Bohdan Cywiński – kwiecień 2008

Bohdan Cywińki – profesor nadzwyczajny na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Publicysta, opozycjonista, działacz katolicki i społeczny.

Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Doktorat obronił z filozofii, a habilitację z historii.

Był związany się z warszawskim Klubem Inteligencji Katolickiej, publikował w miesięczniku Więź. W roku 1966 został członkiem redakcji Znaku, a w roku 1973 jego redaktorem naczelnym. Funkcję tę pełnił aż do 1977 roku.

Działacz opozycji, współtwórca m.in. Uniwersytetu Latającego (1977), Towarzystwa Kursów Naukowych (1978), ekspert Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i współredaktor dokumentów porozumienia sierpniowego. Jeden z inicjatorów Solidarności oraz zastępca redaktora naczelnego Tygodnika Solidarność.

Autor ponad tysiąca artykułów oraz kilkunastu książek wśród których najważniejszą są Rodowody niepokornych (1971), która – ukazując postawy ideowe inteligencji wobec zaboru rosyjskiego na przełomie XIX i XX wieku – stała się ważną częścią formacji opozycji antykomunistycznej w Polsce.

[nggallery id=120]

Treść wykładu -“Papieska “Solidarność”…

 

Papieska “Solidarność” – Polska ” Laborem Exercens”?

Temat ten jest mi bardzo bliski. To dziwne, bo nie jestem ani teologiem, ani etykiem. Jeśli mówić z pełną autoironią, to patrzę na encyklikę jako wstrętny ideolog “Solidarności” z roku osiemdziesiątego.

Pierwsze czytanie encykliki…

W połowie września ukazała się encyklika Laborem exercens i natychmiast mój szef (byłem wtedy wicenaczelnym tygodnika Solidarność), Tadeusz Mazowiecki, mówi: „Słuchaj, siadaj natychmiast i pisz komentarz do encykliki. Musi być za kilka dni. Ja jadę do Gdańska, bo tam robimy program”.

Siadam i piszę. Za tydzień ukazuje się mój tekst. W tym czasie ukazuje się też program „Solidarności”. Tadeusz do mnie dzwoni jeszcze z Gdańska: „Słuchaj, świetnie to napisałeś. Teraz pisz komentarz do programu, do następnego numeru tygodnika”. Przeczytałem ten program i stwierdziłem, że wszystko, co miałem na ten temat do napisania, zawarłem w artykule na temat encykliki. Jak to się stało? Wiadomo, że program „Solidarności” nie mógł wpłynąć na poglądy papieża, bo pojawił się parę dni później. Z kolei nikt z działaczy „Solidarności”, o to jestem zupełnie spokojny, i nikt z autorów programu nie czytał przedtem encykliki. Zatem na to pytanie, które państwu zadałem, odpowiedzi być nie może albo może być tylko taka, że pojawiło się coś w atmosferze Polski w roku osiemdziesiątym, którą wcześniej wdychał papież do siedemdziesiątego ósmego roku w kraju, a potem śledził, czy też starał się wdychać, z Rzymu, i którą myśmy oddychali na co dzień.

Encyklika jest skierowana do całego Kościoła, aczkolwiek jest dokumentem niezwykle poważnym, papieskim, a nasz program był mało ideologiczny, raczej konkretny – skupiał się na tym, co trzeba zrobić w ciągu najbliższych miesięcy. Zaczynał się od tego, że idzie zima i ma być ciężka…

Dzisiaj chciałbym przypomnieć nie tylko tamto wrażenie z września osiemdziesiątego pierwszego roku o którym przed chwilą opowiedziałem, ale także ówczesny sposób odczytania encykliki. Na nowo przeczytałem ją dziś, więc dzięki temu mogę na świeżo myśleć o jej treści i o tym, jak odbierano ją w czasie tych znanych nam wydarzeń.

O człowieku pracy… w języku chrześcijańskim

W całym dokumencie uderza, że praca jest potraktowana jako gatunkowe, ogarniające całą historię, doświadczenie człowieka. Papież po prostu mówi, że Chrystus był człowiekiem pracy. Fakt, że zwraca na to uwagę, to szczyt poważnego potraktowania godności pracy ludzkiej. Oczywiście encyklika wywołała nasz zachwyt, bo wszystko było nie tylko autorytatywnym opowiedzeniem się ze strony papiestwa, ale było też mądrym i tłumaczącym wyrażeniem tego, co nam się po sercach tułało. Papież pisze we wstępie, że praca jest kluczem do zrozumienia człowieka. Mamy czynić sobie ziemię poddaną właśnie przez pracę. Praca jest najbardziej bezpośrednim sposobem poddawania ziemi (w znaczeniu całego świata) człowiekowi. W związku z tym praca jest sposobem bytowania człowieka na ziemi. To wiąże się z filozofią Karola Wojtyły – w książce Osoba i czyn, jeszcze z czasów krakowskich, pisze, że czyn ludzki jest elementem współtworzącym osobę ludzką. Mówiąc językiem filozofii: osoba aktualizuje się w czynie swoim. Zatem człowiek jest podmiotem pracy, jest jej autorem. W tym miejscu papież wykazuje krytyczne nastawienie do innego poglądu, w myśl którego praca jest jednym z elementów produkcji, jednym z warunków umożliwiających produkcję. Sens pracy – pisze Jan Paweł II – jest większy niż wartość produkcji osiągniętej, bo bez pracy nie bylibyśmy do końca ludźmi. Skoro praca była przedmiotem kupna, zaczęła podlegać w całości prawom rynkowym, przez co płacono za nią jak najmniej. W ten sposób człowiek pracy stał się ofiarą wyzysku.

W tych poglądach papież zwraca się w kierunku socjalizmu i całej historii walki robotniczej. Przyznaje, że wytworzył się konflikt świata kapitału ze światem pracy. To znów detal, który może dzisiaj dla prawie wszystkich z Państwa jest nie tak uchwytny, jak był dla mojego pokolenia. Świat kapitału, świat pracy – o tym przeciwstawieniu 50 lat temu myśmy się uczyli, z tego zdawali egzaminy i jak się czegoś tutaj nie wiedziało czy nie deklamowało na ten temat, to można było się pożegnać ze zdaniem egzaminu z kilkunastu, co najmniej, przedmiotów akademickich. I nagle tutaj papież używa tego zideologizowanego języka. Mówi o świecie kapitału i świecie pracy. To gdzież to myśmy słyszeli o tym w zakrystii – nigdy! A poza tym, myśmy byli z kraju, gdzie widzieliśmy, jak nam socjaliści, czy ci, co się socjalistami nazywają, jak nam robią „kuku”. Więc takich odzywek papieża tośmy mogli nie lubić. Ale tutaj trzeba sobie zdać sprawę z tego, że w osiemdziesiątym pierwszym roku „Solidarność” była nie tylko ruchem robotników, ale też ruchem ludzi pracujących. Nasz wstręt do PRL-u nie polegał na wstręcie do tego, że głosił takie hasła obrony człowieka pracy, tylko dlatego, że głosił je kłamliwie, a myśmy byli właśnie w trakcie odwojowywania pojęć „człowieka pracy”, „ludzi pracy”, „pracy” samej, przeciągania ich z języka oficjalnej propagandy do języka niezideologizowanego. Człowiek pracy przestał być synonimem socjalistycznego budownictwa Nowej Huty, a stał się synonimem „człowieka z żelaza”. W encyklice papież dokonuje też takiego przesunięcia: o człowieku pracy i świecie pracy mówi językiem chrześcijańskim. I dalej, w tym już języku, powiada o pierwszeństwie pracy przed kapitałem.

Godność człowieka pracy…

Dalej papież pisze o pojęciu ekonomizmu. Ekonomizm jest według niego przykładaniem kryteriów ekonomicznych do wszystkich spraw ludzkich. Powiada, że z ekonomizmu wynikają grzechy kapitalizmu i socjalizmu rewolucyjnego, bo jego wynikiem jest zapominanie o godności człowieka i sensie ludzkiej pracy. Jeżeli ulegasz tej jednostronnej tendencji widzenia tylko wymiarów ekonomicznych pracy, to już nie zmienisz tego, nie znajdziesz drogi do prawdy o człowieku. Obojętne, czy będziesz wyznawał „ostry” kapitalizm czy „ostry” socjalizm. Oczywiście nie można mylić ekonomizmu z nauką ekonomii. Nauczanie ekonomii jest ważne i potrzebne, a ekonomizm to przykładanie tylko miary materialnej, ekonomicznej, do wszystkich spraw ludzkich. Jeżeli człowiek jest ważniejszy od rzeczy, jeżeli praca jest ważniejsza od kapitału, to rzutuje to na pojęcie własności, zwłaszcza własności prywatnej. Własność jest prawem człowieka, ale posiadać nie można dla samego posiadania, także posiadania wbrew pracy. Jest jakaś granica w posiadaniu środków produkcji, po przekroczeniu której to, że ja mam, daje taki efekt, że wszyscy ludzie, którzy chcą pracować, są zależni ode mnie i muszą przyjąć moje warunki. Przykładem tego posiadania wbrew pracy jest wszelki monopol. Jeżeli jestem jedynym pracodawcą, to nikt nie jest wolny naokoło mnie, bo wszyscy muszą przystać na moje warunki. To był nasz problem – w czasach PRL-u – że myśmy wszyscy mieli jednego pracodawcę, którym było państwo.

„Symboliczny popieracz” strajku gdańskiego!

Warto zwrócić uwagę na to, że ludzie przy pracy rzadko protestują, ale jeżeli protestują, to jest to protest bardzo serio. W miejscu pracy, tam, gdzie nie jestem anonimowy, gdzie pracodawca może mnie wziąć za głowę i wyrzucić z roboty, protest kosztuje dużo więcej. I wiecie Państwo, tutaj mnie bardzo wiele nauczył udział w strajku gdańskim w osiemdziesiątym roku. Pojechałem tam właściwie przypadkiem, bo należałem do tych kilku osób, które zostały wezwane przez intelektualne kręgi Warszawy w charakterze „symbolicznych popieraczy” robotników gdańskich.

Panowała tam atmosfera zupełnie niesłychana. Co mnie uderzyło, to powaga tych ludzi strajkujących, zatroskanie, niepokój. Każdy robił taką minę, która miała znaczyć, że się nie boi, ale każdy się bał – dawało się to wyczuć. Chyba właśnie dlatego powstała specyficzna kultura. Wyobraźcie sobie parę tysięcy młodych mężczyzn, którzy nie tylko nie piją alkoholu przez wiele dni, ale którzy nie mówią brzydkich wyrazów. Zwróciłem na to uwagę i słuchałem potem specjalnie, czy mi się tylko nie wydaje. Powiem samokrytycznie, że jedyny bluzg, jaki dał się usłyszeć w moich uszach, był wtedy, gdy Tadeusz Mazowiecki czegoś ode mnie chciał, tylko ja nie chciałem zrobić i mu powiedziałem, żeby sobie poszedł – bardzo brzydko mu powiedziałem. Byłem jedynym facetem, który w tym całym towarzystwie powiedział brzydkie słowo. Wiecie sami, że takiej kultury w tym kraju normalnie nie ma, a myśmy się wszyscy tam zachowywali, jakbyśmy byli na rekolekcjach. Uświadomiłem sobie, że strajk okupacyjny w miejscu pracy jest poważną rzeczą i zaraz potem wyczytałem to samo w encyklice. Rozumiecie Państwo, jaka to była frajda odnaleźć nasze intuicje właśnie w tym tekście, nazwane, wyprowadzone z założeń, uporządkowane i zrozumiałe. Encyklika pozwoliła nam zrozumieć to, w czym braliśmy udział.

Stan wojenny, „Solidarność” i Ameryka Łacińska!

W grudniu osiemdziesiątego pierwszego roku, jako historyk, byłem na dwumiesięcznym stypendium w Watykanie. Stan wojenny tam mnie złapał. W tej sytuacji okazało się, że właściwie powinienem tam zostać. Zresztą jakoś pod podłogą porozumiałem się z paroma osobami w kraju, nawet z tym samym Tadeuszem Mazowieckim, który siedział internowany, i gryps, jaki od niego wyszedł, zawierał sugestię: zostań tam i rozrabiaj. I tak zrobiłem. Dzięki temu szybko przekonałem się, że niewiele mają do wysłuchania ode mnie ludzie w Europie. Na tym zamożnym kontynencie, który się martwi wyłącznie tym, czy oszczędności na koncie rośną, nasze doświadczenia solidarnościowe było nie z tego świata. Natomiast okazało się, że doświadczenie „Solidarności” jest znakomicie przyjmowane w krajach Trzeciego Świata. Z uwagi na moją znajomość języków, ale głównie dzięki kontaktom osobistym, wyspecjalizowałem się w krajach Ameryki Łacińskiej. Trzykrotnie w ciągu lat osiemdziesiątych odwiedziłem tamtejsze kraje, a przy okazji związki zawodowe, episkopaty; opowiadałem o Solidarności, jaka ona świetna. Było to zajęcie może trochę niepoważne, ale mnie osobiście bardzo dużo dało, ponieważ zrozumiałem, że to idea „Solidarności” nie jest tylko naszym polskim doświadczeniem, ale doświadczeniem sytuacji wszelkiej, gdzie człowiek pracy jest pozbawiony szans obrony swojej godności. Ten anty-ekonomizm papieski tam okazywał się bardzo wyrazisty, zrozumiały i bardzo łatwy do zaakceptowania. Nasze doświadczenia „Solidarnościowe” też.

Laborem exercens czytana dzisiaj…

Bardzo zachęcam do przeczytania encykliki tych, co mają jakieś zainteresowania społeczne czy ekonomiczne, czy polityczne, ale liczcie się z tym, że nie będziecie cały czas cmokać z uznaniem, jak ja cmokałem 27 lat temu. Będziecie zapytywać, czy ten papież ma aby rację, czy nie przesadza, czy nie jest jednostronny?

Wiadomo, że encyklika nie jest materiałem do wierzenia, to nie dogmaty. Podejrzewam, że na tę apologię człowieka pracy możemy patrzeć z pewnym powątpiewaniem i tak troszkę z boczku, z dystansem. W gruncie rzeczy my wiemy, że człowiek pracy człowiekiem pracy, ale liczy się przede wszystkim człowiek biznesu, który organizuje warsztat pracy dla innych. I szanujemy człowieka biznesu, a tutaj jakoś o nim nic. Czy ta krytyka ekonomizmu – zdecydowana, z pokazaniem błędów liberalizmu wypływających właśnie z ekonomizmu – nie wydaje zbyt surowa, zbyt jednostronna? Czy te obowiązki pracodawcy pośredniego nie są zachętą dla skompromitowanej, w naszym pojęciu, idei, państwa opiekuńczego? Nie jestem do końca przygotowany na odpowiedź na te pytania, ponieważ nie jestem ekonomistą, ani filozofem, jestem historykiem.

Państwo może nie być opiekuńcze, ale jeżeli chrześcijanie są nieopiekuńczy, to tych chrześcijan można spokojnie skreślić z rejestru. I ta opiekuńczość to nie tylko działalność charytatywna, ale też działalność prawna i ustrojowa, formująca tego pracodawcę pośredniego w interesie człowieka pracy. Do tego chrześcijanie są zobowiązani jako wierni po prostu ewangelii. I tu można sobie zadać pytanie: co zrobił przez 15 lat Polak katolik w tym zakresie? Nie dziwmy się, że w ostatnich trzech, czterech, pięciu latach taką popularność w naszym kraju (w części naszego kraju) miała formacja postkomunistyczna (bardzo dla nas katolików niezrozumiała) – Samoobrona. A czy myśmy zrobili jakikolwiek ruch dla samoobrony (małą literą mówionej) ludzi pracy w Polsce? Mieliśmy 15 lat – nie dziwmy się, że inni to robią. Że robią źle, że robią, powiedzmy, po swojemu i w naszym przekonaniu źle. Czy tutaj nie ma naszego dużego zaniedbania – nie wiem? Jeżeli uważamy, że to wszystko jest niepotrzebne, to powiem coś, co zabrzmi jak taki zgrzyt po szkle. Jak przeczytacie na świeżo Laborem exercens, to zobaczycie tego człowieka pracy, świat pracy przeciwko światowi kapitału, krytykę liberalizmu – wtedy to może będzie trzeba przestać mówić o naszym polskim papieżu i zechcemy mówić o tym papieżu z PRL-u…

Dodano: