Cristo della moneta, arcydzieło Tycjana wystawione w drezdeńskiej Galerii Starych Mistrzów (a pierwotnie drzwiczki do kredensu z kolekcją medali i monet księcia Ferrary Alfonsa d’Este), ukazuje scenę, w której przedstawiciel faryzeuszy testuje reakcję Chrystusa na grosz czynszowy.
„Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?” (Mt 22,17). W Ewangelii, jak wiadomo, Chrystus każe spojrzeć natrętom na znajdujący się na monecie wizerunek rzymskiego wodza. To kto? Cezar. Oddajcie mu więc to, na czym mu tak zależy. Na pewnym poziomie jest to lekcja pokory wobec rzeczywistości i przestroga przed etycznym radykalizmem.
Pytanie o grosz czynszowy jest zachętą do awantury, nacjonalistyczną prowokacją. Grecko-rzymskie, czyli hellenistyczne wpływy zanieczyszczają prostotę naszego bogobojnego życia. Czy mamy im jeszcze za to płacić? Chrystus stawia sprawę jasno: życie społeczne ma swoje niedoskonałe wymagania. Spełnijcie je i zajmijcie się Bogiem.
Faryzejska rewolucja
Mentalność faryzejska – miłość do porządku, bezwzględna wierność prawu, moralna bezkompromisowość – mimo szczytnych ideałów może prowadzić do przemocy. Rewolucja bolszewicka stanowi niemal niewyczerpane źródło przykładów historycznych ilustrujących tę tezę. Pasza Antipow vel Strielnikow z Doktora Żywago Pasternaka to ich wspaniała literacka synteza. Żaden żujący machorkę trep z widłami. „Ten człowiek to wprost uosobienie silnej woli. Tak dalece był tym, czym chciał być, że wszystko w nim i na nim wydawało się wzorcem. I jego zgrabna, pięknie osadzona głowa, i szybki krok, i długie nogi w wysokich butach, być może brudnych, ale robiących wrażenie wyczyszczonych, i jego bluza z szarego sukna, być może wymięta, ale wyglądająca na wyprasowaną i płócienną”. Zło Strielnikowa ma wymiar faryzejski. „Myślał niezwykle jasno i poprawnie i posiadał w najwyższym stopniu dar czystości moralnej i prawości, jego uczucia były gorące i szlachetne. Do tego jednak, […] by czynić dobro, jego pryncypialności brakowało niepryncypialności serca, które nie zna przypadków ogólnych, tylko jednostkowe, i które jest wielkie tym, że czyni małe”.
Komisarze wojskowi i dowódcy pociągów pancernych rozkułaczających rosyjskie wsie – tak tę sprawę widzi Pasternak – to idealiści, którym przypuszczalnie nigdy nie przyszłoby do głowy, że okupantowi można zapłacić podatek. „Strielnikow od dzieciństwa dążył do ideałów najbardziej wzniosłych i jasnych. Uważał, że życie to ogromny hipodrom, na którym ludzie, uczciwie przestrzegając zasad, prześcigają się w dążeniu do doskonałości. Kiedy się okazało, że to nie tak, nie przyszło mu do głowy, że jest w błędzie, upraszczając porządek świata. Ukrył głęboko rozczarowanie i zatopił się w marzeniu o tym, by stać się kiedyś sędzią w sprawie pomiędzy życiem i wykoślawiającymi je mrocznymi mocami, by stanąć w obronie tego życia i pomścić je. Rozczarowanie uczyniło go okrutnym. Rewolucja go uzbroiła”.
Gdzie kierujesz wzrok?
Lekcją obrazu Tycjana nie jest jednak etyka społeczna, lecz ekonomia polityczna. Chrystus – to w namalowanej przez weneckiego mistrza scenie chyba najbardziej niezwykłe – w ogóle nie patrzy na przekazywaną mu przez faryzeusza monetę. Pieniądz, brzmi przekaz etyczny obrazu, to zatem adiaphoron, neutralne narzędzie. Liczy się wyłącznie wyraz oczu posługującego się nim człowieka. Moneta i reprezentowana przez nią suma pieniędzy są bez znaczenia. Lub odwrotnie: grzech ekonomii zaczyna się w momencie, w którym chorobliwe wypieki na twarzy zaczyna wywoływać mechanizm finansowy jako taki. Cyfra, rachunek, kapitał, notowania giełdowe, koparki kryptowaluty, mamona. Na tym polega błąd Judasza, który nie potrafił pogodzić się z tym, że Chrystus pozwolił wylać sobie na głowę olejek, na który przeciętny pracownik musiał pracować w ówczesnej Judei niemal rok („można było olejek ten sprzedać drożej niż za trzysta denarów i rozdać [je] ubogim” (Mk 14,5) – szemrali apostołowie), i nie zastanawiając się długo, „poszedł do arcykapłanów, aby im Go wydać” (Mk 14,10).
Nowotestamentowa sztuka posługiwania się pieniędzmi wymaga wyrobienia w sobie dość karkołomnej umiejętności: płacąc, nie wolno odrywać wzroku od twarzy drugiego człowieka. Ewangelia jest pod tym względem bardzo konsekwentna. Oto pewnego dnia – słyszymy w jednej z najbardziej niezwykłych Chrystusowych przypowieści – nieudolny kierownik działu zostaje wezwany przez właściciela banku (każdy czytelnik bez trudu dostrzega w nim figurę Boga), który przekazuje mu plan naprawczy. Na przebranżowienie się jest już najwyraźniej za późno: „Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę”. Kredyt sam się nie spłaci. Sugerowanego w przypowieści rozwiązania raczej nie należy stosować bez konsultacji prawniczej. Rządca zaprosił „do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: »Ile jesteś winien mojemu panu?«. Ten odpowiedział: »Sto beczek oliwy«. On mu rzekł: »Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt«. Następnie pytał drugiego: »A ty ile jesteś winien?« Ten odrzekł: »Sto korcy pszenicy«. Mówi mu: »Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt«”. Rezultat? „Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił”. Wreszcie morał: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy [wszystko] się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. […] Nie możecie służyć Bogu i Mamonie»” (Łk 16,3-13).
Nard bez zapachu
Najważniejsza w kontakcie z pieniędzmi jest zatem obojętność wobec nich. Dlatego jej przeciwieństwo – ekonomia podporządkowana w całości logice zysku (ekonomia kapitalistyczna) to z punktu widzenia Królestwa Bożego szkodliwy antyświat. Przypisywać mu własne prawa, których należy przestrzegać w trosce o racjonalność czy, nie daj Boże, etykę, to służyć mamonie i błądzić. Zysk sam w sobie, bez względu na to, jak wielki, nie uświęca niczego. Przeciwnie: wzrost dla wzrostu to droga donikąd.
Ewangeliczna krytyka tej mentalności spotyka się z filozoficzną. Według Marksa gospodarkę przedkapitalistyczną określał wzór T–P–T. Towar (T) wytwarzano, aby otrzymać pieniądze (P) będące środkiem do konkretnego celu (T). Jak u Marilyn Monroe: pieniądze szczęścia nie dają, dają je dopiero zakupy. W gospodarce kapitalistycznej, przeciwnie, pieniądze inwestuje się po to, aby wyprodukować towar, którego sprzedaż powiększa stanowiącą ostatni element szeregu liczbę: P–T–P. Arystoteles przeciwstawiał sobie dobrą oikonomię – sztukę zarządzania gospodarstwem – chrematystyce, czyli złej sztuce zarabiania pieniędzy. Pierwsza była jego zdaniem lepsza, ponieważ „nie jest jak tamta bezkresna, ale posiada granicę” (Polityka, 1256b). Gdy już zbierzemy winogrona, prędzej czy później trzeba coś z nimi zrobić. Pieniądz bardzo długo może istnieć w formie czystej i pozornie niezniszczalnej potencji. W języku psychoanalizy: pragnienie destrukcyjne to wieczna deterytorializacja, ślepy energetyczny strumień, popęd, który nigdy nie łączy się z żadnym obiektem. Nieskończony wzrost gospodarczy – poucza ekonomia środowiskowa – na skończonej planecie nie jest możliwy. Również Ewangelia traktuje finansową buchalterię z najwyższą podejrzliwością. To olejek nardowy, który nie ma zapachu (wartości użytkowej), lecz tylko astronomiczną cenę (wartość wymienną). Moc bez wcielenia. Innymi słowy, pieniądz z łatwością umieszcza się w naszym życiu w miejscu zajmowanym przez ideę nieskończoności. Niegodziwa mamona to wiara w uzasadniającą nasze życie liczbę: fascynacja procesem ekonomicznym jako pędzącą w nieskończoność abstrakcją – zyskami, dywidendami i procentem składanym gospodarczego wzrostu – oderwaną od smutnych bądź radosnych twarzy, beczek oliwy i korców pszenicy składających się na codzienność zwykłych ludzi.
Zdarcie zasłony
Katolicki sprzeciw wobec kapitalizmu pod wieloma względami pokrywa się z krytyką marksistowską. Kapitalizm jest wszędzie tam, gdzie człowieka traktuje się jako część kapitału, a więc czynnik produkcji – pisze Jan Paweł II w Laborem excercens z 1981 roku (z tej perspektywy może oczywiście istnieć kapitalistyczny socjalizm – wystarczy, jeśli człowiek będzie w takim systemie traktowany jako „siła robocza” i „zasób ludzki”; trybik machiny zysku, a nie autonomiczny podmiot). Jest to zarazem błąd ekonomizmu, który polega na tym, że pracę człowieka rozpatruje się wyłącznie w kategoriach wydajności ekonomicznej. Co więcej – pisze papież – nie do przyjęcia jest dla Kościoła dogmat sztywnego kapitalizmu, mówiący o prywatnej i tylko prywatnej własności środków produkcji. Potrzebna jest jego „twórcza rewizja” – tak aby własność służyła pracy i była podporządkowana prawu powszechnego używania dóbr.
Oczywiście, mimo wielu uderzających podobieństw, między katolicką nauką dotyczącą kapitalizmu a marksizmem istnieją różnice. Jedna z nich wydaje mi się kluczowa. U Marksa wyzwolenie człowieka miało przebiegać w dwóch etapach. Pierwszy krok zrobiła burżuazja, która stawiając na cywilizacyjnym piedestale kalkulującego mieszczucha, „odarła z aureoli świętości – jak głosi „Manifest komunistyczny” – wszystkie rodzaje zajęć, które cieszyły się dotychczas szacunkiem i na które spoglądano z trwożną czcią. Lekarza, prawnika, księdza, poetę, uczonego zamieniła w swoich płatnych, najemnych robotników. Burżuazja zdarła ze stosunków rodzinnych ich rzewnie sentymentalną zasłonę i sprowadziła je do nagiego stosunku pieniężnego”. Kapitalizm pokazał, że wszystko jest na sprzedaż. Oddający feudałowi swoją nieopłaconą pracę chłop pańszczyźniany nie może już zatem myśleć, że swoim działaniem realizuje odwieczny obowiązek wobec Boga albo ziemi, a dbające o dom kobiety, które jak w wierszu Miłosza, „Uśmiechają się, zaparzają herbatę, / Idą do okna, podlewają kwiaty” to słodkie naiwniątka. Prawdą całej historii ludzkiej jest panowanie jednych ludzi nad innymi, czyli klasowy wyzysk. A skoro tak, to drugi krok polega z konieczności na buncie. Kajdany należy zrzucić, a cały system zrekonstruować w taki sposób, aby asymetria klasowa znikła raz na zawsze. Nawet za cenę przemocy.
Chrześcijański sposób na sprawiedliwość społeczną jest zdecydowanie łagodniejszy. Marksiści chcieli wywrócić stolik, wynieść Cezara na widłach, a później wypoziomować społeczną i gospodarczą planszę tak, by nikt już nigdy nie grał na niej znaczonymi kartami. Nierówności i niegodziwa mamona miały na dobre zniknąć. Chrześcijanie w takie cuda nie wierzą. Grzech pierworodny to usterka na tyle poważna, że poprawi ją dopiero paruzja. W międzyczasie należy zaś powtarzać za kopistą Bartlebym z opowiadania Hermana Melville’a uparte i średnio przebojowe I’d prefer not to. Wolałbym nie. Lub lepiej jeszcze – to już polska literatura i bohater Nocy i dni Marii Dąbrowskiej noszący bardzo pasujące do jego postawy życiowej nazwisko Niechcic – „Ja o nich wcale nie myślę”.
Małżeńska sprzeczka
Przyjrzyjmy się temu fragmentowi bliżej. Bogumił Niechcic pracował jako zarządca cudzego majątku ziemskiego. Zatrudnił do pomocy oficjalistę – w ówczesnej terminologii „pisarza” – Katelbę. Żona Bogumiła Barbara miała nadzieję, że dzięki temu mąż będzie miał mniej roboty. Spełzły one rzecz jasna na niczym. Bogumił w dalszym ciągu „nie dojadał on i nie dosypiał, a nawet, mimo zimowej pory, miał jakby jeszcze mniej czasu. Każdą chwilę, która dawniej była wolna, spędzał teraz albo z pisarzem, wciągając go w różnego rodzaju kancelaryjne zajęcia, albo z książkami, w których szukał wskazówek co do najlepszego prowadzenia majątku. Sprowadził sobie wielką encyklopedię rolniczą, zamówił kilka czasopism poświęconych rolnictwu i hodowli, kupował książki z zakresu weterynarii. Nie było z nim teraz żadnej rozmowy, żadnego spędzenia czasu – był na nogach i w pracy od świtu do późnej nocy. Panią Barbarę zaczęło to w końcu gniewać”.
Brzmi znajomo. Widmo pracoholizmu (Polacy pracują średnio 1815 godzin rocznie, w 2024 roku to trzeci wynik w Europie), zatroskana, choć zarazem tracąca cierpliwość żona, obcy kapitał. Podkreślmy raz jeszcze: Bogumił Niechcic to zubożały ziemianin – jego rodzinę wywłaszczono za udział w powstaniu styczniowym – który tylko pozornie pracuje na swoim. Zarządzany przez niego majątek należy do mieszkającej w Paryżu dziedziczki Letycji Mioduskiej (Zygmunt Bauman w „Globalizacji” wprost nazywa ponadnarodowe korporacje i kapitalistyczne elity „nieobecnymi dziedzicami”). Na miejscu reprezentuje ją pan Danielecki, zruszczony adwokat i karierowicz. Niechcic radzi sobie świetnie. Zarzuty pani Barbary przypuszczalnie nie są jednak bezpodstawne: „[…] ty wciąż niby w jarzmie. I widzę, że ten Katelba nic ci nie pomógł, przeciwnie, musisz jeszcze jemu po piętach deptać”. Zatrudniłeś pracownika, miało być inaczej, a zamiast delegować zadania, znów robisz wszystko sam, czyli per saldo robisz dwa razy więcej niż wcześniej. „Ja przecież – mówiła – mam niemało roboty, a zawsze znajdę chwilę, żeby zastanowić się, wytchnąć. […] Ty nie umiesz sobie ułożyć zajęć tak, żebyś miał czas na wszystko. Zedrzesz się na nic i po co? Po to, żeby temu Dalenieckiemu kieszenie złotem napchać. Jemu i owej Mioduskiej”.
To kluczowy moment. Niechcic nie rozpoznaje się w podsuwanym przez panią Barbarę opisie. „Dalenieckiemu? […] Mioduskiej? Coś ty! Ja o nich wcale nie myślę”. Ty patrzysz na zmieniającą właściciela sumę pieniędzy. Ja widzę korce pszenicy i otaczające mnie twarze. „Jak to nie myślisz? Przecie widzę, że jesteś gotów siebie samego okraść, rodzinie od ust odjąć, żeby tylko do Paryża jak najwięcej móc posłać”. Hermeneutyka podejrzeń to tylko jeden z możliwych punktów widzenia. Stawiane przez nią diagnozy są na tyle apodyktyczne, że na ogół wypierają inne uzasadnienia. L’enfer c’est les autres: „Bogumił w zamyśleniu potrząsnął głową. Tak, to prawda, że starał się jak najwięcej dochodu zdobyć dla właścicieli. Ale nigdy mu nie przyszło do głowy, że to tak może wyglądać, jakoby celem jego życia było nabijanie kabzy Dalenieckiemu czy tam pani Mioduskiej. […] Nie da się zaprzeczyć, że pracował na Dalenieckiego, a jednak czemu tak wyraźnie, stanowczo czuł, że nie na niego pracuje? Czyż był odpowiedzialny za to, że ziemia ta należała do bogatego człowieka, co w nią nie wkładał pracy? Czy miał przez to tę ziemię mniej kochać i mniej się dla niej trudzić?”.
Finał jest niekonkluzywny. Pan Bogumił i pani Barbara pozostają przy swoim. Niewykluczone zresztą, że innego rozwiązania już dziś nie ma: bez marksizmu łatwo przeoczyć manipulacje i grzechy łajdaków, którym naprawdę chodzi tylko o pieniądze. Inwestując w marksizm wszystko, uzależniamy jednak swoje poczucie sprawiedliwości od rewolucji, którą chrześcijanie odkładają (w wielu przypadkach zdecydowanie zbyt pochopnie!) na czasy po Apokalipsie. Sądzę, że w ostatecznym rachunku marksizm nie ma racji. Kapitał reguluje niemal wszystkie stosunki międzyludzkie nie dlatego, że zasada rzeczywistości ma charakter ekonomiczny, lecz dlatego, że mu na to pozwoliliśmy. Zło jest brakiem dobra. W swej istocie niegodziwa mamona jest niczym.
„– Moja kochana – rzekł usiłując to jakoś wypowiedzieć. – Mioduska i Daleniecki przeminą i my też przeminiemy, a ziemia się zostanie. Musi być w ziemi wszystko zrobione tak, jak trzeba. Na to sieję, by wzeszło, reszta mnie nie obchodzi.
– A mnie właśnie tylko ta reszta obchodzi. Jeżeli służyć, to już czemuś wielkiemu.
– Dla mnie praca na roli jest wielką rzeczą. Ja w niej widzę to, czemu warto służyć. I temu służę.
– Tak ci się zdaje. A ty służysz nie żadnej pracy na roli, tylko Dalenieckiemu – upierała się pani Barbara.
– Nie – zaprzeczył Bogumił i nie mogli się porozumieć”.
Bartosz Kuźniarz
Filozof, eseista, tłumacz. Autor książek „Pieniądz i system. O diable w gospodarce” oraz „Król liczb. Szkice z metafizyki kapitalizmu”. Od 2022 r. pracuje jako profesor na Uniwersytecie w Białymstoku.
Pobierz magazyn