Źródłem duchowości Jana od Krzyża jest humanistyczne przeświadczenie, że „jedna myśl człowieka ma większą wartość niż cały świat”. Wyprowadził z niego logiczny wniosek: „dlatego tylko Bóg jest jej godzien”.
Wśród standardowych narzędzi Jana od Krzyża w prowadzeniu dusz był graficzny schemat jego autorstwa nazwany „Drogą na Górę Karmel”. Taki sam tytuł ma jedno z największych dzieł mistycznych tego świętego karmelity i doktora Kościoła, a schemat w skrótowy sposób ujmuje doktrynę zawartą w traktacie. Jan od Krzyża wykonał i rozdał swoim uczniom kilkadziesiąt takich rysunków. Na szczycie kartki znajduje się szczyt Góry Karmel, czyli stan zjednoczenia z Bogiem. U stóp góry rozpoczynają się trzy ścieżki. Dwie boczne opatrzone są napisami: „posiadanie, radość, wiedza, pociecha, odpoczynek, chwała”. Obie ścieżki są jednak ślepe. Na górę prowadzi tylko środkowa, cała wybrukowana powtarzającym się jednym słowem: „nic, nic, nic, nic, nic, nic”.
Wiara w posłannictwo
Dla młodego Karola Wojtyły spotkanie z tą duchowością było początkiem gwałtownego wewnętrznego przełomu, który doprowadził go do zasadniczych przewartościowań. Ich świadectwo znajduje się w młodzieńczych dziełach literackich, pisanych w czasie II wojny światowej. Jest to obraz trudnej drogi oczyszczenia.
Punktem wyjścia były przekonania Wojtyły na temat roli sztuki i swojej własnej roli jako artysty, jakie żywił na początku II wojny światowej. Wierzył w posłannictwo sztuki, religijne i narodowe. Do swojego mentora artystycznego i przyjaciela Mieczysława Kotlarczyka pisał: „(…) Kościołem Jego niech się stanie Teatr i… niechaj się w nim rozjarzy – jak w zborze, w sejmie jakoby narodowej sztuki, Narodowy Duch (…)”. Kotlarczyk, Wojtyła i trzeci ich przyjaciel – rzeźbiarz Wincenty Bałys – mieli być trzema kolumnami w tym gmachu. „Wierzę – pisał niedługo po wybuchu wojny – że wraz staniemy. My trzej. Jak fundamentu zwał”. Do Bałysa pisał: „Naród trzeba podnosić i przeanielać, trza go zbożyć i spolszczyć. To jest zadanie sztuki naszej (…)”. W tym duchu pisał swoje wojenne sztuki – Hioba i Jeremiasza, „drama narodowe”, które miały objaśnić sens cierpienia polskiego narodu. Wierzył w swój talent i uważał go za dar od Boga. Jak pisał do Kotlarczyka: „Co się tyczy tego płomienia, który się we mnie zaczął – to sądzę, że zależy on jak najściślej do działania Siły Wyższej. Nie jest to, tak czuję, rzemiosło, ale jakiś zryw”. A o swoich młodzieńczych utworach: „mnie się zdaje, że to jest właśnie coś nowego”.
Szybko jednak ton jego utworów się zmienia. Hioba i Jeremiasza Wojtyła pisał w 1940 r. Już w 1941, najpóźniej w 1942 r. zaczęły powstawać teksty o zupełnie innej treści. Świadectwem przełomu młodego pisarza jest szkic opowiadania, zaczynający się od słów „Cięgle jestem na tym samym brzegu”, oraz pierwsze dwie wersje dramatu Brat naszego Boga. Znika w nich problem narodu, a w centrum postawiony jest wewnętrzny dramat jednostki stojącej na progu bolesnej przemiany. Problem posłannictwa sztuki zostaje postawiony zaś w zupełnie nowym świetle.
Brat naszego Boga jest sztuką o Adamie Chmielowskim, malarzu, który porzucił sztukę, aby w pełni oddać się – już jako Brat Albert – służbie najuboższym. W brulionowych, wojennych wersjach dramatu (który ostateczną formę przybrał dopiero po wojnie) problem odrzucenia idei zbawczej roli sztuki i posłannictwa artysty jest postawiony bardzo ostro. Wojtyła wkłada w usta głównego bohatera takie wypowiedzi: „(…) dla mnie najlepszą byłoby rzeczą, żebym raz wreszcie, żebym raz ostatecznie przestał wierzyć w mój talent… łudzić się moim talentem”, „[sztuka] tworzy życie dla siebie i sama w sobie je trawi”. Chmielowski stwierdza w sztuce, że twórczość jest „dobrem nadużytym” i „ludzkość nic nie straci, gdy zrezygnuje z twórczości, a więcej się będzie wpatrywać (…) w Boga”.
Krawiec i karmelita
Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to odbicie wewnętrznych przeżyć samego Wojtyły, który właśnie decydował o porzuceniu kariery aktora i pisarza na rzecz powołania kapłańskiego. Rezygnował nie z jakiegoś hobby czy zainteresowania, ale z drogi, którą dotychczas uważał za sens życia i powołanie od Boga.
Najważniejszym duchowym patronem przełomu w podejściu Karola Wojtyły do sztuki były dzieła św. Jana od Krzyża. Poznał je dzięki Janowi Tyranowskiemu, krawcowi z krakowskich Dębnik i zelatorowi parafialnego Żywego Różańca. Tyranowski po aresztowaniu dębnickich kapłanów przez Niemców przejął formację młodych parafian. Cotygodniowe spotkania samokształceniowe miały prowadzić do pogłębienia życia duchowego. Dzieła karmelitańskiego doktora Kościoła były punktem dojścia tej formacji. Po latach Wojtyła w ten sposób streścił sedno przekazu krawca-apostoła w artykule w „Tygodniku Powszechnym”: „Bóg w nas jest nie po to, abyśmy Go zacieśniali do wąskich granic naszego ludzkiego ducha. Bóg w nas jest po to, aby nas wyrwać z nas samych w stronę swojej nadprzyrodzonej transcendencji”.
W nauce Jana od Krzyża nie chodzi tylko o oczyszczenie z grzechu, ale o całkowite oczyszczenie swojej relacji z Bogiem i ze światem ze wszystkich naturalnych pragnień i doznań. Bóg jest nieskończenie większy niż stworzenie, niedostępny dla naszego umysłu, niewyrażalny w słowach, nieobejmowalny jakimkolwiek doświadczeniem. Tylko nadprzyrodzone udzielenie się Boga człowiekowi przez wiarę, nadzieję i miłość pozwalają człowiekowi zjednoczyć się z Bogiem. Ponieważ jednak są one nadprzyrodzone, są tak samo obce naszym zmysłom jak Bóg. Człowiek doświadcza ich jako ciemności w swoich naturalnych władzach – rozumie, pamięci i woli. W tej radykalnej doktrynie wszystko, co jest naturalne, a więc stworzone przez Boga, nie ma zdolności zjednoczyć nas z Bogiem. Również tych z pozoru dobrych, takich jak wiedza, piękno, wzniosłe uczucia podczas modlitwy, a nawet doświadczenia mistyczne. Trzeba się oprzeć na czystej wierze w to, czego naucza Kościół katolicki.
Całkowite nic
Droga duchowości Jana od Krzyża jest drogą oczyszczenia. Chodzi w niej o osiągnięcie możliwie największej prostoty w relacji z Bogiem. Dłuższy cytat z jego dzieła Droga na Górę Karmel wyjaśni dobrze tę doktrynę. Z przykładu śmierci krzyżowej Jezusa „człowiek duchowy zrozumie tajemnicę (…) drogi Chrystusowej do zjednoczenia z Bogiem oraz pojmuje, że im więcej się ktoś wyniszczy dla Boga w swej części zmysłowej i duchowej, tym więcej się z Nim zjednoczy i tym większego dzieła dokona. A jeśli ktoś dojdzie mężnie do tego całkowitego nic, które jest najgłębszą pokorą, dokona się wtedy zjednoczenie duchowe pomiędzy duszą a Bogiem. I to jest najwznioślejszy i najwyższy stan, jaki można osiągnąć w tym życiu”.
Powierzchowne odczytanie Jana od Krzyża (a trzeba przyznać, że jego tendencja do radykalnego ujmowania spraw ułatwia takie odczytanie) mogłoby prowadzić do zarzutów o manichejskie odrzucenia ciała i natury. Karmelicie nie chodzi jednak o to. Pisał o wartości kultury, nauki, sztuki, teologii. Sam tworzył wiersze, które stawiają go wśród najwybitniejszych poetów hiszpańskich. Pisał, że natura i kultura same w sobie są dobre. Był jednak przede wszystkim doświadczonym kierownikiem duchowym i widział, że to właśnie spełnianie naturalnych pragnień – często pod pozorami życia duchowego – oddala ludzi od Boga. Dopiero człowiek uwolniony od pragnień może naprawdę cieszyć się stworzeniem, ale już w Bogu: „Człowiek oderwany smakuje w rzeczach doczesnych według prawdy, jaka się w nich kryje, człowiek zaś przywiązany do tych rzeczy smakuje w nich według zawartego w nich kłamstwa”.
Nienawiść chrześcijańska
Doktryna Jana od Krzyża zrobiła na Wojtyle ogromne wrażenie. Sam o tym wielokrotnie mówił, ale świadczą o tym także jego decyzje: próba wstąpienia do nowicjatu karmelitańskiego w czasie wojny, a także wybór tematu prac naukowych przez cały okres studiów aż do doktoratu. Wojtyła zajął się przede wszystkim zagadnieniem wiary, jako środka zjednoczenia z Bogiem, analizując dokładnie teologię oderwania się od wszystkiego, co naturalne, a oparcia się tylko na wierze.
Zanim jednak do tego doszło, sprawdził on tę doktrynę na własnej skórze. Wojenny brulion opowiadania Ciągle jestem na tym samym brzegu jest tego niewątpliwym świadectwem (nawet jeśli nie jest to aż tak autobiograficzny utwór, na jaki wygląda na pierwszy rzut oka). Jest to właściwie komentarz do przywołanego na początku utworu cytatu z Ewangelii według św. Łukasza: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). Główny bohater utworu – właśnie Łukasz – zwierza się: „Czułem, że zaczynam nienawidzić to, co jest we mnie. I dlatego wszystko rwało się”. Utwór jest zapisem przechodzenia z jednego „brzegu”, jakim jest przywiązanie do doczesności, na drugi. „Ciągle jestem na tym samym brzegu, ciągle jeszcze nie na przeciwległym. I dlatego we mnie jest rzeka”. Mimo że brzegi wydają się bardzo blisko siebie, dzieli je przepaść, w której płynie rzeka głęboka jak otchłań. Rozstanie się z przywiązaniem do doczesności jest bolesne: „Tak spływa Bóg w człowieka i wtedy pali nas nasza doczesność jak rozbudzony rój”. Jest też związane z uczuciem poruszania się w ciemności, tak ważnej w nauce św. Jana od Krzyża. Główny bohater skarży się: „Idę na oślep, idę na oślep”.
To doświadczenie przypisuje także bohaterowi brulionowej wersji Brata naszego Boga: „Odkąd zrozumiałem, że [sztuka] to tylko forma poszukiwania, coraz straszniejszą stawała się myśl, że uczyniłem z tej formy cel. Wyniosłem ją na ołtarz i oszalałem. Aż przyszedł czas, gdy niewidzialną ręką zepchnięta z postumentu, pokruszyła się w moich oczach. A wtedy nastała noc”. Noc w życiu duchowym zapada, kiedy traci się to, co dotąd wydawało się światłem. W wypadku Adama Chmielowskiego – i młodego Karola Wojtyły – tym światłem zdawała się sztuka. Okazało się jednak, że ich miłość do sztuki, która pozornie dla nich obu miała być narzędziem dla pokazywania Bożej chwały, była w dużej mierze miłością własną. A, jak mówi bohater dramatu, „miłość nie znosi rozdwojenia”. „Bóg chce wszystkiego. (…) A ja nie daję wszystkiego… ja wciąż coś zostawiam dla siebie… tak jakbym chciał ocalić siebie przed Bogiem”.
„To Przyjaciel”
Historia relacji Karola Wojtyły ze sztuką doczekała się – jak wiemy – happy endu. Tworzył on przez całe kapłańskie życie, a ostatni poemat opublikował na dwa lata przed śmiercią. Wspierał też innych artystów i animował życie kulturalne. Nie dlatego, że odrzucił on teologię Jana od Krzyża (zawsze zalecał tego autora jako mistrza życia duchowego). Prawdopodobnie uznał, że oczyścił się już z doczesnych pragnień związanych ze sztuką i może już ją bez zagrożenia uprawiać.
Pierwszy tekst literacki, jaki opublikował po opisanym kryzysie, to poemat Pieśń o Bogu ukrytym. Pełno w niej ducha nauki św. Jana od Krzyża, począwszy od tytułowego „ukrytego Boga”, którego nie możemy bezpośrednio poznać, ale z którym możemy się zjednoczyć w oparciu o wiarę i wypływającą z niej miłość. „Wiedzieć jeszcze mniej, a jeszcze więcej wierzyć” – wzywa podmiot liryczny w poemacie. A mówi o prostej, katolickiej wierze, zwłaszcza w obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.
Choć św. Jan od Krzyża znany jest z życia pełnego trudnych do wyobrażenia umartwień, jego asceza nie wynikała z pogardy do świata. Po prostu „Kto zakosztował Bożej miłości (…), dla tego wszystkie ziemskie radości są pełne smutku, znużenia”. O takim Bogu mówi Pieśń o Bogu ukrytym:
Wtedy – patrz w siebie. To Przyjaciel,
który jest jedną iskierką, a całą Światłością.
Ogarniając sobą tę iskrę,
już nie dostrzegasz nic
i nie czujesz, jaką jesteś objęty Miłością. Bez takiego obrazu Boga trudno byłoby zdecydować się na drogę oczyszczenia. Na szczęście Wojtyła taki obraz miał od początku drogi. Łukasz, główny bohater Ciągle jestem na tym samym brzegu, mówi do swojej przyjaciółki: „Gdybyś mogła zrozumieć, że Bóg nie jest obojętnym w nas nigdy, a my obojętni w Bogu, który nas tak szczelnie otacza. Dokąd pobiegniesz, zapadasz się w niego, grzęźniesz w płomieniu. Dlaczego nie płoniesz”.
Ignacy Masny
Historyk, redaktor, publicysta, redaktor portalu JP2online.pl. imasny@centrumjp2.pl
Pobierz magazyn