stało się polską rzeczywistością: „Wielkie rzesze ludzkie żyją nadal w warunkach skrajnej nędzy materialnej i moralnej. Upadek systemu komunistycznego w wielu krajach usuwa niewątpliwie jedną z przeszkód, które nie pozwalały skutecznie i w sposób realistyczny stawić czoła tym problemom, nie wystarcza jednak do ich rozwiązania. Istnieje wręcz niebezpieczeństwo rozpowszechnienia się radykalnej ideologii kapitalizmu, która odmawia nawet ich rozpatrywania, uważając a priori za skazane na niepowodzenie wszelkie próby stawienia im czoła, pozostawiając ze ślepą wiarą ich rozwiązanie swobodnej grze sił rynkowych”.
Od kilkunastu lat możemy mówić o pewnej reorientacji. Jej nieśmiałe początki należy wiązać ze zmianą klimatu intelektualnego po wielkim kryzysie finansowym z roku 2008. W sukurs prospołecznemu myśleniu, związanemu z krachem „kasynowego kapitalizmu”, przyszły m.in. opłakane skutki narzucenia przez Unię Europejską neoliberalnej ortodoksji Grecji i innym krajom południa kontynentu – „oszczędności finansowe” zwiększyły skalę problemów społecznych, podobnie zresztą jak cała pokryzysowa polityka austerity w Europie. W polskim przypadku na naśladownictwo zachodnich trendów intelektualnych nałożyły się coraz bardziej dotkliwe zjawiska wewnętrzne. Początek drugiej dekady XXI stulecia to m.in. dyskusje o braku wsparcia socjalnego, erupcji umów śmieciowych i ich skutkach, braku dostępności mieszkań dla młodych, zapaści demograficznej, luce pokoleniowej spowodowanej migracjami zarobkowymi itp.
Wszystko to przyniosło wkrótce zmianę polityczną, a wraz z nią reorientację w kwestii systemu pomocy rodzinno-socjalnej, ochrony pracowników i zwiększenia ich uposażeń, zapewniania instytucjonalnego wsparcia na kilku płaszczyznach (np. opieki nad dziećmi). Pozwoliło także poszerzyć debatę o kolejne kwestie społeczne, jak marginalizacja i wyludnianie się prowincji, zapaść transportu zbiorowego i wykluczenie komunikacyjne, rosnące problemy z dostępnością do leczenia, brak polityki mieszkaniowej i zamiana substancji lokalowej w towar spekulacyjny. Niekorzystny trend demograficzny, paradoksalnie, wzmocnił pozycję pracowników, gdyż po raz pierwszy w III RP znacznie zmalało bezrobocie (na rynek pracy wchodziły osoby z pokoleń niżu demograficznego, a na emerytury odchodziły roczniki wyżowe), a osoby świadczące pracę zyskały lepszą pozycję negocjacyjną.
W efekcie mogliśmy mówić o pewnej zmianie tonu debaty publicznej. Po niemal ćwierćwieczu całkowitej dominacji optyki liberalno-indywidualistycznej uprawnione stały się także refleksje wspólnotowe oraz postrzeganie rzeczywistości nie tylko przez pryzmat indywidualny. Do debaty weszło ujęcie całościowe, systemowe, generacyjne, klasowe, regionalne itp., w miejsce wyłącznie jednostkowych sukcesów i porażek, rzekomo przyrodzonych wad, negatywnych cech i obciążeń, a także dokonań (lub ich braku) postrzeganych poza kontekstem zasobów i możliwości posiadanych w momencie startu. Można powiedzieć, że problematyka społeczna zaczęła być w Polsce postrzegana nie tylko przez ograniczony, a nierzadko fałszywy, pryzmat „bycia kowalem własnego losu”, a zaczęto zauważać to, co przez papieża Polaka było nazywane – np. w Sollicitudo rei socialis – „strukturami grzechu”: systemowe uwarunkowania problemów społecznych dotykających jednostek i zbiorowości.
Reegoizacja
Ten pozytywny zwrot/trend został jednak szybko podkopany. Wydaje się, że za częściowy odwrót ku egoizmowi odpowiada kilka czynników. Pierwszy jest najprostszy do zidentyfikowania i wielokrotnie powtarzany w dziejach. To swoista kontrofensywa ideologiczna i polityczna tych grup, które straciły na zwrocie prospołecznym – czy to finansowo, czy symbolicznie. Wzmocnienie pozycji pracowników odbyło się kosztem zmniejszenia zysków i pola manewru środowisk biznesowych. Poprawa sytuacji bytowej najsłabszych sprawiła też, że zmniejszył się dystans między nimi a zamożniejszymi warstwami. Umożliwiła tym pierwszym udział w formach konsumpcji dotychczas elitarnych, zarezerwowanych dla lepiej sytuowanych. W badaniach społecznych ostatnich lat często pojawia się ta charakterystyczna dla klas średniej i wyższej tendencja, które nie obniżyły poziomu własnego życia, ale symbolicznie dotknęło je to, że poprawie uległa sytuacja słabszych. Zaowocowało to swoistym turbodoładowaniem postaw antywspólnotowych i egoizmu klasowego/grupowego środowisk silniejszych.
Na to nałożyła się tendencja, którą wcześniej zaobserwowano w Brazylii jako skutek tamtejszych szeroko zakrojonych programów wspierających rodziny. Zarówno tam, jak i w Polsce część osób, którym udało się dzięki wsparciu publicznemu wydostać z ubóstwa, zinternalizowała wartości grup zamożniejszych i odwróciła się plecami do tych, którzy wciąż pozostali w gorszej sytuacji. Mimo iż jeszcze niedawno dzielili z nimi podobny los.
Drugim czynnikiem „reegoizacji” była pandemia COVID-19. Bezpośrednie zagrożenie zdrowia i unikanie niebezpieczeństwa, obostrzenia sanitarno-izolacyjne czy ograniczony dostęp do leczenia i opieki zaowocowały wsobnością, rozkwitem strategii indywidualnego przetrwania. Był to skutek długofalowy i częściowo paradoksalny, bowiem początki bezprecedensowej globalnej pandemii były przez wielu komentatorów traktowane jako moment zmiany społecznej w duchu wspólnotowości, troski o słabszych, docenienia zawodów ważnych społecznie, a dotychczas mizernie wycenianych i docenianych przez rynek. Niestety wiele dobrych odruchów i emocji okazało się krótkotrwałymi.
Jeszcze innym czynnikiem, który nadszarpnął odrodzenie się ducha wspólnotowego, był wywołany napaścią Rosji na Ukrainę kryzys energetyczno-inflacyjny, który nałożył się na podobne tendencje zapoczątkowane już w trakcie pandemii i związane z zerwaniem tzw. łańcuchów dostaw i innymi czynnikami generującymi wyższe ceny. Znaczny wzrost kosztów życia i utrzymania, w tym cen podstawowych dóbr, również zaowocował postawami wsobnymi, troską tylko o siebie i najbliższych.
To wszystko wydaje się mieć także wymiar generacyjny, a raczej stanowiący splot zmiany pokoleniowej z towarzyszącymi jej przemianami strukturalnymi. Niegdyś „Solidarność” i wiele ruchów na rzecz reform społecznych, ale także znacznie mniej spektakularnych form aktywności na rzecz dobra wspólnego czy bliźnich, było zakorzenionych w kulturze wspólnotowej, uwarunkowanej m.in. realiami materialnymi (duże zakłady pracy, osiedla robotnicze, żywe i pełne kontaktów sąsiedztwa, rozmaite zorganizowane i oddolne formy życia zbiorowego – świeckie i religijne). Dziś coraz więcej jest osób ukształtowanych w realiach zgoła odmiennych. Zatrudnieni w niewielkich firmach, w niestabilnych warunkach, prowadzący jednoosobowe działalności gospodarcze, rzucani za chlebem z dala od domów i stron rodzinnych, żyjący w skupiskach anonimowych i pozbawionych silnych więzi, spędzający nierzadko więcej czasu w cyberprzestrzeni niż w świecie rzeczywistych relacji, a także wychowani w duchu narracji liberalnej – w efekcie są podatni na hasła indywidualizmu, a wszelkie zobowiązania wobec innych skłonni są traktować jako dotkliwy przymus czy nieuprawnione żądanie.
Przewodnik z przeszłości
Nie chciałbym nad tą falą indywidualizmu rytualnie biadolić. Po pierwsze dlatego, że katastroficzne wizje bywają samospełniającym się proroctwem. Po drugie, i ważniejsze, jest się z czego cieszyć: mieliśmy w Polsce około dekady niespodziewanej erupcji myślenia bardziej wspólnotowego i prospołecznego. Po trzecie, choć w obecnym momencie dziejowym mamy zarówno silne tendencje ekonomiczne i kulturowe, które wzmacniają postawy indywidualistyczne, egocentryczne i egoistyczne, jednocześnie pojawiają się zjawiska o odmiennym wektorze. Poczynając od politycznej deglobalizacji, przez powrót do protekcjonizmu gospodarczego, a kończąc na renesansie postaw patriotycznych i dowartościowaniu tożsamości lokalnej. Na gruncie bardziej przyziemnym jest to m.in. starzenie się społeczeństwa, które sprawia, że jeśli nie chcemy stoczyć się w barbarię, będziemy musieli wprowadzić rozwiązania solidarnościowe i usługi opiekuńcze wspierające słabszą i zarazem liczną część populacji.
Jaką rolę mogłaby odgrywać w tym wszystkim społeczna nauka Kościoła? Odpowiem nieco życzeniowo. Ostatnie dekady oznaczały w Polsce dominację idei głównie liberalno-indywidualistycznych, w dodatku „importowanych” i naśladowanych ślepo, bez uwzględniania kontekstu dziejowego, sytuacyjnego i kulturowego. Sądzę, że Polska przyszłości potrzebuje czegoś więcej – i zasługuje na więcej. Na przykład sięgnięcia po te polskie tradycje, które w znakomity sposób łączyły postawy i idee nierzadko w innych krajach pozostające w ostrej sprzeczności.
Chrześcijański solidaryzm w tej jego wersji, którą znamy z Sierpnia ’80, łączący rewolucję moralną i rewindykację materialną na korzyść słabszych, łączący autentyczną i głęboką wspólnotowość z poszanowaniem swobód jednostkowych, łączący solidarność z wolnością, łączący wreszcie etos pracy z etosem twórczego buntu – to całkiem dobry przewodnik do poruszania się po nadchodzących, zapewne niełatwych, czasach i wyzwaniach.
Remigiusz Okraska
Remigiusz Okraska (ur. 1976)
Urodzony z 1976 r. redaktor naczelny pisma społeczno-politycznego „Nowy Obywatel”, z wykształcenia socjolog, publicysta, autor kilkuset tekstów, redaktor i pomysłodawca pierwszych/jedynych wznowień klasycznych tekstów z dorobku polskiej myśli społecznej (m.in. E. Abramowskiego, F. Stefczyka, M. Dąbrowskiej, L. Krzywickiego), felietonista „Tygodnika Solidarność”, autor wywiadu rzeki z Joanną i Andrzejem Gwiazdami. Mieszka w Cieszynie
Przeczytaj cały numer