Bezdzietna ,,późna ponowoczesność” – poszukując recepty

Młode spojrzenie

,,Wiek, który był tak postępowy, że wypadało mu być ostatnim” – te ironiczne słowa Włodzimierza Sołowjowa mogą być gorzkim komentarzem czasów współczesnych. Herkulesem ten, kto zdołałby policzyć wszystkie prasowe nagłówki, których autorzy kreślą katastroficzne wizje przyszłej Polski i Europy Zachodniej jako domu pogodnej starości, a później narodowego cmentarzyska, po którym przechadzałaby się napływowa ludność z kontynentów niedotkniętych kryzysem demograficznym. Czy zatem młodzi Polacy to –trzymając się myśli Sołowjowa – ,,ostatnie pokolenie”? (Zbieżność nazw przypadkowa).

Obserwując kondycję współczesności, nie sposób nie dostrzec jej paradoksu. Przy dotykającym wszystkich sfer życia postępie – w epoce ulepszanego rolnictwa, zaawansowanej medycyny, ekspresowego PKP, pełnych stadionów, Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego na księżycu (a za chwilę w innej galaktyce) – w najważniejszych dla człowieka obszarach następuje regres. Człowiek duchowo, a w efekcie także populacyjnie ,,kurczy się”, bo spłyceniu uległo kluczowe pojęcie, jakim jest miłość. Bez właściwej refleksji nad nią nie może być mowy o uniknięciu nadchodzącej katastrofy z prostej przyczyny – bez miłości między dwojgiem ludzi nie ma dzieci, które są owocem stabilnego i silnego związku. 

Konsumpcjonizm

Krótkotrwałość relacji, ich efemeryczność, jest niejako konsekwencją społeczeństwa konsumpcyjnego. W nim to człowiek buduje swoją wartość nie na tożsamości bycia czyimś uczniem, miłośnikiem niszowej idei, przyjacielem czy ojcem. Obecnie nawet praca – centralna wartość w systemach komunistycznych i kapitalistycznych – w mniejszym stopniu niż dawniej pełni funkcję stratyfikacyjną, przez co wykonywana profesja nie jest źródłem szczęścia wynikającego z przynależności do określonej grupy (towarzyskiej, robotniczej, inteligenckiej itd.). Kryterium wyboru studiów bywa często nie osobista pasja, ale rynkowa opłacalność, z jaką wiązałby się zawód. Wszystkie wymienione wyżej role blakną wobec najważniejszego celu społeczeństwa konsumpcyjnego – posiadania. Nie jestem bliźnim, ale konsumentem, a dla innych – konkurentem w zdobywaniu pożądanej rzeczy. ,,Jestem tym, co mam”, ,,mam, więc jestem” – do takich wniosków musi dojść każdy bezkrytyczny uczestnik konsumpcyjnej gospodarki.

Myślę, że meandrom takiego myślenia najłatwiej ulegamy, my, ludzie młodzi. Będąc na początku życiowej drogi, dopiero rozpoznaje się ścieżki, na których później będzie się pogłębiać wiedzę, zawierać znajomości. Jak nie ulec wtedy pokusie zbudowania statusu poprzez zakup ,,tu i teraz” czegoś, co będzie przedmiotem zazdrości czy podziwu ze strony innych? Tyle, że stan samozadowolenia z posiadania czegokolwiek nie może istnieć w dłuższej perspektywie. Nie tylko ze względu na ograniczoność zasobów i ich wyczerpywalną moc (o to dbają sami producenci np. elektroniki, programując określony czas działania smartfonów). Z natury rzeczy pragnienie posiadania czegoś nietrwałego również musi być chwilowe. Oprócz tego, zgodnie z założeniami konsumpcjonizmu, łapczywemu kupowaniu, przemierzaniu sklepowych półek i buszowaniu w galeriach handlowych – nigdy nie można pozwolić postawić tamy – trzeba żyć w ustawicznym napięciu i lęku, mając na uwadze, że zawsze może znaleźć się ktoś, kto będzie miał więcej od nas. 

W takim świecie jakiekolwiek zakorzenienie w obustronnej relacji mającej trwać całe życie – a wśród nich małżeństwo – to niedorzeczność. „Trwałe” oznacza, że nie trzeba będzie kupować następnego. Osoba, która potrafi odnaleźć wartość nie tylko w np. sezonowym krzyku mody, jest marnym klientem. W konsumpcjonizmie długotrwała relacja to wręcz zagrożenie. Drugi człowiek, jeżeli w ogóle ma mieć jakąkolwiek wartość, służyć powinien wyłącznie za środek, szczebel w drabinie, do spełnienia pragnienia posiadania. 

Rewolucja 1968

Widać zatem, jak w konsumpcyjnym stylu życia, nastawionym wyłącznie na rzeczywistość materialną, „towarem” musi się stać także druga osoba. Za konsekwencję takiego sposobu myślenia uważam drugi istotny czynnik współczesnego osłabienia relacji. Równie śmiercionośny jak konsumpcjonizm i wywołujący, by tak rzec, społeczną bezpłodność. Jest to rewolucja, jaka dokonała się w sferze obyczajowej w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

Popularność zyskało wtedy obecne na hipisowskich sztandarach hasło ,,miłości wyzwolonej” od społecznych, moralnych oczekiwań. Zgodnie z nim sferę seksualną miałaby charakteryzować nieograniczona wolność i brak ponoszenia konsekwencji takiego nieskrępowania (stąd boom na środki antykoncepcyjne). Dziś, po upływie kilkudziesięciu lat, widać szkodliwość idei z roku 1968. Koryfeusze ,,Nowej fali” nie zdali sobie sprawy, że głoszenie swobody seksualnej wcale nie ułatwi zawierania związków. Przeciwnie, „wolna miłość”, choć wydaje się biegunowo przeciwna, to w istocie jest zbieżna z dawnym purytańskim rygoryzmem XIX wieku. W taki sam sposób krępuje i wywołuje frustrację u obu płci. Jak mam zaufać osobie, która miałaby się stać w następstwie bliskiej relacji powiernikiem moich nikomu niezdradzanych tajemnic, skoro istnieje we mnie obawa, że po doznaniu erotycznego spełnienia ta sama osoba pozbędzie się mnie, jak pustego pudełka po papierosach.

Współczesna ,,epidemia singlizmu”, plaga samotności jest, moim zdaniem, podszyta właśnie tym strachem stania się ofiarą konsumpcjonizmu, który ogarnął wszystkie, w tym te najbardziej intymne, dziedziny aktywności człowieka. Można dyskutować nad zasadnością pruderyjnych reguł obyczajowych. Nie ulega jednak wątpliwości, że były one kagańcem narzuconym przez kulturę, by tłumić takie popędy ludzkiej natury jak żądza wykorzystania drugiej osoby (finansowego, seksualnego). Pokolenie ’68 nie przewidziało, że walka z zasadami dla zasady spowoduje, że następnym generacjom młodzieży, w tym naszej, trudniej będzie nawiązać relacje z obawy przed byciem uprzedmiotowionym, potraktowanym jako nagi mechanizm, żywe narzędzie służące do uzyskania chwilowej ekstatycznej przyjemności. 

,,Cztery miłości”

Konsumpcyjny styl życia i obyczajowa rewolucja są niewątpliwie wyrazem pewnego kryzysu duchowej kondycji człowieka. To właśnie ta pozamaterialna przestrzeń odpowiada w dużym stopniu za kryzys demograficzny, skoro wzrostowi PKB nie towarzyszy zwiększenie dzietności. Nie przekreślam oczywiście znaczenia braku mieszkań i żłobków czy generalnej niepewności jutra. Wiadomo jednak, że człowiek, w odróżnieniu od całego otaczającego go świata, nie ogranicza się wyłącznie do materii. Można by każdemu po równo wydzielić taki sam metraż, ale nie urodzi się od tego przecież więcej dzieci w sytuacji, gdy mamy spaczony obraz miłości i wynikającą z tego niestabilność zawiązywanych relacji.

Gdzie poszukiwać remedium na taki kryzys? Z literatury od czasów Owidiusza można czerpać pełnymi garściami przykłady zakochanych par. De facto każda książka jest o miłości. Ja jednak chciałbym odnieść się do mniej znanej książki C.S.Lewisa pt. ,,Cztery miłości”. Można ją potraktować jako rodzaj ,,poradnika” trwałego związku. Jak sugeruje tytuł, angielski autor wprowadza cztery rodzaje miłości, do których zdolny jest człowiek: przywiązanie, miłość erotyczna, przyjaźń oraz miłość do Boga (caritas). Jest to na tyle abstrakcyjne pojęcie, że odpowiednie uporządkowanie jest niezbędne, by nie uznać za miłość stanów, które się pod nią podszywają (,,wolna miłość”). 

Pierwsza z wymienionych miłości istnieje w sytuacji, gdy coś jest nam do życia konieczne, a druga osoba jest nam to w stanie bezinteresownie podarować. Na przykład dzieciom w początkowych latach życia opieka ze strony matki-karmicielki jest niezbędna do przetrwania i dlatego rodzi się w nich miłość do matki. Przywiązanie, zdaniem Lewisa, to najbardziej pierwotna, niejako wpisana w biologiczną naturę człowieka miłość, współdzielona ze zwierzętami. Uwidacznia się ona najbardziej w przestrzeni rodziny (stąd mówi się o tzw. „instynkcie macierzyńskim”). W konsumpcyjnym świecie, pomimo deprecjonowania życia rodzinnego, potrzeba przywiązania nie znika. Wiedzą o tym specjaliści z działu reklamy, usilnie starając się przekonać konsumentów, że oferowany produkt jest im konieczny do życia, bo gdy producent nie ,,zaopiekuje się” naszymi wybranymi potrzebami, przestanie być ono kolorowe. Może dlatego warto byłoby, zamiast substytutów, wskazać na autentyzm rodziny, w której przecież czułość, uwagę, ciepło, poświęcenie otrzymujemy od domowników „w gratisie”?

Ze światem przyrody dzielimy również miłość erotyczną. Staje się ona jednak czysto zwierzęca, gdyby zredukować ją wyłącznie do cielesnego wymiaru. Wtedy to, jak twierdzi Lewis, człowiek staje się ,,więźniem własnego układu nerwowego”. Stajemy się niewolnikami dopaminy, gdy przyjmiemy, za Freudem (którego można by nazwać ,,ojcem chrzestnym” maja 1968 r.), że zawsze należy dawać upust emocjom, impulsom, popędom (,,id”), bo wszelkie bariery (,,super ego”) to wyraz opresji ze strony religii czy kultury. Dla Lewisa miłość erotyczna to nie przyjemność zaspokajania biologicznych potrzeb, ale ,,przyjemność płynąca z docenienia drugiej osoby”. Jest wyrazem głębokiego zachwytu nad drugą osobą, tak silnego, że wywołuje pragnienie zjednoczenia się nią. Dlatego kochankowie nazywają się ,,drugimi połówkami”. Samemu będąc tylko częścią, razem stanowią jedność, która najpełniej wyraża się w posiadaniu wspólnego potomstwa – każde dziecko jest przecież sumą swoich rodziców. Prawdziwa miłość erotyczna to zatem nie egoistyczne skupienie na swoich potrzebach, ale otwartość na drugiego człowieka, także tego, który po narodzeniu stanie się ,,kośćmi z naszych kości”.

Skoro jednak dzielimy te dwie pierwotne rodzaje miłości – przywiązanie i erotykę – ze zwierzętami, to są one w jakimś stopniu uwarunkowane naszą biologiczną, zwierzęcą naturą. Są przy tym skłonne do wypaczeń. Matka karmi mlekiem swoje dzieci, ponieważ ,,chce dla nich dobrze”. Można sobie jednak wyobrazić, że użyje tego samego argumentu, by rozwiązywać za nie zadania domowe. Miłość erotyczna z łatwością stanie się hipisowską ,,wolną miłością” (która ani nie jest wolna, ani nie jest miłością). Lewis zauważa, że to przyjaźń charakteryzuje pełnia wolności. Sami wybieramy sobie przyjaciół, w nieskrępowany i niewymuszony sposób przebywamy w ich towarzystwie, spoiwem naszej zażyłości z nimi są zainteresowania, które sami, w ,,wolnym czasie”, zgłębiamy (pod przymusem nie ma żadnej pasji, jedynie męka i katorga). Czy zatem trzonem każdego związku nie powinna być przyjaźń, która z czasem, pod wpływem erotycznego uczucia, stałaby się romantyczną relacją dwojga ludzi, w miarę chęci i możliwości zdolnych do posiadania dzieci? Ciało z wiekiem słabnie, a libido spada. Podstawy przyjaźni odwrotnie – dwoje przyjaciół coraz bardziej doskonali się w swoich zainteresowaniach (lepiej grają w szachy, szybciej jeżdżą na nartach, mocniej wierzą) przez co są z sobą jeszcze silniej związani.

Najbardziej jednak trwała będzie ta relacja, która uwzględnia caritas – miłość Boga. To najcenniejsza myśl ,,Czterech miłości”, może jedna z ważniejszych w całej filozofii. W porządku ziemskim ,,wszystko jest marnością”, bo podlega ograniczeniom ,,według miary i wagi”. Zasoby mogące dać szczęście są skończone, przez co trzeba o nie konkurować. A u Boga, będące wiecznym Dobrem i niewysychającym źródłem Miłości, każdy („nie ma już Greka ani Żyda”) może przecież znaleźć oparcie 24 godziny na dobę! Zakochani przezwyciężą więc przejściowe trudności, gdy rozumieją, że w ostatecznym rachunku naprawdę niezmienna i trwała jest miłość do i od Boga. Może takie są metafizyczne przyczyny tego, że według badań małżeństwa kościelne rozpadają się znacznie rzadziej niż cywilne? W końcu, jeżeli ktoś był już w stanie pokochać Boga Niewidzialnego – to do realnego, przepełnionego miłością związku z drugim człowiekiem ma tylko połowę drogi…

Kamil Starczewski


Pobierz

Opublikowano 03.08.2026

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Premierą teledysku do utworu „Dona nobis pacem” Jana Krutula otwieramy projekt „Duch Asyżu. Warszawskie forum dialogu i sztuki o pokoju”. W 40. rocznicę spotkania międzyreligijnego zapraszamy do refleksji nad aktualnością pokojowego przesłania.
Sierpień przyniesie kolejne pokazy Letniego Przeglądu Filmowego „Pod Wspólnym Niebem”, premierę publikacji „Piękno tej Ziemi” oraz plenerową wystawę „Zmiany zachodzą w ciszy i świetle” nad Wisłą.
Nowy odcinek „Słuchając drogi”! O relacji z przyrodą opowiada Stanisław Łubieński. Zapraszamy do rozmowy.
POBIERZ
„Człowiek i przyroda – kryzys relacji?” to nowy numer naszego magazynu „Myśl w Centrum”. Zapraszamy do lektury!

Klikając „Zgadzam się” udzielasz zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych dotyczących Twojej aktywności na naszej witrynie w celach analitycznych, zapewnienia prawidłowego działania funkcjonalności z serwisów społecznościowych oraz serwerów treści. Szczegółowy opis celów i zakresu przetwarzanych danych znajdziesz tutaj.