Przepowiadanie przyszłości jest czynnością ryzykowną. Mimo to naukowcy uporczywie próbują to robić, z lepszymi lub gorszymi skutkami. Jeśli im zaufać, to nasza cywilizacja jest w procesie autoeliminacji, a za sto lat Europejczycy wyginą jak dinozaury.
Kilka miesięcy temu USA ogłosiły Strategię Bezpieczeństwa Narodowego – ważny dokument determinujący politykę tego państwa na najbliższe lata. Padły w nim znamienne słowa sugerujące systematyczne zanikanie Europy i obniżanie się jej znaczenia jako sojusznika USA. Jako najważniejsze przyczyny tego stanu rzeczy, poza ekonomią, polityką wewnętrzną i tożsamością, wymieniono spadek dzietności. Można by się oburzyć i uznać to za propagandowy atak, jednak wśród komentarzy europejskich publicystów trudno znaleźć argumenty przeczące temu zjawisku. Współczynnik dzietności Europejczyków obniża się od drugiej połowy XX w. i jest dzisiaj gorzej niż zły. Osłabia to gospodarkę Europy, jej szkolnictwo, obronność, ubezpieczenia społeczne. W ostatnich latach średni wskaźnik dla UE spadł do 1,38 dziecka na kobietę, znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, który wynosi 2,1. W polemice z Amerykanami moglibyśmy złośliwie zauważyć, że nasz kontynent nie różni się tak bardzo od USA, gdzie ostatnie dane pokazują dzietność na poziomie 1,6. Czyli jak już mamy zanikać, to nie sami. Brzmi to, mimo wszystko, mało pocieszająco.
Czy Zachód jest winny?
Spadek dzietności jest zjawiskiem globalnym. Na wózku depopulacji siedzą, poza przedstawicielami świata zachodniego, takie narody jak: Turcy (1,6), Irańczycy (1,7), Koreańczycy (0,8), Filipińczycy (1,9). Dla niektórych może to być zaskakujące, bo problem niskiej dzietności powszechnie uznajemy za chorobę cywilizacyjną bogatych społeczeństw Zachodu. Czy jest nią w rzeczywistości? I tak, i nie.
Nie, bo tendencje spadkowe są faktycznie obecne na całym globie. Nawet takie kraje jak Sudan, Etiopia czy Afganistan już od wielu lat notują spadki dzietności. To, że wskaźniki są tam na dość wysokim poziomie, zapewniającym dodatni przyrost naturalny, jest wynikiem wysokich stanów, z których ten spadek się rozpoczął. Przykładowo w Afganistanie współczynnik dzietności wynosi obecnie 4,6 – z naszej europejskiej perspektywy bardzo wysoki. Jednak przed zaledwie 25 laty był on na poziomie 7,2–7,8 (!). Czyli w ciągu dwóch i pół dekady nastąpił tam spadek o niemal połowę. Takich przykładów jest więcej.
Nie można mimo to powiedzieć, że procesy zachodzące w tych krajach nie są związane z zachodnią cywilizacją. Współczesne zjawiska globalne w zdecydowanej większości są stworzone i upowszechnione (ewentualnie narzucone) przez świat zachodni. Możemy wymieniać: uprzemysłowienie, edukację, postęp w medycynie, informatyzację, konsumpcję dóbr przemysłowych, przepływ idei itp. Nawet jeśli uznamy, że istnieją nierówności w ich absorpcji, to i tak, w większym lub mniejszym stopniu, oddziałują one na cały świat. Dodajmy, że wiele z tych zjawisk jest implementowanych w najdalszych zakątkach globu przez stworzone przez Zachód instytucje, takie jak WHO, UNICEF, ONZ. Ważnym czynnikiem jest system kształcenia elit wielu egzotycznych krajów na zachodnich uniwersytetach czy globalna dominacja zachodnich programów nauczania. Dzieje się to niezależnie od funkcjonowania w wielu krajach lokalnych kultur. Klasycznym przykładem są Chiny, gdzie depopulacja została sztucznie wymuszona (administracyjnie i propagandowo) przez wykształconych we Francji marksistów, wbrew miejscowej kulturze konfucjańskiej promującej dzietność. Spadek był tutaj drastyczny – z poziomu 6,6 w latach 70. XX w. do poziomu 1,0 dzisiaj.
Hipotezę o negatywnym wpływie zachodniej cywilizacji na inne kultury w kwestii dzietności wzmacnia również chronologia wydarzeń. To w krajach Zachodu depopulacja zaczęła się najwcześniej. To tutaj było epicentrum tej choroby. Inne nacje i kultury zarażały się nią w dalszej kolejności, często z wyraźnym i widocznym udziałem zachodnich instytucji, programów edukacyjnych, modernizacji społecznych itp. Wymieniony wcześniej przykład Afganistanu jest tu znamienny. To po amerykańskiej modernizacji społecznej tego kraju w latach 2001–2021 nastąpił największy w jego dziejach spadek dzietności. Mimo późniejszego zerwania z zachodnią kulturą postępuje on dalej. Zmian demograficznych nie da się bowiem łatwo „wyłączyć”, gdy tendencję spadkową uzna się za wystarczającą czy szkodliwą.
Gdzie leży praprzyczyna?
Gdy już umieściliśmy zachodnią cywilizację na ławie oskarżonych, trzeba jeszcze określić, jakie jej elementy mają tak destrukcyjny wpływ. I tu odpowiedzi mamy bez liku. Dodajmy dla porządku, że dzisiaj już chyba nikt poważnie nie traktuje przyczyn materialnych (brak stabilności zatrudnienia, niedostępność mieszkań, brak żłobków, transferów socjalnych itp.). Jesteśmy bogatsi w doświadczenia naszego 500+. W wielu państwach Zachodu mamy długie listy podobnych programów, udogodnień, które dały mizerne i krótkotrwałe rezultaty. Widać, że zupełnie nie na tym polega problem. Przykłady krajów, które przeszły transformację od biedy w stronę coraz większej zamożności i stabilności (Polski, Litwy, Korei Południowej), pokazują odwrotną tendencję.
Obecnie najszerzej omawiane przez demografów zjawiska mające wpływ na dzietność to: malejąca liczba stałych związków, atomizacja społeczeństwa, zmiany w obyczajowości, migracja do dużych aglomeracji, brak tożsamości wspólnotowych, materializm, egoizm, smartfonoza. Liczba tych czynników niewątpliwie wskazuje na złożoność tego zagadnienia. Wydają się one jednak raczej listą skutków niż przyczyn. Zresztą, gdy spojrzymy na nie od strony kulturowej, są one mocno powiązane. Przecież osłabienie relacji, materializm czy zmiany obyczajowe nie biorą się znikąd, są wyrazem jakiegoś myślenia, światopoglądu. Skąd i kiedy się to wszystko pojawiło w świecie zachodnim?
Odpowiedzi najłatwiej szukać w statystykach. Badania globalne Worldometer, witryny internetowej udostępniającej dane statystyczne do celów naukowych, pokazują wykresy dzietności rozpięte na osi czasu dla niemal każdego państwa na globie. Dla Europy Zachodniej oraz Ameryki Północnej te wykresy są w jednym miejscu niemal identyczne. Gdy się przyjrzymy czasom po II wojnie światowej, widzimy dość stabilny linearny trend wzrostowy. W pewnym momencie linia na wykresie zaczyna gwałtownie pikować w dół. Wprawdzie później nieco wyhamowuje, czasami próbuje się wznosić, ale finalnie ciągnie do dołu. Zastanawiające, że w niemal wszystkich państwach Zachodu jest to ten sam moment – końcówka lat 60. (!).
Dla nikogo, kto choć trochę zna historię najnowszą, nie jest tajemnicą, co się wówczas wydarzyło. Jest to okres tzw. rewolucji obyczajowej, ekspansji nowej młodzieżowej kultury, która zaczęła przeobrażać zachodnią rzeczywistość. Uczestnicy buntów studenckich roku 1968 na uczelniach Francji, Belgii, Holandii, USA to młodzi dorośli stojący u progu swojego rodzicielstwa. To oni skutecznie wyłamali się ze „sztafety pokoleń”. Przewartościowali kulturę swoich rodziców i ponieśli dalej nowe ideały. Dzisiejszy świat w rozumieniu kultury i obyczajowości jest ich bezpośrednim spadkobiercą.
Globalne wartości i religia
Profesor Robert Rowthorn z Uniwersytetu w Cambridge wskazał w 2012 r. – jako jeden z pierwszych – ciekawą korelację. Prowadząc badania dotyczące genu odpowiadającego za skłonności mistyczne, posłużył się statystykami Światowego Badania Wartości (World Values Survey). Jest to międzynarodowy projekt naukowy mający na celu śledzenie globalnych zmian w dziedzinie postrzegania wartości. Obecnie uczestniczą w nim naukowcy i instytucje ze 120 krajów (w Polsce za koordynację badań odpowiada Instytut Studiów Społecznych UW). W ramach WVS regularnie co 5 lat śledzi się takie zjawiska, jak: poparcie dla demokracji, tolerancja względem mniejszości etnicznych, wspieranie równości płci, zmiany w poziomach religijności, stosunek do rodziny, tożsamości narodowej, kultury itp. Najbardziej intrygujące dla Roberta Rowthorna okazały się dane dotyczące wpływu religijności na demografię.
Tutaj potrzebne jest ważne zastrzeżenie: bardzo trudno bada się poziom religijności. Deklaracje wpisywane do tabel statystycznych nie przystają do złożoności materii, jaką jest relacja człowieka z Absolutem. Mimo tego, z braku lepszego rozwiązania, religijność bada się głównie poprzez uczestnictwo w praktykach religijnych.
Okazuje się, że istnieje związek między uczestnictwem w nabożeństwach a liczbą potomstwa. Według danych przytaczanych przez Rowthorna osoby w ogóle niebiorące w nich udziału mają średnio 1,67 dziecka. Te, które chodzą na msze rzadko, np. raz w miesiącu, mają średnio dwójkę dzieci. Natomiast uczestnictwo częściej niż raz w tygodniu wiąże się z wynikiem w okolicach trójki dzieci. Możemy powiedzieć, nieco upraszczając, że im bardziej religijni rodzice, tym liczniejsza rodzina. Przykłady dla Rowthorna emblematyczne to ultrakonserwatywni Żydzi mający średnio po sześcioro dzieci, podnoszący statystyki dzietności dla Izraela do poziomu 2,7, lub amerykańscy amisze wychowujący przeciętnie około siódemki pociech. Rozwijając tę teorię, można by zapytać, czy podstawowy imperatyw ewolucji – przetrwanie gatunku – jest wśród ludzi spełniany wyłącznie przez homo religiosus? Czy tylko człowiek religijny ma cechy dające mu przewagę w ewolucyjnej gonitwie ku przyszłości? Przytoczone statystyki pokazują, że takie wnioski mogą być uprawnione.
Od czasów badań Brytyjczyka trwałość tych tendencji została wielokrotnie potwierdzona. Przytacza ją również polski demograf Mateusz Łakomy w swojej najnowszej publikacji Demografia jest przyszłością. Zapamiętałem jeden cytat, który brzmi jak wyrok „(…) nie ma krajów zsekularyzowanych, które mają wysoką dzietność”. Ostatnie statystyki polskiego CBOS-u z 2022 r. również to potwierdzają – osoby praktykujące częściej niż raz w tygodniu mają średnio trójkę i więcej (!) dzieci. Ludzie areligijni nie chcą mieć dzieci w ogóle, ewentualnie zastanawiają się nad jednym, rzadziej dwoma. Podsumowując, efekt depopulacyjny jest spowodowany zmniejszaniem się liczby osób religijnych, np. na skutek systematycznej sekularyzacji społeczeństwa. Oczywiście gdy spytamy, kiedy badacze społeczni sytuują intensyfikację laicyzacji w świecie Zachodu, uzyskamy mało zaskakującą odpowiedź – w latach 60. XX w.
Rewolucja, która nie przetrwa?
Nie chodzi mi w tym tekście o bezkrytyczne wychwalanie religijności jako takiej i jednoczesne pastwienie się nad liberalizmem, który i bez tego ma się w naszych czasach nienajlepiej. Nie chodzi o dawanie łatwych odpowiedzi na skomplikowane pytania. Świadomość, że problem dzietności jest złożony, mają chyba wszyscy. Chodzi raczej o pokorne uwzględnienie powyższych statystyk. One coś nam jednak mówią. Generacyjni spadkobiercy i apologeci zachodniego porządku będą nas przekonywać, że rewolta obyczajowa lat 60. to również sukcesy. Wzrost roli kobiet w życiu społecznym, zawodowym, naukowym, naturalność w relacjach międzyludzkich, odczarowanie ludzkiej seksualności, rock and roll, otwieranie się na inne rasy, pacyfizm itp. Można o tym dyskutować i zapewne nikt nie rozważa dzisiaj prostego powrotu do przeszłości. Jednak natrętnie nasuwa się też inna konstatacja – o tym, że wspomniane przemiany stworzyły cywilizację nieumiejącą, nie tylko się rozwinąć, ale nawet przetrwać. Że w wymyślonej przez rewolucyjnych myślicieli narracji o „naturalnych” relacjach międzyludzkich zabrakło myślenia o równie „naturalnym” przetrwaniu gatunku. Może zbyt wiele wymagamy, twórcy rewolty studenckiej 1968 r. i ich następcy raczej myśleli w kategoriach „tu i teraz”. Chcieli uszczęśliwiać przede wszystkim siebie, kolejne pokolenia nie były już takie ważne. Jest taka teoria, że najlepszą pozytywną weryfikacją zjawisk społecznych jest ich długie trwanie. Wygląda na to, że w tym wypadku tego zabraknie.
Piotr Strasz
Zastępca redaktora naczelnego, historyk, pracownik CMJP2, redaktor portalu JP2online.pl
Pobierz magazyn