20 lat po śmierci Jana Pawła II chcemy zrobić kolejny krok w kierunku zrozumienia tej postaci. Kluczem będzie dla nas słowo „dialog”. Rozpoczynamy pracę nad odtworzeniem kontaktów Karola Wojtyły z wybitnymi intelektualistami, politykami i artystami jego czasów.
Mijający czas sprawia, że papież staje się dla wielu Polaków postacią z podręczników historii, a nie osobą mającą coś do powiedzenia w istotnych dla nich sprawach. Bezpośredni kontakt z jego myślą jest jednak wciąż możliwy. Chcielibyśmy zapewnić go jak najszerszemu gronu odbiorców. Naszym celem jest także pozyskanie i udostępnienie źródeł, pokazujących jego determinację w szukaniu prawdy w dialogu z ludźmi swoich czasów.
Zaczynamy od opublikowania fragmentu wspomnień Josefa Piepera (1904–1997), niemieckiego filozofa, znanego jako jeden z czołowych autorów fali odrodzenia filozofii neotomistycznej w XX wieku. Choć nie zyskał w Polsce sławy francuskich neotomistów, jego oryginalny wkład w filozofię katolicką do dziś jest doceniany, a kolejne jego książki tłumaczone są na język polski (ostatnio ukazało się dzieło Szczęście i kontemplacja, wydane w 2024 roku przez wydawnictwo W Drodze). W swoich dziełach łączył inspirację scholastyką z platonizmem. Pisał z dużym zacięciem popularyzatorskim, tworzył nawet sztuki telewizyjne o Sokratesie na podstawie dialogów Platona.
Karol Wojtyła i Josef Pieper poznali się w 1974 roku na Międzynarodowym Kongresie św. Tomasza, który odbywał się w Rzymie i Neapolu. Pieper znał dzieła Wojtyły, skoro we wspomnieniach pisał o nim, że był „jedynym urzędnikiem kościelnym tej rangi, który mógł kompetentnie wypowiedzieć się na kongresie”. Trzeba tu powiedzieć, że kongres gościł myślicieli z najwyższej półki: Hansa Ursa von Balthasara, Yves’a Congara, Karla Rahnera. Przyjechał na niego również papież Paweł VI. Wojtyła zrobił na Pieperze wielkie wrażenie, nie tylko znakomitą znajomością niemieckiego i włoskiego, ale również bezpretensjonalnym sposobem bycia. Pieper wspominał, jak wykończony po całym dniu zwiedzania, dyskusji i wykładów spotkał Wojtyłę w hotelowej restauracji, który, „niezmordowany i świeży”, przeglądając menu, powiedział: „Kurczak po myśliwsku – to brzmi dobrze!”.
Wojtyła z pewnością znał twórczość niemieckiego filozofa, zwłaszcza że do tego czasu trzy jego książki zostały przetłumaczone na język polski. Znacznie później, w liście wysłanym Pieperowi na dziewięćdziesiąte urodziny, już jako papież Jan Paweł II, pisał: „Pana myślenie oddziaływało na odbiorców na całym świecie (…), zapoznając ich z bogatym dziedzictwem filozofii chrześcijańskiej. Myśl twojego nauczyciela, Tomasza z Akwinu – z którego szeroko rozgałęzionego dzieła byłeś w stanie czerpać z niezwykłą wiedzą, jak nikt inny – stała się w ten sposób dla młodszych pokoleń arsenałem środków potrzebnych, aby przeniknąć rzeczywistość czasu i wieczności w oparciu o chrześcijańskie spojrzenie na człowieka i przekazać ją jako wiarygodną podstawę egzystencji” (ich krótka korespondencja z tej okazji znajduje się w Deutsches Literaturarchiv Marbach). Najwyraźniej chciał „arsenał” Piepera udostępnić szerzej Polakom, bo od początku kongresu powtarzał filozofowi: „Absolutnie musisz przyjechać do Polski!”. Przed odlotem z Włoch Pieper spytał, czy ma zaproszenie traktować poważnie. Wojtyła odpowiedział: „Zobaczysz, jak poważnie to traktuję”.
Prezentowany przez nas fragment wspomnienia dotyczy wizyty Piepera w Polsce, która odbyła się dwa lata później. Poza Krakowem, gdzie filozofa gościł Karol Wojtyła, podróż objęła również Warszawę, Lublin, Oświęcim i Wrocław. Najciekawsza jest w nich być może perspektywa Niemca, który w czasie II wojny światowej był już dorosłym, świadomym człowiekiem, a ponad 30 lat po jej zakończeniu odwiedza zniszczoną przez Niemców Warszawę i obóz Auschwitz. Warto tu zaznaczyć, że Pieper, choć nie uczestniczył w ruchu oporu, był przeciwnikiem narodowego socjalizmu i został przez nazistów objęty zakazem publikacji. Choć w pierwszych latach po dojściu Hitlera do władzy szukał punktów wspólnych między jego ideologią a katolicyzmem, szybko przeszedł na pozycje krytyczne, a jego pisma wywarły wpływ na opozycjonistów, takich jak Dietrich Bonhoeffer.
Tłumaczenie wspomnień publikujemy dzięki uprzejmości ich redaktora, profesora Bertholda Walda, oraz wydawnictwa Meiner.
Pewnego popołudnia w lutym 1976 roku wsiadłem do dość niewygodnego samolotu Tupolew w Kolonii. Po dwuipółgodzinnym locie wylądowałem w Warszawie, która, ku mojemu zaskoczeniu, była już ciemna jak noc.
Przyjęcie jest również zaskakujące: wita mnie urocza studentka z bukietem kwiatów. Czekający na mnie ksiądz teolog, profesor państwowego Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że przecież tak wypada. Jedziemy tramwajem, potem mamy piętnaście minut spaceru. Zanim jeszcze wszedłem do domu, w którym mam się zatrzymać na kilka dni, dowiedziałem się całkiem sporo o niektórych osobliwościach atmosfery tego rzekomo komunistyczno-totalitarnego PRL-u. Lekko francuska atmosfera ceremonii powitalnej to dopiero początek. Powiedziano mi, że moja kwatera znajduje się w domu bliźniaku, w którym ściana działowa została przebita, co jest „właściwie” niedozwolone, aby można było urządzić kaplicę, w której również „właściwie” niedozwolona Msza Święta odprawiana jest codziennie, w niedziele nawet do ośmiu razy z powodu dużego zainteresowania. W końcu, po dotarciu do drzwi tego dziwnego bliźniaka, moją uwagę przykuwa osiedle wielopiętrowych bloków mieszkalnych słabo oświetlonych przez latarnie uliczne, w których oczywiście nie widzę nic szczególnego. Mój kolega mówi mi z uśmiechem, ale bez słowa komentarza, że podczas oficjalnej inauguracji kilka tygodni temu odkryto, że zamiast planowanych dwunastu bloków mieszkalnych w rzeczywistości było ich tylko jedenaście, a materiały budowlane do dwunastego, które również zostały dostarczone, zniknęły bez śladu.
Na półce z książkami mojego gospodarza znajduję zdumiewającą ilość literatury z „Zachodu”, francuskiej, angielskiej i niemieckiej, z których część została dopiero co opublikowana. Z czystej życzliwości znalazło się na biurku cztery czy pięć moich własnych książek przetłumaczonych na język polski. (…) W wydawnictwie Pax, które właśnie opublikowało pierwsze wydanie mojej książki O miłości, której nakład natychmiast się wyprzedał, przyjęto mnie na małej uczcie i zgodzono się zawieźć mnie z Warszawy do Lublina następnego dnia.
Ale wcześniej, chwilami w towarzystwie Polaków, chwilami samemu, odbywają się, delikatnie mówiąc, dające do myślenia spacery po mieście, do katedry, w której zewnętrzną ścianę wmurowane są łańcuchy niemieckiego czołgu, i na teren byłego getta. Ludzie modlący się w kościołach o każdej porze dnia, młodzi mężczyźni klęczący na kamiennej posadzce, ksiądz w białych szatach liturgicznych gotowy do udzielenia sakramentu w oświetlonym konfesjonale.
Rozmowa z niemieckim gościem jest, co zrozumiałe, od czasu do czasu nieco trudna. Muszę też zastanowić się nad niektórymi rzeczami – po prostu nie znam dobrze przebiegu wydarzeń, mieliśmy wystarczająco dużo powodów do zmartwień w ostatnim roku wojny. Po raz pierwszy słyszę o wydarzeniach, o których mówi mój towarzysz, gdy wyciągniętą ręką wskazuje na przeciwległy brzeg potężnej Wisły płynącej pod nami: „Tam, zaledwie kilkaset metrów stąd, byli Rosjanie w październiku 1944 roku. Nie ruszyli się jednak z miejsca przez całe dwa miesiące, podczas gdy nasi ludzie, polegając na rosyjskiej pomocy, powstali przeciwko niemieckiej okupacji i ostatecznie musieli się poddać”. Nie zdawałem sobie również sprawy z tego, że Warszawa była systematycznie niszczona na rozkaz Hitlera dopiero później, zaledwie sześć miesięcy przed końcem wojny.
Pierwsze wykłady odbywają się na Uniwersytecie Lubelskim. Studenci słuchają w sposób bardzo zdyscyplinowany, niemal zbyt grzecznie. Tekst musi być dla nich tłumaczony część po części. Jednak podczas ożywionej wieczornej dyskusji przy okrągłym stole, w której biorą udział tylko profesorowie, mówi się tylko po niemiecku. Podczas uroczystego pożegnalnego posiłku rektor wstaje, chociaż jest nas tylko czworo, by wygłosić krótką mowę przy stole, którą kończy przebiegłą zagadką: co kryje się w okrągłych babkach podawanych na deser. Jest pewien, że nie zgadnę. Rzeczywiście ma rację – jak miałem odgadnąć, że ciastka zawierają nie nadzienie z musu śliwkowego, ale płatki róży w cukrze!
Moim stałym towarzyszem spacerów po mieście, które dziwnym trafem w moich wspomnieniach zawsze wydawały się odbywać ciemnym, późnym wieczorem, jest dość młody jeszcze profesor etyki Tadeusz Styczeń, z którym można porozmawiać bardzo otwarcie, nawet na drażliwe tematy. Przed wojną połowa mieszkańców Lublina była Żydami. Powiedziano mi, że Opowieści chasydów spisane przez Martina Bubera pochodzą właśnie przede wszystkim stąd. Nazwa obozu zagłady Majdanek pada przypadkiem i niemal niechcący. Najwyraźniej nie chcą, żebym go odwiedzał. Kiedy pytam, czy nazwa Katyń cokolwiek znaczy dla przeciętnego młodego Polaka, otrzymuję gniewnie brzmiącą odpowiedź: „Każdy Polak zna Katyń!”.
Tadeusz Styczeń zabiera mnie też samochodem do Krakowa. I oczywiście mówimy o kardynale Wojtyle, który wykładał filozofię w Lublinie. Najwyraźniej Styczeń był jego asystentem. Czci go jako ojcowskiego przyjaciela. „Nazywam go »wujkiem«”. – Kiedy przyjeżdżamy do Krakowa, okazuje się, że kardynał wraca z konferencji dopiero tej nocy i spodziewa się mnie na obiedzie następnego dnia. Nie mam jednak ani minuty niewypełnionej, od razu zostaję skonfrontowany z dobrze przemyślanym programem na dwa dni wizyty: spacery po niezniszczonej części miasta, które jest jednym z najbogatszych i najpiękniejszych, jakie znam, wieczorne spotkania z osobami odpowiedzialnymi za wydawnictwo Znak, wykłady dla studentów, wizyta w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Oczywiście najbardziej nie mogę się doczekać ponownego spotkania z kardynałem.
Kiedy, po zaprowadzeniu mnie do jadalni domu biskupa, widzę go rozmawiającego z gośćmi, wydaje się zaskakująco odmieniony – wygląda na zmęczonego i dziesięć lat starszego, niż jest. Wita mnie serdecznie uściskiem i pocałunkiem pokoju. A kiedy pytam go z niepokojem o jego samopoczucie, mówi mi, że Paweł VI poprosił go o wygłoszenie rekolekcji wielkopostnych w Watykanie. Więc teraz, noc po nocy, jest zajęty spisywaniem dwudziestu dwóch rozważań w języku włoskim, które mają być przedłożone z wyprzedzeniem.
(…) Siedzimy zebrani na niespodziewanie prostym, w porównaniu z moimi wcześniejszymi polskimi doświadczeniami, obiedzie pośród renesansowego przepychu pałacu arcybiskupiego. Rozmowa płynie spokojnie, nie ma przemowy przy stole. Z kardynałem siedzącym naprzeciwko mnie wymieniamy wesołe wspomnienia z Kongresu św. Tomasza, który odbył się prawie dwa lata wcześniej. Mój sąsiad przy stole, rektor seminarium duchownego, oznajmia, że po południu będzie mi towarzyszył w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Sam jeszcze nie wie, tak samo jak nikt inny, że kilka lat później zostanie następcą naszego gospodarza jako biskup krakowski.
W drodze do Auschwitz dowiaduję się kilku rzeczy o katolickiej Polsce, które zadziwiają przybysza z Zachodu, na przykład, że istnieją przepełnione seminaria duchowne, a w niektórych miejscach obowiązuje nawet numerus clausus dla nich. W drodze powrotnej jesteśmy znacznie mniej rozmowni. Widok pieców krematoryjnych, bunkra głodowego, ściany śmierci, kobiecych włosów, które nie zdążyły już zostać przekazane do „utylizacji” – wszystko to odbiera mowę, nawet jeśli nie widzi się tego po raz pierwszy. Po krótkim szoku jako Niemiec zdaję sobie sprawę, że informacje na ścianach są po polsku, francusku i angielsku, ale nie po niemiecku, i oczywiście też nie po rosyjsku. Nigdy nie zapomnę szubienicy, na której powieszono ostatniego komendanta Auschwitz, w miejscu jego makabrycznych działań. Niedługo wcześniej z niedowierzaniem przeczytałem autobiografię tego człowieka, nagraną w więzieniu zgodnie z jego rozkazami: syn katolickiej rodziny, który pierwotnie chciał zostać księdzem, i który – zawsze dzielnie, skutecznie i posłusznie, na dobre i na złe – traktował i „rozwiązywał” swoje czysto organizacyjne zadanie kierowania obozem zagłady, zlecone mu przez przełożonych.
Następnego dnia podróżuję pociągiem do Wrocławia, przejeżdżając przez miasta Bytom, Opole i Brzeg, z których wszystkie mają teraz oczywiście polskie nazwy. Biskup Wrocławia prawdopodobnie nie będzie mnie miło wspominał. W jego nowo wybudowanym, wspaniale wyposażonym domu czeka na mnie uroczysty posiłek w małym gronie i krótka przemowa przy stole na powitanie. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego w mieście, w którym na miesiąc czy dwa przed II wojną światową wygłosiłem wykłady o św. Tomaszu z Akwinu dla licznej publiczności niemieckich studentów, zwracają się do mnie po polsku, inaczej niż w Warszawie, Lublinie czy Krakowie. Mój gospodarz, który jest na swoim stanowisku dopiero od niedawna, nie mówi ani słowa po niemiecku. Tłumacz siedzi obok mnie i tłumaczy to, co mówi. Oczywiście poprosiłem go o przekazanie moich podziękowań za gościnę. Nie mogę jednak powstrzymać się od dodania uwagi, że biskup Essen i niektórzy księża z jego diecezji nauczyli się polskiego, aby udzielać sakramentów i głosić kazania Polakom pracującym w Zagłębiu Ruhry w ich ojczystym języku. Kiedy po południu ponownie przemawiam do wrocławskich studentów, nawiasem mówiąc w obecności biskupa, wykład jest tłumaczony, część po części. Jednocześnie jednak jestem witany przez wielu słuchaczy, zarówno studentów, jak i profesorów, szczególnie ciepło w języku niemieckim. Niespodziewanie mój warszawski gospodarz również się odezwał. Zarezerwował już lot powrotny dla nas obu na ten sam wieczór. Mam więc dobry powód, by odwołać wycieczkę po „zmartwychwstałym” Wrocławiu, na którą biskup zaoferował mi swój samochód. I tak nie miałem na to ochoty, myśląc o moich przyjaciołach z przeszłości.
Następnego dnia odbędzie się wykład na Uniwersytecie Warszawskim, ostatni podczas tej podróży. Irytująca, nierozwiązywalna różnica zdań zdominowała późniejszą dyskusję, nawiasem mówiąc po raz pierwszy. Oczywiście nikt nie czuje się z tym komfortowo. Przede wszystkim ja sam nie mogę otrząsnąć się z poczucia, że nie czuję się całkowicie swobodnie. Ale to nie powstrzymuje nas przed świętowaniem podczas tym bardziej wesołego pożegnalnego posiłku z dużą ilością bułgarskiego wina, w „półlegalnym”, znanym mi dobrze bliźniaku.
Niemniej jednak, z wielką ulgą wracam następnego wieczoru do domu i cieszę się wolnością Zachodu, jakkolwiek problematyczna by ona nie była (…).
Fragment wspomnień Josefa Piepera Historia jak promień (1964–1984). Źródło: Josef Pieper, Autobiographische Schriften (Pisma autobiograficzne), red. Berthold Wald, Hamburg 2003, str. 603–617).
IGNACY MASNY
Historyk, redaktor, publicysta, redaktor portalu JP2online.pl
Przeczytaj cały numer