W trakcie pisania tego eseju, w nocy z 17 na 18 lutego 2026 roku, wkroczyliśmy w kolejny rok kalijugi, a do jej końca zostało nam już tylko 426 873 lat.
Jeśli wierzyć wyznawcom hinduizmu, zewsząd, kawałek po kawałku, nasze dusze rozszarpywane są przez zło — obżera się ignorancja, podjada nienawiść, skubie wojna, tyje zniszczenie. I nie wiadomo, czy jedyne antidotum – wiara – jest bardziej zabójcze dla nich, czy trudne do przełknięcia dla nas. Wszakże są i ludzie, którzy zupełnie przestali ufać w możliwość zatrzymania postępującej destrukcji, zamiast czego zdecydowali się surfować na jej fali: „niwecz, jedz mięso i zabijaj” – zdaje się słyszeć ich tępy głos. Zresztą nawet tym, którzy mają jeszcze jakieś pokłady nadziei, nieciężko jest odnieść wrażenie, jakby ludzie nie potrafili już stwarzać – także życia. Starożytna sztuka zakładania rodziny odeszła w niepamięć i moje pokolenie – pomimo prób – nie jest w stanie sobie jej dobrze przypomnieć (a starsze bynajmniej nie pomaga). Ot, doskonale panujemy nad przyrodą i technologią — zarówno w skali mikro, jak i makro, tylko nad sobą nie umiemy.
Gombrowicz i gigantki
Wszechobecny rozkład doprowadził do tego, że podobno wśród mojego pokolenia do łask wracają tradycja, konserwatyzm i stare wartości. Nie chcemy przygód na jedną noc, degenerackiej rozwiązłości ani prostej lubieży. Marzy się nam trawa koło domu, żonka i dzieciątka — tak przynajmniej słyszałem w Internecie. Z drugiej strony media trajkoczą, że młodzi nie chcą dzieci, natomiast rodzice i inni krewni nagabują bez przerwy o wnuki, pannice i kawalerów. Sam Gombrowicz nie dałby rady opisać gwałcenia przez uszy i nadawania gęb przedstawicielom mojego pokolenia. Nasze mózgi biją na alarm, że trzeba się będzie ustatkować, nie, na razie wszystko w porządku, że czas upływa nieubłaganie, nie, jeszcze go sporo, naobiecywano nam władzy absolutnej, niekwestiowanego panowania, nie, zostaliśmy dziećmi, upupionymi studentami, barankami bez pasterza ani owczarka, nikim. Wobec starszyzny doczesnego świata czuję się bezsilny, pragnę się sprzeciwić, ale jestem za mały, zbyt słaby, niewystarczająco dojrzały. Pragnę wsparcia, dostaję kłody pod nogi z wyjaśnieniem: „no bo przecież to tak proste, tak oczywiste!”.
A mimo to widziałem, naprawdę widziałem uparte i wymuszone próby moich znajomych: są szczęśliwi, zagubieni, z dziewczynami i chłopakami, są singlami i singielkami, niektórzy się już popobierali, niektórzy pospładzali nawet dzieci, w których przyszłość naszą upatrujemy… A ja? A ja siedzę, a ja cedzę i potwornie im zazdroszczę, że mają siłę i odwagę poszukiwać. Chodziłem co prawda kiedyś z jedną dziewczyną, raczej z desperacji i na pokaz, wyłącznie chyba po to, by mócpowiedzieć, że tak, ja też mam partnerkę i też ją bardzo kocham. Potrwało to może z dwa, trzy miesiące i zerwała. Nie, żebym ją winił czy tam się dziwił. Nie podobała mi się i myślałem wtedy, że potrafiłem wyjrzeć za wygląd, dzięki czemu byłem niebanalny. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo się myliłem, twierdząc, że moja maskarada jest szlachetniejsza od przebieranek pozostałych.
Bo żona, dzieci i rodzina z rzeczy koniecznych, oczekiwanych i obiecanych przeobraziły się w symbol statusu, obrazoburczy ornament i fałszywą metafizykę. Z politowaniem patrzymy na kraje trzeciego świata, zabawia nas ich zacofanie i zadziwiają aranżowane małżeństwa. „Gdzie miłość?”– pytamy z belką w oku. Upodmiotowienie i emancypacja małżonków oraz rodziny dokonały się u nas wyłącznie na pozór, nieprzerwanie postrzegamy siebie nawzajem jako obiekty, zużywalne i zamienialne, upatrujemy w sobie egzotycznych zwierzątek domowych, które ślicznie wyglądają, ale za grosz nie umiemy się nimi poprawnie zaopiekować. Media masowe, konsumpcjonizm, materializm – grzechy współczesnego świata do cna nas przebodźcowały i zblazowały. Z chorobliwą obsesją myślimy o destrukcji i gniciu, o trwonieniu i marności, właśnie takim codziennym obcowaniem ze śmiercią próbujemy załatać tę bezdenną dziurę, poczuć się prawdziwie żywymi, oddając w zamian jedynie człowieczeństwo. Mężczyźni pragną pięknych, przepełnionych seksapilem kobiet, na których mogą roztrwaniać majątek, gonią za „alternatywkami, które zrujnują im życie”. Kobiety pragną silnych i niebezpiecznych mężczyzn, którzy broniąc przed potencjalnym zagrożeniem, sami mogą je dla partnerek stanowić. Najdziwniejsze osoby, jakie znacie, marzą o byciu zgniecionym przez gigantki, żywcem pożartym i przetrawionym przez ich soki żołądkowe. Przypomina się refren jednej z piosenek amerykańskiego zespołu Agent Orange: „Blood stains, speed kills, / fast cars, cheap thrills, / rich girls, fine wine / I’ve lost my sense, I’ve lost control, I’ve lost my mind”.
W coś wierzyć
Lecz czego my zasadniczo szukamy? Tęsknimy za lepszym, szczęśliwszym, prawdziwszym światem, próbujemy imitować naszych rodziców we wrogo nastawionej, zupełnie nowej rzeczywistości, czując się jak sieroty. Nikt nas nie przygotował do życia w XXI wieku, nie dojrzeliśmy, nie dorośliśmy do roli, dalej bawimy się w „dom”, choć już nie w przedszkolu. Staliśmy się symulakrami. Plastikowe laleczki i odlewane żołnierzyki ładnie wyglądają, a nie trzeba zmieniać im pieluch, być odpowiedzialnym ani poświęcać im uwagi. Bardziej zajmuje nas to, jak inni postrzegają nas, niż jak postrzegamy siebie samych. Ważniejsze jest dla nas, czy dobrze wyjdziemy na zdjęciu, niż czy dobrze się czujemy. Pod tym względem jestem ikonoklastą. Marzy mi się rozbicie pozorów, pęknięcie skorupy, odkrycie autentycznej, doskonałej w swej niedoskonałości i pięknej w swej brzydocie natury człowieka, tryumf szczerego życia i klęska ułudy.
Jednakże wciąż boję się mieć żonę i dzieci. Ogarnia mnie mrożący lęk przed nieznanym, stoję przed gęstą i mroczną puszczą, gdzie nic nie jest pewne, a jedynym drogowskazem wiara — już nie w Chrystusa, Wisznu ani Kali, lecz przede wszystkim w siebie jako człowieka i mężczyznę oraz w ludzkość. Muszę zostawić za sobą rodziców, którzy bardziej pragną wnuków dla siebie niż dzieci dla mnie, na których nie mogę wiecznie polegać, muszę spojrzeć wreszcie w lustro, by zmierzyć się ze swoim odbiciem, muszę wydeptać własną ścieżkę zamiast podążać stale za tropem, muszę opuścić wielki świat, by skupić się na małym, muszę ignorować tych, którzy chcą człowieka dla siebie, niczym przedmiot, zagrabić, wreszcie muszę wznosić się w niebo, muszę nurkować w ziemi, a na wszystkie pytania odpowiadać: „wiecznie żywy!”.
Ale pewnie przesadzam — łazi idiota po lesie i szuka głupszego od siebie. Za parę lat się to może zmienić, za parę lat to się musi zmienić, już bowiem za tych lat parę będę miał żonę, potomka spłodzę i ze śmiechem będę wspominał młodzieńcze niepokoje. Przecież nie mogę pięć lat w przyszłość nadal grać w te same durnowate gierki, oglądać tych samych głupkowatych filmów i seriali ani tarzać się w tym samym gnoju.
Ale łatwo nie jest i nieustannie miewam wątpliwości, czy sama w sobie wiara może wystarczyć. Chociaż jeśli nie ona — to co?
Hubert Wiktor Kordek
Pobierz magazyn